Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Alchemia słowa

Łukasz Orbitowski: Alchemia słowa

Ludzie często pytają mnie o magię pisania, natchnienie i tym podobne. Czuję się wówczas jak osobliwość obwożona po miasteczkach ku uciesze tłumu, jak człowiek-guma albo ten gość, co wyciąga króliki z kapelusza

człowiek w masce królika

Czas preprodukcji, przygotowania do właściwego pisania, jakoś daje się znieść, choć magii próżno w nim szukać. Musicie wiedzieć, że samo pisanie zajmuje może 20 proc. czasu pracy nad powieścią / fot. Steve Harvey / Unsplash

Ludzie często pytają mnie o magię pisania, natchnienie i tym podobne. Czuję się wówczas jak osobliwość obwożona po miasteczkach ku uciesze tłumu, jak człowiek-guma albo ten gość, co wyciąga króliki z kapelusza. Trochę się złoszczę, a trochę cieszę. Tego rodzaju pytania świadczą o tym, że literatura jeszcze kogokolwiek interesuje. Szkoda tylko, że odpowiedź przynosi rozczarowanie

 

Owszem, twórczość skrywa w sobie odrobinę magii. Ta czarodziejska iskierka błyszczy zupełnie gdzie indziej, niż zwykli sądzić życzliwi czytelnicy. Przede wszystkim nie ma jej w samym pisaniu, czyli we wklepywaniu literek do pliku tekstowego, tak jak to czynię właśnie w tej chwili. Przeciwnie, nie znam drugiej czynności równie obciążonej monotonią. Wykonywałem w życiu wiele zawodów. Pracowałem na budowie, czyściłem w ługu meble, ochraniałem metalowe koncerty i, w porównaniu do pisania, każda z tych czynności była ekscytująca jak rajd saneczkowy albo szturmowanie plaży w Normandii. Nie skrywa zbyt wielu niespodzianek, ponieważ zawsze wiem, co napisać. Mogę oczywiście się mylić, w konsekwencji czego powstanie bardzo zła książka. Ale gdy ją piszę, tę złą książkę, towarzyszy mi przyjemne poczucie nieomylności. Reszta to nuda potworna, wyrażająca się w składaniu ze sobą gigantycznej liczby scen, bohaterów i nastrojów. Moje książki mają po osiemset tysięcy znaków. Oznacza to, wraz z poprawkami, jakiś milion uderzeń w klawiaturę. Dalej jest jeszcze gorzej, bo książka wraca z poprawek redakcyjnych. Muszę ją przeczytać, dowiadując się, jak wiele rzeczy schrzaniłem. Boli nieadekwatność wyobrażenia względem efektu końcowego. Książka wymyślona jest zawsze lepsza od napisanej. Tymczasem kochana redaktorka punktuje moje niekonsekwencje i pomyłki (najczęściej błądzę w czasie, myląc kolejność wydarzeń), a na domiar złego domaga się dalszej wytężonej pracy. Czyni to z troski o moją powieść. Z tego powodu, gdy wściekam się na nią, na moją kochaną redaktorkę, natychmiast czuję palące wyrzuty sumienia.

Czas preprodukcji, przygotowania do właściwego pisania, jakoś daje się znieść, choć magii próżno w nim szukać. Musicie wiedzieć, że samo pisanie zajmuje może 20 proc. czasu pracy nad powieścią. Większość schodzi na zbieranie materiałów, co wiąże się z różnymi przygodami i przyjemnościami. Celem jest oczywiście osłodzenie pisarskiego trudu, z którym może się równać jedynie wysiłek egipskiego niewolnika bądź więźniów sowieckich budujących kanał Białomorsko-Bałtycki. Na przykład ostatnio pojechałem do Oławy, gdzie w latach 80. miały miejsca objawienia maryjne. Dawno o nich zapomniano, więc postanowiłem sobie o nich popisać. Nie będę tłumaczył tutaj, o co dokładnie chodzi, zalecam jednak wpisanie w Google stosownej frazy. To fascynująca historia. Przespacerowałem się na miejsce objawień i do pobliskiego kościoła, zaszedłem do biblioteki, porozmawiałem z przedstawicielami mediów lokalnych i świadkami wydarzeń z tamtych lat. Wszystko poszło gładko i okazało się, że cały nadchodzący dzień mam wolny. Postanowiłem, że zaczerpnę informacji w terenie. Od rana zachodziłem do knajpek, przysiadałem się do starszych panów raczących się wódeczką, kupowałem po kielichu i pytałem: „Panowie, a pamiętacie tego i tamtego?”. Chętnie odpowiadali. Bogaty w informacje, zwaliłem się do hotelowego wyrka. W kacu również nie odkryłem niczego czarodziejskiego.

Magii próżno też szukać w układaniu fabuły i w wymyślaniu bohaterów, nie tkwi również w programie, którego używam do pisania, ani w zeszycie z notatkami. Niemniej ona istnieje. Niekiedy, bardzo rzadko (nie częściej niż kilka razy w roku) pojawia się chwila uniesienia, którą od biedy nazwałbym natchnieniem. Jestem sobie na zakupach, w knajpce, macham ciężarami na pace lub też wykonuję inne, bardziej intymne czynności, i nagle „bach”, w głowie pojawia się scena, pomysł na książkę, na opowiadanie, jakieś rozwiązanie, którego poszukiwałem. Młody pisarz zapewne poleciałby je zapisać. Nigdy tak nie robię. Jeśli jest dobre, zostanie ze mną. Jak nie – słusznie o nim zapomnę. To jeden rodzaj magii pisania, który znam.

Jest też drugi, ważniejszy, bo książki pisze się zawsze dla kogoś. W moim wypadku dla dziewczyny. Moje życie miłosne rzadko kiedy było stabilne, ale kiedy miałem stałą partnerkę, to dla niej właśnie pisałem, czy chciała tego, czy nie. Także teraz dziewczyna zawsze jest pierwszą czytelniczką. Podrzucam jej ukończone rozdziały i czekam niespokojnie, aż zacznie czytać. Unikam natarczywości, ale co do cholery może być ważniejszego od mojej książki? Wreszcie przychodzi czas lektury. Dziewczyna czyta, a ja sobie dyskretnie zerkam. Czy oczy zaczynają się świecić, czy chętnie skroluje ekran, ma ochotę na dalsze czytanie, czy się uśmiecha?
Jeśli tak, to wiem, że rzuciłem czar i ten czar zadziałał.

Łukasz Orbitowski

 

Pisarz o wielkiej pracowitości i jeszcze większej wyobraźni. Zaczął pisać, żeby zaimponować koleżankom w liceum. Dziś ma w dorobku sześć powieści, w tym „Inna duszę”, nagrodzoną w 2015 roku Paszportem Polityki.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach