Sunday, October 24, 2021
Home / Ludzie  / Kre-aktywne  / Ja nie dam rady?!

Ja nie dam rady?!

Zimno, trudno, niewygodnie. Tak miało być, mówią Brożka i Kaczka, które w maju minionego roku wypłynęły w pierwszy kobiecy rejs z Polski na Islandię.

Kilka razy pytałyśmy się wzajemnie, po cholerę nam to. Ale żadna z nas nie myślała, że mogłybyśmy nie popłynąć albo zawrócić, bo "za ciężko" / fot. materiały prasowe

Zimno, trudno, niewygodnie. Tak miało być, mówią Brożka (Dobrochna Nowak) i Kaczka (Kaśka Sałaban), które w maju minionego roku wypłynęły w pierwszy kobiecy rejs z Polski na Islandię.

Kilka razy pytałyśmy się wzajemnie, po cholerę nam to. Ale żadna z nas nie myślała, że mogłybyśmy nie popłynąć albo zawrócić, bo "za ciężko" / fot. materiały prasowe

Kilka razy pytałyśmy się wzajemnie, po cholerę nam to. Ale żadna z nas nie myślała, że mogłybyśmy nie popłynąć albo zawrócić, bo „za ciężko” / fot. materiały prasowe

Jachtem małym i pozbawionym takich komfortów jak toaleta, a czasem nawet możliwości zrobienia herbaty. Dziewczyny udowodniły jednak, że „baby som twarde” – dopłynęły, cel osiągnęły, a na początku tego roku zgarnęły prestiżową podróżniczą nagrodę Kolosów. Rozmawiamy o najmniej wygodnych sposobach na spędzenie urlopu, niecodziennej codzienności i o tym, że kobieta na morzu już dawno nie przynosi pecha

Podczas zbierania funduszy na wyprawę zaznaczałyście, że chcecie promować żeglujące kobiety. Czy fakt, że to środowisko jest zdominowane przez mężczyzn, odczuwałyście jakoś negatywnie, i stąd chęć zmiany?
Dobrochna Nowak: Obie od lat obracamy się w tym środowisku i już jesteśmy przyzwyczajone, że dominowali głównie faceci. Od 2009 roku było jakoś cicho o damskich wyprawach, więc fajnie, że coś się ruszyło. Nie odbieram tego jako czegoś złego, że żeglarstwo jest zdominowane przez facetów… czasami nawet łatwiej się z nimi dogadać. (śmiech)
Kaśka Sałaban: Generalnie zgadzam się z Brożką w kwestii łatwiejszego dogadywania się. Jestem zawodowo związana z morzem, więc siłą rzeczy współpraca z mężczyznami to dla mnie codzienność. Fajnie, że pojawia się coraz więcej pływających dziewczyn, ale nie uważam, że trzeba je jakoś na siłę wypychać na morze. Cieszy, że mogłyśmy pokazać jakiś pomysł na kobiece żeglowanie i udowodnić, że dwie dziewczyny na małym jachcie nie oznaczają od razu ani katastrofy, ani awantury…
DN: … i że damski rejs nie musi być na jachcie „wszystkomającym”. (śmiech) Wprawdzie zawsze był plan awaryjny – można było zrobić z siebie idiotki, jakby trzeba było coś załatwić, ale w praniu wyszło, że częściej musiałyśmy kiwać głowami na wszystkie dobre rady „życzliwych” panów kapitanów spotkanych jachtów. A potem robić swoje.

No właśnie, przełamałyście też inny stereotyp. Podróżowałyście mało komfortowym jachtem – a o kobietach zwykło się mówić, że wygoda w podróży jest dla nich najważniejsza. 
KS: Na szczęście jest mnóstwo kobiet, które podróżując na najróżniejsze sposoby, dowodzą, że to stereotyp pasujący do coraz węższego grona dziewczyn. Choć przy okazji pewnie niejednemu facetowi włos zjeżył się na głowie na myśl o braku łazienki, ogrzewania i silnika. (śmiech) Ot, taka zmiana ról… Co do bycia twardym – dziewczyny udowadniają to na każdym kroku: pracują w „męskich” zawodach, zdobywają góry, pływają po morzach i oceanach, obejmują ważne polityczne funkcje, no i robią te „kobiece” rzeczy, jak wychowywanie dzieci, dbanie o dom i przede wszystkim rodzenie tychże dzieci, co jest dla mnie najwyższą formą „twardzielstwa”.
DN: Zgadza się, w wielu kwestiach kobiety są twardsze niż faceci. Inna sprawa, że jakbyśmy miały większy, lepiej wyposażony jacht, to byśmy nim popłynęły. Ale akurat był pod ręką Maxus przeznaczony do testów i trzeba było go mocno sprawdzić, to wzięłyśmy.
KS: No tak, raczej nie jesteśmy fankami wymyślania dziesięciu najmniej komfortowych sposobów spędzania urlopu.
DN: Nie? (śmiech)

Najgorsze jest pokonywanie własnych granic - mało snu, przyzwyczajenie organizmu do bujania, stale poobijane nogi, pocięte ręce / fot. materiały prasowe

Najgorsze jest pokonywanie własnych granic – mało snu, przyzwyczajenie organizmu do bujania, stale poobijane nogi, pocięte ręce / fot. materiały prasowe

Macie jeszcze jakieś sprawdzone sposoby niewygodnego spędzenia urlopu?
DN: Kiedy o tym myślę, to najbardziej niewygodny urlop to dla mnie chyba all inclusive w Turcji czy innych Egiptach.

Chyba domyślam się dlaczego, ale jednak spytam: dlaczego?
DN: Bo jest się ograniczonym – terminem, sposobem, w jaki ktoś zaplanował za ciebie twój własny urlop, a potem powiedział ci, w jaki sposób masz wypoczywać.

Znacie książkę Witajcie w raju Jennie Dielemans? Autorka opisuje tam, jak wygląda gorzki świat poza hotelami all inclusive, jak drastycznie tak zorganizowany ruch turystyczny odbija się na lokalnych mieszkańcach kurortów.
DN: Nie znam tej książki, ale jeśli chodzi o temat all inclusive i w ogóle szeroko pojęty przemysł turystyczny, to jest to sprzedawanie marzeń. Ja się niejednokrotnie zawiodłam na atrakcjach turystycznych i w swoich podróżach czy rejsach raczej obrałam opcję zwiedzania spontanicznego i bez ciśnienia. Nie będę stała cztery godziny w kolejce na wieżę Eiffla, raczej kupię bagietkę i butelkę wina i klapnę na Polach Elizejskich z widokiem na wieżę. Wolę spędzić czas jak miejscowi, pójść na spacer, zjeść tam, gdzie oni. A z tematem książki, o której mówisz, spotkałam się i przekonałam dobitnie na Karaibach, gdzie widziałam turystów zamkniętych za murami hoteli, w których mieli swoje all inclusive i sztuczne białe plaże. A ja kąpałam się w dżungli, w wodospadzie, i byłam na prawdziwym karaibskim street party.

Rozmawiałam niedawno z Tomkiem Michniewiczem, który powiedział, że największą zaletą podróżowania jest możliwość bezpośredniego rozmawiania z ludźmi. Że kiedy pojedziemy do dalekiego kraju i poznamy ludzi, bardzo szybko przełamujemy stereotypy. Czy podczas podróżowania zdarzyło się wam przełamać jakiś stereotyp… o Polakach? 
DN: Tak w ogóle, to moim zdaniem w żeglarstwie panuje dość specyficzna atmosfera. Mam na myśli, że ludzie się dzielą na żeglarzy i nieżeglarzy, a mniejsze znaczenie ma, skąd dany żeglarz pochodzi. Co do stereotypów, to akurat polscy żeglarze mają dość dobrą opinię na świecie.

Wróćmy do samego rejsu – podczas każdej dłuższej czy dalszej wyprawy przychodzi chyba czas na chwilę zwątpienia czy załamania. Pytania „po co ja to robię?” albo „nie uda mi się”. Czy podczas rejsu do Islandii zdarzyły się wam podobne momenty?
KS: Kilka razy pytałyśmy się wzajemnie, po cholerę nam to. (śmiech) Ale żadna z nas tak naprawdę nie myślała, że mogłybyśmy nie popłynąć albo zawrócić „bo za ciężko”. Zresztą tak miało być – zimno, niewygodnie, trudno. Miał być test jachtu, miała być wyprawa – takich rzeczy nie da się zrobić po linii najmniejszego oporu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

A jakie sytuacje wywołują takie myśli? Chodzi mi o to, czy żeglarza na morzu bardziej potrafią załamać warunki atmosferyczne czy jakieś problemy ze sprzętem, czy raczej bardziej ludzkie?
DN: Kwestie techniczne też. Nam na szczęście nie przytrafiły się duże problemy, choć jacht był nowiutki, a takim zdarza się cierpieć na „choroby dziecięce”. Ale najgorsze jest pokonywanie własnych granic, tych fizycznych – mało snu, przyzwyczajenie organizmu do bujania, stale poobijane nogi, pocięte ręce. A do tego pogoda. Jak jest sztorm, to siedzisz w mokrych ciuchach, bo każdy sztormiak prędzej czy później przemoknie, i jest ci zimno – oczywiście to dotyczy raczej rejsów północnych. U nas dodatkowo jeszcze w sztormie czasem tak bujało, że nic nie dało się ugotować, więc nie było szans nawet na herbatę.

Na morzu bywa groźnie, przeraźliwie nudno, czas odmierza się inaczej, zacierają się granice między dniami i nocami… czy dla was to jest takie ekstremum, po którym później trudno się odnaleźć w zwykłej codzienności?
KS: Dla mnie to jest właśnie w dużej mierze życie codzienne. (śmiech) Tak wygląda mój dzień roboczy [Kasia jest I oficerem STS Fryderyk Chopin – dop. KP]. Czy ciężko wrócić? Za pierwszym razem, po długim rejsie – tak. Teraz już nie. Teraz na morzu chce się do domu, a w domu – na morze.

Istnieje jakaś forma treningu, który pozwoli się na coś takiego przygotować?
DN: W sumie żeglowanie bardzo rozleniwia. (śmiech) Na jachcie nie ma za dużo przestrzeni do chodzenia, więc nie trzeba mieć jakiejś superkondycji. Przydaje się siła w rękach – jest trochę lin do ciągnięcia. Ale teraz nawet największe jachty bywają wyposażone tak, że radzą sobie z nimi nawet drobne dziewczyny.

O czym chyba warto wspomnieć, bo wiele osób zapewne nadal pielęgnuje stereotyp żeglarza zapożyczony z Hemingwaya.
DN: (śmiech) No ba! Wielki facet, w obcisłej koszulce, z brodą do pasa i rękami jak bochenki chleba!
KS: W żeglarstwie zdecydowanie bardziej liczą się psychiczne właściwości. Odporność, odpowiedzialność, ale też odrobina szaleństwa i naszej polskiej fantazji… Domatorom takie życie raczej się nie spodoba. Myślę, że zwiększenie liczby żeglujących kobiet to nie kwestia ułatwień fizycznych, ale zmiany nastawienia do ich psychicznych możliwości. Kobiety w dzisiejszych czasach są uważane za co najmniej tak samo twarde jak mężczyźni, a jeśli ktoś mówi, że tak jest, to same kobiety też zaczynają tak o sobie myśleć. Bo co – ja nie dam rady? (śmiech)

Katarzyna Paluch

Artykuł pochodzi z czasopisma „Miasto Kobiet”. Zobacz, gdzie możesz dostać magazyn drukowany [DYSTRYBUCJA MK]

kobiety-ekstremalne-nor

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru „Miasta Kobiet”

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach