Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Insomnia

Łukasz Orbitowski: Insomnia

Męczyłem się, dureń jeden, przez całe dorosłe życie

Łukasz Orbitowski, Insomnia

Bezsenność jest chorobą, owszem, cywilizacyjną, lecz na upartego nie różni się niczym od duru brzusznego albo schizofrenii. A na chorobę istnieje tylko jeden sposób – wizyta u lekarza / fot. Gregory Pappas / Unsplash

Jestem facetem starej daty. Przynajmniej lubię o sobie myśleć właśnie w ten sposób. Kobiety zawsze puszczam przodem, płacę rachunki w restauracjach, a będąc z kolegami, opowiadam mnóstwo świńskich żartów

 

Nigdy nie rozmawiam o własnych uczuciach i uważam, że zamiast się mazgaić, powinniśmy sumiennie wykonywać, co do nas, facetów, należy. Chcę być oparciem, lecz nigdy nie poproszę o pomoc. Do tego jestem ciągle nieśmiertelny. Nie choruję, nie znam ograniczeń ciała. Mało tego, czuję się czysto fizycznie silniejszy, niż w tych dziwnych czasach, kiedy byłem młody.

Problemy ze snem mam, odkąd pamiętam. W jednym z najwcześniejszych wspomnień leżę na łóżku i obserwuję światła przesuwające się po suficie. W rejonach ogólniaka zaczęło się nieprzesypianie całych nocy (wystarczyła kłótnia z dziewczyną albo zagrożenie z matematyki na półrocze), a jakoś wedle 20 roku życia ustalił się rytm, podług którego żyłem niemal do teraz: dwie noce bez zmrużenia oka pod rząd, noc trzecia, krótka i niespokojna, wreszcie czwarta, kiedy spałem jak zabity. Potem cykl zaczynał się od nowa.

Nie będę tutaj opisywał stanu, w jaki wpędziła mnie bezsenność. Powiem tylko, że odebrała mi siebie. Po dwóch pełnych dobach bez minuty snu czułem i myślałem jak zupełnie inny człowiek. Szarpałem się między bezwładem i gwałtownymi uderzeniami adrenaliny. Mówiły do mnie drzewa.

Ponieważ jestem, a jakże, najtwardszym facetem, jaki kiedykolwiek chodził po tym smutnym świecie, to stwierdziłem, że sam zwyciężę ten problem. Nie chciałem słyszeć o żadnych lekarzach. Mój wielki sojusznik, rozum, podsunął mi butelkę. Nabrałem przekonania, że jak się schleję, to zasnę.

Czasem nawet działało, problem w tym, że budziłem się po paru godzinach. Do niewyspania dochodziły jeszcze uroki kaca. Ponadto, niekiedy alkohol nie działał. Potrafiłem wypić litr wódki z kumplem, a potem leżałem w mokrej pościeli, z oczyma wbitymi w sufit i czekałem na świt.

Skoro trucizna nie pomogła, postanowiłem żyć zdrowo. Każdy mój wieczór kręcił się wokół snu. Wietrzyłem sypialnię, brałem długie kąpiele, piłem melisę i jadłem jakieś ziółka, a na godzinę przed snem odkładałem laptopa i brałem jakąś wyjątkowo nudną książkę. Nienawidziłem tych wieczorów, ich monotonii i nieznośnej nudy. Wreszcie, nienawidziłem siebie samego za to, że tak się dręczę, że jestem sobą zaabsorbowany, że coś we mnie odmawia mi snu.

O wizycie u lekarza nie chciałem słyszeć. Po pierwsze, mężczyzna nie chodzi do lekarza, to chyba jasne. Ponadto, bałem się uzależnienia od tabletek nasennych. Uważałem moją insomnię za okazję do sprawdzenia siły charakteru. Rzeczywiście, nie sypiając, przez prawie 20 lat wiodłem normalne życie. Pisałem książki, uprawiałem sporty ciężarowe, jeździłem po świecie. Mogłem dalej to ciągnąć.

Do lekarza wygoniła mnie kobieta. Zrobiła to z miłości, ale też (jak sądzę) własnej wygody. Dzielenie łóżka z facetem, który nie sypia, to koszmar. Lepiej już zanieść pościel do wężowiska. Gadała mi tak długo, aż w końcu umówiłem się na wizytę. Lekarz okazał się bardzo miły i pozbawiony złudzeń. Zapytał, czy chcę się leczyć, czy po prostu przyszedłem po receptę.
– Chcę, aby mi pan pomógł – powiedziałem.
Potrzebowałem kilku wizyt, by dobrać właściwe leki. Przy okazji dowiedziałem się bardzo wiele o sobie. Otóż, moja bezsenność przypuszczalnie nie wynika z jakiegoś defektu w mózgu albo z intensywnego przyjmowania używek w młodości. Jest ciemną stroną, jakby to rzec, mojego dynamicznego charakteru. Wszędzie mnie pełno, nie mówię, tylko krzyczę, cały czas macham rękami i szukam okazji do draki. Nic dziwnego, że wieczorem nie mogę zasnąć. Dostałem tabletki i je jem. Mam 41 lat i wreszcie dobrze sypiam.

Być może się uzależnię. Lek, który przyjmuję, ponoć nie uzależnia, ale diabli przecież wiedzą. Cóż, najwyżej umrę uzależniony. Skoro już przy śmierci, ponoć tego rodzaju specyfiki skracają życie. Podobnie jest z długotrwałą bezsennością. Będę więc żył krócej niż mógłbym. Przynajmniej się wyśpię. Dobre i tyle.
Piszę o tym wszystkim, bo mam świadomość, że nie jestem jedyny. Wielu ludzi znajduje się w podobnej sytuacji. Nie sypia w ogóle, budzi się o trzeciej rano, a potem idzie do pracy z oczyma na zapałkach.

Może ktoś też miota się w pościeli, chce wydrapać sobie oczy albo bije się w brzuch? Może nie do mnie jednego przemawiały drzewa? Bezsenność jest chorobą, owszem, cywilizacyjną, lecz na upartego nie różni się niczym od duru brzusznego albo schizofrenii. A na chorobę istnieje tylko jeden sposób – wizyta u lekarza.

Więc, jeśli macie problem ze snem, idźcie jak najszybciej. Męczyłem się, dureń jeden, przez całe dorosłe życie. I teraz wiem, że nie było warto.

Łukasz Orbitowski

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach