Angelika Tyliszczak-Kłeczek / fot. Barbara Bogacka
Angelika Tyliszczak-Kłeczek: Przez lata myślałam, że siła to zaciskanie zębów, radzenie sobie ze wszystkim samodzielnie, branie na siebie jeszcze więcej. Do czasu, aż życie brutalnie mnie zatrzymało
Kim jesteś i czym się zawodowo zajmujesz?
Angelika Tyliszczak-Kłeczek: Jestem dietetyczką kliniczną, naturoterapeutką, hirudoterapeutką oraz terapeutką ustawień systemowych i RTZ. Pracuję holistycznie ‒ łączę dietę, ciało, psychikę i emocje, bo wiem, że człowiek nie jest jednym wymiarem. Nie zajmuję się „szybką dietą” czy chwilowym efektem – pomagam ludziom wracać do zdrowia naprawdę, od środka. Do mojego gabinetu trafiają często osoby, które mówią: „Ze mną będzie ciężko”, „Próbowałam już wszystkiego”, „To moja ostatnia nadzieja”.
Ale ja nie boję się trudnych historii. Bardzo dobrze je rozumiem. Dlatego do każdego podchodzę indywidualnie – szanując jego tempo, emocje i doświadczenia. Moja praca jest moją misją. Kocham to, co robię. Widzieć, jak ktoś odzyskuje energię, zdrowie, ciało, ale przede wszystkim spokój i wiarę w siebie – to największy zaszczyt. I źródło mojej codziennej wdzięczności.
Jaką drogę przebyłaś, by dotrzeć do punktu, w którym jesteś?
Nie będę oryginalna mówiąc, że moją nauczycielką była próba. Moja droga zaczęła się od choroby mojego dziecka. Nikt nie potrafił mu pomóc. Przez miesiące szukałam lekarzy, specjalistów, metod… i kiedy mi mówili „proszę się pogodzić”, nie potrafiłam się na to zdobyć. Upór i miłość poprowadziły mnie do diagnozy ‒ wkrótce sama zachorowałam. Organizm się zatrzymał. Ciało było zmęczone. Dusza była zmęczona. A wtedy przyszedł największy cios – śmierć mojego taty. Nie tylko ojca, ale najlepszego przyjaciela. Pękło wszystko. Wydawało mi się, że tego nie udźwignę. I właśnie wtedy – na kolanach, w ciszy i bólu – zaczęła się moja powrotna droga do siebie.
Zrozumiałam, że aby móc podnieść innych, najpierw muszę podnieść siebie. Zaczęłam uczyć się ciała, emocji, biologii stresu, psychosomatyki, oddechu, naturoterapii. Każdą wiedzę, którą dziś dzielę się z innymi, przepuściłam najpierw przez moje życie, moje doświadczenie, moje łzy i moją siłę.
Dlatego rozumiem swoich pacjentów. Rozumiem lęk, rozpacz, nadzieję, bezsilność. I wiem, że z każdego zakrętu da się wyjść – jeśli ktoś poda nam rękę. Dziś podaję tę rękę innym. Z pełną uważnością, czułością, szacunkiem i wiarą w człowieka. Bo wiem, że każdy ma w sobie miejsce, które można odbudować. A ja jestem tu po to, by pomóc je odnaleźć.

Angelika Tyliszczak-Kłeczek / fot. Barbara Bogacka
Co uznajesz za swój największy sukces?
Kiedy myślę o sukcesie, nie przychodzą mi na myśl liczby, osiągnięcia zawodowe czy tytuły. Moją największą dumą jest moja rodzina — trójka moich dzieci i mój cudowny mąż, który nie tylko stoi u mojego boku, ale każdego dnia popycha mnie ku życiu, odwadze i spełnieniu. Nie jest tylko mężem — to mój najbliższy przyjaciel, człowiek, który wierzy we mnie nawet wtedy, gdy ja sama na chwilę zapominam, kim jestem.Oni wszyscy są moim fundamentem i moim lustrem. Dzięki nim projekt „Odzyskana Ja” nie jest tylko projektem czy marką — jest procesem, który przechodzę realnie, w życiu, w relacjach, w codziennych wyborach.
Jak pięknie powiedział Bert Hellinger: „Szczęście płynie z porządku w miłości.” To właśnie oni ustawili moje serce we właściwym kierunku. Wierzę, że rodzina jest kluczem do sukcesu, którego nie da się kupić, zdobyć ani udawać. To sukces, który dojrzewa z nami — krok po kroku, dzień po dniu, w drobnych gestach, w obecności, w patrzeniu sobie w oczy. I to jest moje najprawdziwsze zwycięstwo.
Jaka życiowa rola jest dla Ciebie najważniejsza?
Najważniejszą rolą w moim życiu jest rola mamy ‒ przede wszystkim dla mojej córki Laury. Wiem, że dzieci nie uczą się przez to, co im mówimy, ale przez to, co widzą każdego dnia. Dlatego nie chcę tylko powtarzać, że można wszystko ‒ chcę jej to pokazać swoim życiem. Chcę, aby patrząc na mnie wiedziała, że kobieta może tworzyć siebie na nowo, spełniać marzenia, kochać, dbać o siebie i jednocześnie dawać miłość innym. Że życie nie musi być walką, tylko drogą przemierzaną z lekkością i czułą odwagą.
Jak mówi Louise Hay: „Największym darem, jaki możesz dać dziecku, jest uzdrowienie siebie.” Spełniam się więc jako kobieta nie tylko dla siebie, ale i dla niej. Dla wszystkich kobiet, które były przede mną w moim rodzie i dla tych, które przyjdą po niej.
Niosę dalej to, co dobre. Uleczam to, co bolało. Otwieram drzwi tam, które kiedyś były zamknięte. I wierzę, że to jest najpiękniejszy prezent, jaki mogę jej podarować — nie słowa, lecz przykład życia.
Jakie są Twoje supermoce?
Dziś moją supermocą jest to, że umiem zamieniać trud w zrozumienie, chaos w spokój, a ból w mądrość, którą mogę dzielić się z innymi. Potrafię patrzeć na człowieka całościowo – ciało, emocje, dusza – i to łączyć w procesie zmiany. Ale jest jeszcze coś. Umiem się śmiać. Z siebie, z życia, z absurdów codzienności. Ten śmiech leczy. Rozluźnia. Przywraca lekkość. To on przypomina mi i innym, że nawet najtrudniejsza droga może być piękna, jeśli idziemy nią z sercem. Moje supermoce to czułość, odwaga, obecność i humor. I przekonanie, że z każdej historii można wrócić silniejszą ‒ i bardziej sobą.

Angelika Tyliszczak-Kłeczek / fot. Barbara Bogacka
Najlepsza rada, jaką w życiu dostałaś?
Najlepszą radą, jaką kiedykolwiek usłyszałam, były słowa: „Nie musisz być silna cały czas.”
Długo dojrzewałam do tego, żeby je naprawdę zrozumieć. Przez lata myślałam, że siła to zaciskanie zębów, radzenie sobie ze wszystkim samodzielnie, branie na siebie jeszcze więcej. Do czasu, aż życie brutalnie mnie zatrzymało ‒ choroba mojego dziecka, później moja własna, a później śmierć taty… To wszystko sprawiło, że musiałam wreszcie usiąść i zapytać siebie: dla kogo ja właściwie próbuję być niezniszczalna?
Wtedy zrozumiałam, że prawdziwa siła nie polega na kontrolowaniu, udowadnianiu, trzymaniu się na siłę. Prawdziwa siła zaczyna się w chwili, kiedy pozwalasz sobie na łzy. Na odpoczynek. Na proszenie o pomoc.
Na bycie człowiekiem, a nie bohaterką. Ta rada zmieniła moje życie. Nauczyła mnie miękkości, obecności i czułego bycia ze sobą, a w efekcie nauczyła mnie też kochać bardziej, głębiej i mądrzej. Bo dopiero kobieta, która pozwala sobie nie być silną zawsze, staje się naprawdę silna.
Masz jakieś rady ułatwiające życie, którymi chcesz się podzielić z innymi kobietami?
Tak. Przede wszystkim ‒ bądź dla siebie łagodna. Nie musisz być idealna, szybka, zawsze dostępna i zawsze ogarnięta. Pozwól sobie czuć, pozwól sobie odpocząć, pozwól sobie być człowiekiem. Druga rzecz: otaczaj się kobietami, które cię wspierają, a nie oceniają. Otoczenie potrafi zmienić całe życie. I jeszcze jedno — ufaj sobie. Twoje ciało, intuicja i serce naprawdę wiedzą, gdzie jest twoja droga. Nie zagłuszaj ich, słuchaj. To proste, ale najważniejsze.
Co byś powiedziała 18-letniej sobie?
Uśmiechnęłabym się do niej najpierw. Delikatnie, bez pośpiechu. Wiem, jak bardzo już wtedy chciała „być dorosła” i mieć wszystko poukładane. Powiedziałabym jej: „Oddychaj, dziewczyno. Nie musisz udowadniać światu swojej wartości ‒ ty już ją masz.” I że ma prawo się pomylić. Że życie nie jest wyścigiem ani testem do zdania na ocenę. Że nie musi być twarda, żeby przetrwać. Że wrażliwość to nie słabość ‒ to dar. Przytuliłabym ją mocno i dodała jeszcze:
Nie porównuj się. Twoja droga ma swój rytm.
Masz prawo wybierać inaczej, niż inni oczekują.
Nie zgadzaj się na mniej, niż czujesz w sercu.
I naprawdę, naprawdę jesteś piękna — nie będziesz kiedyś, ale jesteś już teraz.
A na koniec, pewnie z uśmiechem przez łzy, powiedziałabym: „Zaufaj sobie. Jeszcze nie wiesz, ile potrafisz. Ale to wszystko dopiero się zaczyna.”
Gdybyś miała taką możliwość, z kim zamieniałabyś się życiem na jeden dzień?
Szczerze? Nie zamieniłabym się z nikim. I mówię to z pełnym spokojem. Kiedyś pewnie wybrałabym jakąś „idealną” kobietę z billboardu czy z Instagrama, bo wydawało mi się, że tam jest życie lepsze, lżejsze, bardziej perfekcyjne. Dziś już wiem, że prawdziwe szczęście nie dzieje się na zdjęciach, tylko w codzienności: kiedy rano parzę kawę, kiedy słyszę śmiech moich dzieci, kiedy przytulam męża po długim dniu, kiedy pracuję z kobietą, która po latach wraca do siebie. Jeśli więc miałabym wybrać, to weszłabym jeszcze raz w swoje własne życie. Na jeden dzień, ale z tą świadomością, jak bardzo jest moje i jak bardzo je kocham.
Ulubione miejsca w Krakowie?
Najpiękniejsze miejsce w moim Krakowie to… nasza kuchnia. Stół, poranna kawa, czasem cisza, czasem śmiech, czasem bałagan z kredek i szkolnych kartek. Tam naprawdę czuję miasto w codzienności, nie w widokówkach. Uwielbiam też Jogę na Dębnikach ‒ bo od samego wejścia czuć tam dobrą energię, spokój i życzliwość ludzi, a zaraz obok unosi się zapach świeżego chleba, który od razu wprawia w dobry nastrój. To jedno z tych miejsc, w których od razu wiesz, że jesteś u siebie.
Gdzie można Cię znaleźć?
Teraz mam taki czas w życiu, że naprawdę wszędzie mnie pełno (uśmiech). Angażuję się w różne projekty, wspieram kampanie, piszę artykuły o naturze i zdrowiu, ciągle się kształcę i pogłębiam wiedzę ‒ bo rozwój to dla mnie codzienność, nie etap. Zawodowo pracuję w dwóch gabinetach w Krakowie, prowadzę też sesje online, dzięki czemu mogę wspierać kobiety niezależnie od miejsca, w którym mieszkają.
Od niedawna jestem obecna w przestrzeni internetowej jako „Odzyskana Ja – Od Blokad do Zdrowia” ‒ to tam dzielę się tym, co przynosi ukojenie, świadomość i powrót do siebie.
Projekt #KobietyKrakowa
Fotografia: Barbara Bogacka
Wizaż: Małgorzata Braś
Wnętrza sesji zdjęciowych: The Crown – Handwritten Collection
Chcesz zostać #KobietąKrakowa? Kobiety Krakowa
