Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski  / Łukasz Orbitowski: Niebieska pigułka

Łukasz Orbitowski: Niebieska pigułka

„Mężczyźni nie jedzą viagry dlatego, że naczytali się Adolfa Hitlera. Jedzą, żeby fiut im stanął”

Obejrzałem sobie dyskusję na temat viagry, urządzoną przez Krytykę Polityczną. O niebieskiej pigułce dyskutowały politolożki, socjolożki, publicystki oraz brunetka o intelektualnej urodzie zakonnicy

Mężczyźni nie jedzą viagry dlatego, że naczytali się Adolfa Hitlera. Jedzą, żeby fiut im stanął / fot. Fotolia

Katolicka publicystka uznała, że erekcja jest łaską Pańską i muszę przyznać, że w tej myśli, jako ateista, znajduję pewne upodobanie. Jeśli mój wstrząsający pręt raptem sztywnieje, jeśli pnie się ku górze niby Drabina Jakubowa, oznacza to, że zyskałem przychylność Opatrzności. Bóg mi sprzyja jak kosynierom pod Racławicami. I odwrotnie, gdybym nagle w reformach znalazł smętnego zaskrońca, znaczyłoby to, że Stwórca po prostu przestał mnie lubić. Podpadłem mu i zmiękczył przedmiot uciech.

Feministka z frakcji radykalnych (jak sądzę) podsunęła myśl, że mężczyzna nie powinien mieć władzy nad swoją seksualnością, a to dlatego, że jest wyposażony w narzędzie gwałtu. Po namyśle jestem skłonny się zgodzić, że tam, w mych biednych spodniach, kryje się narzędzie, czy też narząd gwałtu, dotąd nieużywany do tego celu z jakichś nieznanych mi powodów. To nie jedyna straszliwa broń, w którą zostałem wyposażony. Z kolei pani polityk czyni z erekcji nomen omen filar każdej rodziny, tłumacząc, że za jej sprawą ludzie zaczną się mnożyć. Wydawało mi się, że za sprawą rozwoju antykoncepcji seks oddzielił się od prokreacji, ale do diabła z tym poglądem. Ktoś znów zauważa, że faceci wsuwają niebieskie pastylki „jak Reksio szynkę”, co ma znamionować jakieś straszne seksualne maniactwo i uprzedmiotowienie kobiet. Tak to się toczyło. Dziewczyny siedziały i plotły bzdury, a ja słuchałem tego wszystkiego, aż szczerbata szczęka zadzwoniła mi o podłogę.

„Przy Kawie o Sprawie” fot. prt Scr YouTube/Krytyka Polityczna

Oczywiście dałem się nabrać. Cała ta rozmowa była dość sprawnie zrealizowanym żartem, który miał za zadanie wyśmianie pewnych, nazwijmy to ładnie, stereotypów intelektualnych. Sam fakt, że dałem się nabrać, niezbyt dobrze świadczy zarówno o mnie, jak i o świecie. Mój zmęczony umysł najwyraźniej stępił się do reszty. Z drugiej strony, nie ma takiej głupoty, jakiej nie wygłosiłby człowiek inteligentny, wykształcony, w telewizyjnym studiu.

Skoro jednak pojawił się temat, chętnie się wypowiem. Mam czterdzieści lat, od niemal ćwierć wieku prowadzę więc życie erotyczne, odnosząc sukcesy i porażki na tym trudnym polu. Niemniej, zagłębiając się we własne doświadczenia, ośmielam się twierdzić, iż wiem, do czego służy viagra. Wiem też, co nie jest jej przeznaczeniem.
Otóż, nie bierzemy jej dlatego, by wkurwić Boga czy też zgwałcić dziewczynę w parku, rozmnażanie się też (najczęściej) nie jest naszym celem. Nie chcemy powiększać męskiej dominacji względem kobiet, a jeśli kiedyś łyknę niebieską pigułkę, to bynajmniej nie w celu uprzedmiatawiania mojej partnerki. Mężczyźni nie jedzą viagry dlatego, że naczytali się Adolfa Hitlera. Jedzą, żeby fiut im stanął.

Rozmawiałem ostatnio z pewnym małżeństwem. Nie znałem ich wcześniej. Przyszli na spotkanie czytelnicze w Pile czy czymś podobnym. Usiedliśmy na piwie, potem wypiliśmy kolejne i tak przy czwartym ci starsi państwo zaczęli się otwierać. W Pile nie ma za wiele do roboty, za nauczycielskie pensje raczej nie pozwiedzają świata, alkohol zdarza się rzadko ze względu na koszty i cukrzycę. Co im zostało z radości życia? Otóż seks. Nieco zszokowany słuchałem o tym, jak często go uprawiają, oczywiście dzięki viagrze, czy też analogicznym tabletkom.

Viagra rozwiązała dramat, z którym mężczyźni zmagali się od zarania dziejów. Jeszcze sto lat temu do dobrego tonu należało, by impotent palnął sobie w łeb. Takie samobójstwa rzeczywiście się zdarzały.
Rozmowa w redakcji Krytyki Politycznej była żartem, lecz tak naprawdę traktuję ją poważnie. Za tym Bogiem w sypialni i narzędziem gwałtu kryją się poważne treści, z których nie wypada się śmiać, zwłaszcza w internecie. Otóż męska erekcja, pingająca pinga, czy jak ją jeszcze zwał, jest czymś dużo więcej niż zdolnością do odbycia stosunku seksualnego. Jestem mężczyzną wtedy i tylko wtedy, jeśli mi staje. Sztywność w gaciach trudno uznać za jedyny warunek męskości, niemniej jest on warunkiem koniecznym. Mogę nie mieć ręki i nogi, mogę być ślepy jak Homer, mały jak Toulouse Lautrec, ale muszę mieć sprawnego drąga – podstawę mego dobrostanu. Nie twierdzę, że takie myślenie jest mądre. Zapewne nie. Twierdzę po prostu, że wszyscy faceci tak uważali, uważają i będą uważać, nawet jeśli mówią coś innego. Taka postawa wynika z biologii. Jesteśmy po części zwierzętami, czy chcemy tego czy nie. Kto rządzi fiutem – rządzi mną i nami wszystkimi.

Łukasz Orbitowski

Pisarz o wielkiej pracowitości i jeszcze większej wyobraźni. Zaczął pisać, żeby zaimponować koleżankom w liceum. Dziś ma w dorobku sześć powieści, w tym „Inna duszę”, nagrodzoną w 2015 roku Paszportem Polityki.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach