Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Moja dekada z „Miastem Kobiet”

Łukasz Orbitowski: Moja dekada z „Miastem Kobiet”

Nie jestem wielkim publicystą, ale pisuję szybko, niekiedy zabawnie

Łukasz Orbitowski

Pisuję do miejsc, które są dla mnie ważne, z którymi łączy mnie jakaś idea, wspólnota losu, przeszłość i nadzieja na jutro / fot. Unsplash

Nie pamiętam jak trafiłem do „Miasta kobiet”. To znaczy, mam pewne wspomnienia, lecz niekoniecznie prawdziwe. Być może coś zdarzyło się wcześniej. Z pewnością coś przeinaczam. Od prawdy ważniejsze jednak jest piękno opowieści

 

 

Dekadę temu byłem zagubionym młodym człowiekiem, któremu rozpadło się małżeństwo. Kataklizm pochłonął moje skromne finanse i optymizm, nie odebrał jednak hartu ducha. Z miernym skutkiem próbowałem sił w literaturze, pisywałem felietony, gdzie tylko się dało i stanowczo piłem nazbyt wiele. Wyglądałem swojej wielkiej szansy, poszukując jednocześnie nowych źródeł zarobku. Mówiąc wprost, należałem do tych, którzy za piątkę pędziliby kozę do Pacanowa. Pewnego dnia zadzwonił ktoś z „Miasta kobiet”. Może była to Aneta Pondo? Naprawdę już nie pamiętam, za to przebieg rozmowy potrafię przytoczyć w miarę wiernie.

– Pan Łukasz Orbitowski?
– Tak, to ja.
– Och, jak wspaniale, że udało nam się do pana dodzwonić! Super, naprawdę! Widzi pan, przygotowujemy taki długi tekst… więc właśnie… czy dysponuje pan może telefonem do Jacka Dukaja?

Jacek Dukaj niedawno wydał arcyciekawy Lód i był na ustach wszystkich, tymczasem moje książki, choć chwalone przez krytyków, nie znajdowały nabywców, próżno też wyglądałem choćby nominacji do jakiejś istotnej nagrody. Jacka ceniłem bardzo jako pisarza i istotę ludzką. Ale co z tego? Zadzwoniono do mnie w jego sprawie. Byłem bramą. Dwunożną książką telefoniczną. Środkiem, a nie celem. Co z moimi książkami? Dlaczego nikt nie chciał tekstu o mnie? Wywiadu? Wielkiego zdjęcia? Dlaczego ja nie wzbudziłem zainteresowania, tylko ten cały Dukaj? Artyści to dumne stworzenia, a ja nie jestem wyjątkiem. Przełknąłem tę gorzką pigułkę. Zaproponowałem własne usługi. Dostałem jakiś tekst do przygotowania. Może i o Jacku. Może o czymś innym. Tego już nie pamiętam.

 

Wiem za to, czego dotyczył mój pierwszy felieton dla „Miasta Kobiet”. Opowiadał o agentce Scully. Wtedy powtarzałem odcinki „Archiwum X” i panna Scully wyjątkowo przypadła mi do gustu. Wydawało mi się, że ze swoją inteligencją, niezależnością, odwagą i zamiłowaniem do konkretu stanowi ona wzór dla współczesnych kobiet. Jest kimś, kogo można uznać za punkt odniesienia. Cóż, byłem bardzo młody. Ale czy naprawdę pomyliłem się tak bardzo?

 

Początkowo traktowałem te felietony jako kolejne zlecenie. Pisywałem mnóstwo krótkich form publicystycznych. Z czasem moje nastawienie zaczęło się zmieniać. Zżyłem się z pismem. Poza tym nie przypuszczałem, że po dekadzie dalej będę tutaj pisywał. Widziałem siebie jako artystę przeklętego, meteor przełomu wieków. Mówiąc wprost, planowałem młodo umrzeć. Ale żyję, cieszę się doskonałym zdrowiem. I co teraz?
Od tamtych lat wiele się zmieniło. Powiodło się nam w życiu, mnie i „Miastu kobiet”. Jesteśmy w pełni sił i ciągle zyskujemy czytelników. A z Jackiem Dukajem zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi.

 

Pamiętam doskonale pierwszą myśl, jaka pojawiła mi się w głowie, gdy dostałem Paszport Polityki. Ta ważna nagroda zmieniła moje życie. Skądinąd, jako jedyna. W każdym razie, wygramoliłem się na scenę, uściskałem się z Justyną Sobolewską i Szczepanem Twardochem, pokłoniłem się publiczności, zaś w mojej głowie tłukła się fraza, którą ośmielam się tutaj przytoczyć w nieocenzurowanym brzmieniu: „koniec jebanych felietonów!”.

 

Przez większość życia pisałem przynajmniej jeden felieton dziennie. Niekiedy dwa. Publikowałem wszędzie, od historycznego „Mówią wieki”, przez „Gazetę Wyborczą”, aż po jakiś przegląd kolejowy. Nie jestem wielkim publicystą, ale pisuję szybko, niekiedy zabawnie. Felietony, ogłaszane dosłownie, wszędzie stanowiły podstawę mojego budżetu. Nienawidziłem ich. W ogóle nie lubię pisać. Dlatego ucieszyłem się z kopniaka w górę. Zrozumiałem, że wreszcie będę mógł zająć się czymś innym. I rzeczywiście się zająłem.
Oczywiście, nie zamierzałem całkiem odpuścić felietonów. Po prostu przestałem myśleć o nich w kategoriach zarobkowych (no dobrze, czasem zdarza mi się przyjąć jakąś hojną ofertę).

Pisuję do miejsc, które są dla mnie ważne, z którymi łączy mnie jakaś idea, wspólnota losu, przeszłość i nadzieja na jutro. Do miejsc zarządzanych przez dobrych ludzi o wesołych duszach. Do miejsc wyjątkowych.
Takich, jak to.

 

 

 

Łukasz Orbitowski

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach