Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Gdzie jesteś, chłopaku?

Łukasz Orbitowski: Gdzie jesteś, chłopaku?

Kiedy umarł chłopak?

Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski / fot. Aga Krysiuk

Ostatnio moja przyjaciółka podesłała mi kilka zdjęć z zamierzchłej przeszłości, z sylwestra gdzieś pod Zakopanem. Piję na nich czerwoną warkę z puchy, szczeniacką mordę przesłaniają mi krzywe okulary, na sobie mam jakąś ortalionową bluzę, a spodnie i buty wyglądają jak zabrane z pobojowiska. Siedzę na podłodze, gadam z kumplem, śmieją mi się oczy. Wyglądam na biednego i szczęśliwego

Życie odmienia

Na portalach społecznościowych trwa niekończąca się moda na fotografie z przeszłości. Teraz będzie ich jeszcze więcej, bo zbliża się rocznica matur i wszyscy powrzucają zdjęcia ze studniówek. Zapewne chodzi o ujawnienie skali zmiany: kiedyś byli za grubi, za chudzi, źle ubrani i bez pomysłu na siebie. A teraz proszę, jaka piękna dziewczyna, jaki zadbany chłop. A ja patrzę na tego dzieciaka w krzywych okularach, z tą czerwoną warką i zachodzę w głowę, co się z nim stało. Nie tęsknię niemal za niczym z przeszłości. Nigdy nie chciałbym wrócić na studia, mieszkanie w jakiejś norze średnio mi się uśmiecha, sylwester w górach też źle mi się widzi. W gruncie rzeczy, nie mam ochoty na żadnego sylwestra.

W młodości byłem raczej okropnym człowiekiem: narcystycznym, prędkim w rękach i radykalnym w osądach.

Nie znaczy, że teraz jestem specjalnie lepszy. Po prostu inny. Życie mnie odmieniło, właściwie bez mojego udziału.
Zastanawiam się, jaki los spotkał tego gnojka. Kiedy umarł? W jakich okolicznościach oddał swoje życie? Być może odebrała mu je powaga mojego obecnego zawodu. W końcu jestem pisarzem, autorem programów telewizyjnych i w ogóle straszliwy ze mnie ważniak. Tamten Łukasz w okularach marzył, by taki właśnie los stał się jego udziałem. Nie przewidział jednak, że w zamian będzie musiał oddać swoje młode, naiwne życie. A może kobiety go zabiły? Może umarł w dniu narodzin swojego własnego syna? W takim razie, gdzie został pochowany?

Czystość serca

Brakuje mi tylko jednego z dawnych lat: czystości serca. Nie można jej mylić z dobrocią.
Czystość serca jest czymś kłopotliwym i uroczym jednocześnie. Przeszkadza, a jednak tęsknimy za nią po latach. Na przykład, gdzieś do pierwszych lat studiów najbardziej na świecie pragnąłem wielkiej miłości. Marzyła mi się dziewczyna, z którą spędzę resztę życia w wierności, miłości i wzajemnym zrozumieniu. Naprawdę takiej wyglądałem, wskutek czego zakochiwałem się natychmiast w każdej, która poświęciła mi odrobinę uwagi.
Drugą, bardzo ważną wartością była przyjaźń. Dla przyjaciół otworzyłem dom i byłem gotów podzielić się wszystkim. Zgromadziłem wokół siebie bandę zacnych ludzi i spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Nie chodziło tylko o zabawę. Wyobrażałem sobie, że ułożymy sobie wspólnie życie, na wzór jakiegoś starożytnego plemienia. Chodziło o wspólny biznes, bliżej nieokreślone przedsięwzięcie, które zaangażowałoby nas wszystkich. W ten sposób złączylibyśmy się ze sobą jeszcze mocniej, a ja mógłbym pomóc tym, którzy akurat znajdowali się w dołku finansowym. Właśnie, bardzo chciałem pomagać innym. Nie angażowałem się w pomoc systemową (mowa o fundacjach i tym podobnych), po prostu leciałem do każdego, kto akurat miał kłopoty. Pożyczałem forsę bez nadziei na zwrot, płaciłem kary za przejazd bez biletu, organizowałem jakichś adwokatów, kiedy ktoś coś przeskrobał i nawet załatwiałem robotę. W ten sposób narobiłem sobie paru wrogów, a katalog przysług do oddania uwiera mnie do teraz.

Dlaczego umarł chłopak?

Dziś już wiem, że prawdziwa miłość zdarza się kilka razy w życiu, a satysfakcjonujący, funkcjonalny związek dwojga ludzi najczęściej powstaje na gruzach kilku poprzednich. Osiemnastolatek powinien się cieszyć życiem, a nie myśleć o małżeństwie. Przyjaciele wcale nie muszą spotykać się co tydzień. Nie trzeba też cementować przyjaźni zaprawą wspólnych planów i przysług. Życie w swojej złożoności weryfikuje, kto był mi bratem, a kto nie. Wreszcie, rozumiem już, że ludziom tak naprawdę nie można pomóc. Nikogo nie jestem w stanie uratować, a nadskakiwanie z pomocą budzi najwyżej konfuzję, złość, pogłębia smutek. Ludzie są bezradni wobec dobra. Nie obciążajmy ich nim, jeśli naprawdę tego nie chcą.
Chłopak na zdjęciu nie wiedział tych wszystkich rzeczy. Ja, niestety, wiem. Leciał za przyjaźnią, za miłością jak ćma w płomień i jeszcze chciał zmieniać świat na lepsze. Był w tym wszystkim uparty, bezkompromisowy i nieznośny. Zapewne dlatego umarł.
A ja za nim tęsknię, jak za miłością z dawnych lat, na prawach irracjonalnego sentymentu.
Tęsknię, choć nie chcę, żeby wracał.

Łukasz Orbitowski

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach