Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Ludzie w ludziach

Łukasz Orbitowski: Ludzie w ludziach

Ludzie zaczynają we mnie mieszkać, tak dyskretnie, na wzór dzikich lokatorów

ludzie w ludziach

Gdy rozmawiam z synem, gdy pomagam mu w nauce, albo razem się bawimy, gdy robimy te wszystkie rzeczy zarezerwowane dla ojców i synów, odżywa we mnie mój własny, nieżyjący już stary / fot. Jelleke Vanooteghem / Unsplash

Dowiedziałem się ostatnio, że żyjemy w innych ludziach, a i oni trochę w nas żyją. Weźmy pary o stażu kilkuletnim bądź dłuższym. Jak pięknie upodabniają się do siebie. Miałem takich znajomych, którzy związali się ze sobą jeszcze w ogólniaku. Chodzili dokładnie w ten sam sposób, przekładając ciężar na prawą stronę ciała. Kołysali się niczym boje na tej samej fali. Przyjemnie się na nich patrzyło

Dusza się w duszę przelewa

Z dziewczyną dokańczamy za siebie zdania bądź myślimy o tej samej rzeczy jednocześnie. Zabawne sytuacje z tego wynikają. Czasem czuję się, jakbym siedział w jej głowie, ona w mojej, a dusza się w duszę przelewa. Zdarza mi się żałować, że nie przeżyłem życia z jedną osobą od młodości do śmierci, jak życzyliby sobie konserwatyści. Nieprzerwane doświadczanie drugiego człowieka przez, dajmy na to, pół wieku, musi być piękną i trudną przygodą. Nadaję się do tego mniej więcej jak świnia do lotów międzygwiezdnych. Ale może świnie chcą tak latać?
Mój jedenastoletni syn doprowadza mnie do szału. Od tego są dzieci. Za ich sprawą trudniej umrzeć na paraliż emocjonalny. Niedawno przyszedł ze szkoły w cudzej kurtce. Zwyczajnie się pomylił. Innym razem przyleciał zasmucony, bo przepadł mu portfel. Chciał, abym pomógł mu w szukaniu i zastanawiał się, czy ktoś mu go nie gwizdnął. Portfel leżał na biurku. Jak mógł go nie zobaczyć?
Przypomniałem sobie, że w jego wieku byłem takim samym niezdarą. Bez przerwy wyciekały mi długopisy, takie tanie, z cienkim wkładem. Ten wkład właśnie ciekł. Do domu wracałem z upapranymi paluchami, a jeśli miałem czyste spodnie i koszulę, mogłem mówić o prawdziwym szczęściu. Nie zwracałem na to specjalnej uwagi i dopiero teraz rozumiem gehennę mojej biednej matuli. Spróbujcie doprać plamy po tuszu z długopisu, powodzenia życzę. Prócz tego, podczas gry w piłkę zawsze lądowałem na bramce, zaś jedną z szkolnych ksyw, „Ameba”, zawdzięczałem gracji, z jaką staczałem się po schodach.

Odżywa we mnie mój stary

Współczuję swojemu synowi, bo wiem, jak trudna droga go czeka. Poświęciłem wiele morderczej pracy, walcząc z niezdarnością. Wciąż oczywiście jestem ofermą, ale dobrze się maskuję. Cichociemna ze mnie niezguła, muskularny patafian. W swoim synu widzę więc samego siebie, ale i w sobie rozpoznaję własnego, zmarłego już, ojca. Obejrzałem ostatnio krótkie nagranie wideo z udziałem taty. Ludzie, którzy widzieli je ze mną zauważyli, że ruszamy się i mówimy w ten sam sposób. To jeszcze nic. Gdy rozmawiam z synem, gdy pomagam mu w nauce, albo razem się bawimy, gdy robimy te wszystkie rzeczy zarezerwowane dla ojców i synów, odżywa we mnie mój własny, nieżyjący już stary. Mówię jak on. Opowiadam jego żarty, albo buduję na ich podstawie nowe, bliźniacze. Nawet opieprzam dzieciaka, używając fraz zasłyszanych w dzieciństwie.
W jakiś sposób jest to zupełnie zrozumiałe. Nie znam innych wzorców wychowania poza tymi, które przekazał mi ojciec. Zapomniałem o nich zupełnie. Wyłoniły się z jakiejś magmy, kiedy zaczęły być potrzebne. Powtarzam je, trochę udoskonalam, psuję i to bardzo, niemniej sam schemat pozostaje niezmieniony. A przecież dawno nie jestem dzieckiem, mój ojciec umarł i nie istnieje. Albo inaczej – istnieje tylko we mnie, ewentualnie w innych swoich bliskich, jako cień.

Ludzie zaczynają we mnie mieszkać

Zastanawiam się, co dalej będzie z tym bałaganem. Mój syn dorośnie i nie będę musiał go wychowywać. Czy cień ojca we mnie zniknie, czy może znajdzie dla siebie jakieś inne zastosowanie? Ze starym przez całe moje dorosłe życie chodziliśmy na piwo. Młodzież teraz dba o siebie, obawiam się, że mój syn, gdy dorośnie, może zostać abstynentem. Może jednak nie dojdzie do tego nieszczęścia i sobie kiedyś razem siądziemy, ja, on i cień mojego ojca?
Jaki jest koniec takiej przygody? Uświadomiłem sobie, że kiedyś we mnie ludzie nie żyli. Nie mieszkał we mnie cień ojca, a w wieku dwudziestu lat nie miałem wspólnych myśli z żadną najbardziej kochaną dziewczyną. Teraz to się zmienia. Ludzie zaczynają we mnie mieszkać, tak dyskretnie, na wzór dzikich lokatorów. Siłą rzeczy muszę się odrobinkę schować, aby zrobić im miejsce. Kurczę się, aż pewnego dnia zniknę zupełnie. Taka kolej rzeczy. Wówczas sam będę cieniem i zacznę żyć w innych. Pozostawieni bliscy dokończą myśli, na które zabrakło mi czasu. Łatwo im pójdzie, bo w głowie obracam wyłącznie głupoty. Może kiedyś mój syn sam będzie miał dziecko i wówczas ja będę żył w nim, tak jak teraz we mnie żyje mój ojciec. Nigdy nie pragnąłem nieśmiertelności i raduję się perspektywą własnego końca. Ale bycie myślą, cieniem, ułamkiem siebie samego bardzo mi odpowiada.

Łukasz Orbitowski

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Mii Luty 13, 2019

    Skomentuj nie hejtuj, może pan orbitowski przestał hejtować kobiety, te po 50-tce broniąc pewnego mizogina-pisarza z Francji, który w niezwykle inteligentny sposób podsumował że panie po pewnym roku życia nie mogą się podobać mężczyznom, bo są stare i nie nadają się do seksu. Wstyd, że Miasto Kobiet daje takiemu panu orbitowskiemu przestrzeń do wypowiadania się. Mizoginów spod polskiego sztandaru jest w tym kraju wystarczająco dużo nie tylko na łamach narodowo- klerykalnej prasy, nie potrzeba ich w wydawałoby się pro-kobiecym piśmie.

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach