Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski  / Łukasz Orbitowski: Deficyt rytuału, czyli jak zmieniłem się w potwora

Łukasz Orbitowski: Deficyt rytuału, czyli jak zmieniłem się w potwora

O największym towarze deficytowym naszych czasów

łukasz orbitowski felieton

„Nawet papierocha rano nie palę, właściwie wypalam jednego na tydzień, choć wcześniej schodziła paczka dziennie. Nie przypuszczałem, że rozbicie głupiego, porannego przyzwyczajenia zmieni mnie w Godzillę, potwora zdolnego zdemolować świeżo wzniesiony domowy mir.” / fot. Mike Ackerman / Unsplash

Opowiem wam o swoim poranku. Wstałem o siódmej trzydzieści. Natychmiast zrobiłem sobie kawę, nastawiłem płytę i odpalam internet. Tak sobie siedzę. Potem biorę prysznic, robię sobie śniadanie, oglądając przy tym wiadomości ze świata albo jakiś film dokumentalny, wypijam drugą kawę i biorę się za dzień. Ten zawsze przynosi jakieś niespodzianki. Lubię różnorodność, jaką niesie życie i cieszę się niespodziewanymi przygodami, które po sobie następują

łukasz orbitowski felieton

„Nawet papierocha rano nie palę, właściwie wypalam jednego na tydzień, choć wcześniej schodziła paczka dziennie. Nie przypuszczałem, że rozbicie głupiego, porannego przyzwyczajenia zmieni mnie w Godzillę, potwora zdolnego zdemolować świeżo wzniesiony domowy mir.” / fot. Mike Ackerman / Unsplash

Ten poranny rytuał uprawiam, odkąd pamiętam, a przynajmniej odkąd wiodę dorosłe, samodzielne życie. To ponad dwadzieścia lat. Oczywiście w 1998 roku nie miałem jeszcze internetu, więc czytałem sobie gazety. Jedyną poważną zmianą jest brak papierosa, wypalanego zamiast śniadania. Zawdzięczam temu swoje zdrowie. Dowiedziałem się, że nie powinno się palić na głodniaka, więc zacząłem co rano spożywać śniadanie, czego wcześniej nie zwykłem czynić. Śniadania, ten zbawienny dla ciała posiłek, jadam do dziś. Swoje zdrowie zawdzięczam więc paleniu, no ale poranny papieros zniknął z rytmu poranka i raczej nie powróci.

Mieszkałem w Stanach Zjednoczonych i Kopenhadze, przeprowadzam się średnio co dwa lata, zmieniały mi się partnerki, raz miałem rodzinę, raz nie, przeobrażeniu ulegała także aktywność zawodowa, słowem, moje życie było jedną wielką zmianą. Ja również się zmieniałem. Nie znajduję żadnej łączności pomiędzy sobą dzisiejszym a tym z 1998 roku. Inaczej myślę, czegoś innego chcę, czegoś innego potrzebuję. W moim ciele nie przetrwała ani jedna komórka z tamtego okresu. A poranek zaczynam od kawy i tak dalej.

Piszę o tym, ponieważ ów poranny rytuał został mi odjęty. Moje życie nieoczekiwanie stało się pełne, odrzuciłem samotniczy los, a na progu mojej czarodziejskiej chaty pojawiły się nowe pary butów. Nie wdając się w szczegóły, przestałem wstawać sam, co stanowi pewnego rodzaju nowość dla faceta, który pół dorosłego życia spędził niczym bardzo wesoły przeor opustoszałego klasztoru. W konsekwencji, mój poranny rytuał został mi odjęty, a mnie grunt usunął się spod nóg. Stałem się człowiekiem nie do zniesienia. Szukałem dziury w całym i wszystko mnie złościło. Przez cały dzień towarzyszył mi silny niepokój, jakbym wyczekiwał ważnego telefonu, który jakoś nie chce zadzwonić. Zarazem tak naprawdę nie wiedziałem, co mi się dzieje. Przecież zmieniłem swoje życie tak jak chciałem, na lepsze. Czy kawa, muzyka i internet o poranku naprawdę są takie ważne?

Dowiedziałem się mnóstwa różnych rzeczy. Na przykład tego, że większość ludzi nie ma żadnych rytuałów, ani rano, ani przez resztę dnia. Po prostu żyją rytmem dyktowanym przez innych: członków rodzin, pracodawców, kontrahentów. W dniu brakuje pustych przebiegów, a tak zwany czas dla siebie jest towarem nie tyle deficytowym, co niedostępnym. Doświadczyłem więc luksusu, nie wiedząc nawet, że to luksus.. Byłem jak Maria Antonina, która, dowiedziawszy się, że poddani nie mają chleba, zapytała: „dlaczego nie jedzą ciastek?” Wkrótce potem królową ścięto.

Nie miałem pojęcia, jakie to ważne. Dotąd myślałem, że jestem człowiekiem zdolnym do pełnej adaptacji w jakimkolwiek otoczeniu. Mam łatwość porzucania miejsc i ludzi, wykonywałem wiele zawodów i zawsze znajduję w sobie gotowość do wyruszenia w drogę bez oglądania się na siebie. Nawet papierocha rano nie palę, właściwie wypalam jednego na tydzień, choć wcześniej schodziła paczka dziennie. Nie przypuszczałem, że rozbicie głupiego, porannego przyzwyczajenia zmieni mnie w Godzillę, potwora zdolnego zdemolować świeżo wzniesiony domowy mir.

W konsekwencji rozumiem, jak niewiele o sobie wiem. Powiem nawet mocniej: my, ludzie, bardzo mało o sobie wiemy. Wystarczy zmiana jednego elementu, z którego znaczenia nawet nie zdajemy sobie sprawy. Może to być poranna kawa wypita w spokoju, ale też kwiatek przestawiony na oknie, zmiana rozkładu jazdy komunikacji miejskiej i gigantyczna liczba innych, najdziwniejszych, wydawałoby się nieistotnych rzeczy składających się na naszą codzienność. Być może nawet jest tak, że małe zmiany w pewnych obszarach znosimy gorzej niż duże.

Najchętniej napisałbym, że odniosłem zwycięstwo nad własną słabością, pogodziłem się z kawą pitą w ruchu, z brakiem rannego interneciku, muzyczki i innych drobiazgów, nieważnych przecież z punktu widzenia prawdziwego mężczyzny, że przestałem być rozjuszonym potworem i wróciłem do dobroduszności, z której przecież słynę. Otóż nie. Stało się inaczej. Dziewczyna poszła do pracy. Wstaje wcześnie. I wcześnie wychodzi, a ja siedzę sobie w ciepłym kokonie, z kawką, muzyką i śniadaniem. Zjem. Wychłepcę. I mogę pisać felieton.

Łukasz Orbitowski

Pisarz o wielkiej pracowitości i jeszcze większej wyobraźni. Zaczął pisać, żeby zaimponować koleżankom w liceum. Dziś ma w dorobku sześć powieści, w tym „Inna duszę”, nagrodzoną w 2015 roku Paszportem Polityki.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach