Saturday, September 25, 2021
Home / Uroda  / Trendy  / Kiedy byliśmy duzi

Kiedy byliśmy duzi

Co łączy właścicielkę agencji modelek size plus, ekscentrycznego fryzjera i byłą panią minister? Zrzucone kilogramy.

Jak ktoś mówi, że dobrze mu w jego wielkim ciele to znaczy, że kłamie. Tam jest bardzo nieprzyjemnie. Wiem, co mówię, bo siedziałam w nim siedem lat / na zdj. Oskar Bachoń przed metamorfozą, fot. Katarzyna Widmańska

Co łączy właścicielkę agencji modelek size plus, ekscentrycznego fryzjera i byłą panią minister? Zrzucone kilogramy.

Agnieszka nie mieściła się w fotelach kinowych, nie była w stanie zapiąć pasa w samolocie, a w nocy ryczała w poduszkę. Oskar ze swojej nadwagi uczynił atut. Przebierał się, malował, pajacował. Zakładał maskę. Sam siebie przekonywał, że duże jest fajne. Anna nie miała siły dźwigać swoich kilogramów przez życie. Chowała się w babcinych garsonkach i nie czytała komentarzy mediów na swój temat. Każde z nich usłyszało kiedyś „Ale grubas” i każdemu, o ironio, mówiono „Nie odchudzaj się”. Gdy stracili oponkę z brzucha, stracili też ostatnie złudzenia – to mówili zazdrośni.

Seks? To przecież aktywność fizyczna, sport. Osoba otyła wiele traci, nie może przyjąć większości pozycji, szybko się męczy, walczy z ciałem, zamiast czerpać przyjemność / na zdj. Agnieszka Czerwoińsa przed i po metamorfozie. Fot. Daniel Rudzki i Piotr Wacowski | Agnieszka Rzymek

Seks? To przecież aktywność fizyczna, sport. Osoba otyła wiele traci, nie może przyjąć większości pozycji, szybko się męczy, walczy z ciałem, zamiast czerpać przyjemność / na zdj. Agnieszka Czerwińska przed i po metamorfozie, fot. z lewej Daniel Rudzki i Piotr Wacowski, z prawej Agnieszka Rzymek

AGNIESZKA CZERWIŃSKA ma 34 lata ale narodziła się dopiero niedawno. Wcześniej ukrywała się pod przyklejonym do okrągłej buzi uśmiechem. Pozowała do zdjęć, eksponując swoje wielkie ciało, ale nie żyła tak naprawdę. Dopiero gdy schudła 60 kilo, zabiła swoje znienawidzone ja – Grubą Bertę – i napisała o tym książkę, poznała pełnię życia. Od kilku lat prowadzi agencję modelek size plus. Teraz chce pomagać kobietom uwięzionym w wielkim ciele.

Dlaczego założyłam agencję Nobody’s Perfect? Na pewno nie dlatego, żeby promować otyłość, co często mi się zarzuca. Chciałam pokazać niedoskonałe kobiety, zarówno te chude, jak i te pulchniejsze, te z tatuażami czy te zbyt niskie jak na standardy modelingu. Nigdy nie mówiłam, że duże jest piękne, a jedynie, że duże może się podobać. I nadal w to wierzę. A że ja schudłam? Zrobiłam to dla siebie i dla własnego zdrowia. Cały czas muszę się z tego tłumaczyć.

Facet, z którym byłam, odszedł. Zostawał mnie dla 150 kilogramowej kobiety, bo szczuplejsza przestałam mu się podobać. Dziwi cię to? A mnie już nie. Nasłuchałam się w życiu historii kobiet, które mąż zostawił dlatego, że przytyły. Ze mną było dokładnie to samo, tyle że jego preferencje były odwrotne. Czy bolało? No a jak myślisz? Ale nie zmieniłam zdania, dziś wiem, że rozpoczęcie odchudzania było najlepszą decyzją w moim życiu.

Grubasem zostaje się na zawsze

Nienawidziłam swojego wyglądu, choć na co dzień uśmiechałam się szeroko. Nie zastanawiałaś się nigdy dlaczego puszyści są tacy mili? Bo to jedyna broń – być miłym i liczyć, że dzięki temu ludzie będą nas akceptować. O widzisz, znów powiedziałam nas. Bo choć schudłam, te kilogramy zawsze będę mieć w głowie, zawsze będę jedną z grubasów. Nie boję się, że przytyję. A gdyby nawet – z 20 kilogramami poradzę sobie bez problemu. Przerażałby mnie powrót wagi 125 kilogramów. Czasem budzę się w nocy zlana potem, bo mi się śni, że znowu jestem gruba. Kroki, które kieruję po ciemku do lustra, by sprawdzić, czy tak jest, to najdłuższe spacery w moim życiu.

Gdy odeszli moi rodzice, było mi bardzo ciężko. Do tego ta waga… Użalałam się nad sobą, swoim bólem dzieliłam się na Facebooku. Aż w końcu ktoś naprawdę mi życzliwy napisał: „Agnieszka, jak coś Ci się nie podoba w Twoim życiu, to to zmień i nie użalaj się nad sobą, a jeśli nie masz na to wpływu, zaakceptuj to”. Bardzo wzięłam sobie te słowa do serca. Teraz wręcz brzydzę się użalaniem się, gdy widzę, jak ktoś tak robi – od razu reaguję. Mówię” weź się w garść. Jestem najlepszym przykładem na to, że się da.

Jak schudłam? Najskuteczniejsze jest zwyczajne zdrowe odżywianie i ruch. Brzmi prosto, ale bez pomocy dietetyka, który dokładnie rozpisał mi posiłki i był pod telefonem, gdy czułam, że zaraz skusi mnie jakieś ciastko, nie dałabym rady. To doskonała motywacja – cotygodniowe spotkania, ważenie i spowiedź z tego, co się zjadło. Wcześniej próbowałam wszystkiego, nawet tabletek z internetu, które omal nie pozbawiły mnie życia, ale waga zawsze wracała. Systematyczność, pięć posiłków dziennie, zero cukru – to moja metoda. Schudnięcie zajęło mi kilka lat. Ale to jedyna droga.

Seks dla wysportowanych

Kiedyś ruch był dla mnie karą, zwłaszcza w szkole na WF-ie przeżywałam katusze. Dziś z przyjemnością przebiegam 7 albo 10 kilometrów, ale to nie przyszło od razu. Osoba tak otyła jak ja kiedyś, nie może biegać. Zaczęłam więc od orbitreku, ćwiczyłam w domu, żeby nikt nie widział jak trzęsie się mój brzuch. Dopiero gdy schudłam 30 kilo, mogłam wybiec na ulicę bez obawy, że się ośmieszę albo nabawię kontuzji.

Odchudzanie to jednak nie wszystko. Bo cóż z tego, że ważysz mniej, gdy twoje ciało ciągle pamięta swój gigantyczny rozmiar. U mnie to nawet nie obwisła skóra, a rozstępy są największym problemem. Walczę z nimi z pomocą lekarzy medycyny estetycznej, ale pewne pamiątki pozostaną na zawsze. Weźmy choćby moje plecy, szerokie i zaokrąglone, bo żebra rozszerzyły się pod naporem kilogramów. Nigdy nie będę idealna, ale by walczyć o siebie, trzeba to zaakceptować.

Ludzie mówią mi, że teraz jestem pełna życia. W zasadzie dopiero teraz wiem, co to znaczy żyć. Kiedyś nie mieściłam się w fotelach kinowych, w samolocie nie mogłam zapiąć pasów bezpieczeństwa, nie umiałam się schylić, w upał miałam ciało pełne bolesnych odparzeń. Seks? To przecież aktywność fizyczna, sport. Osoba otyła wiele traci, nie może przyjąć większości pozycji, szybko się męczy, walczy z ciałem, zamiast czerpać przyjemność. Ciągle spieram się o to z kobietami, które są skrajnie otyłe. Zarzekają się, że mają cudowne życie seksualne, a Czerwińska jest złośliwa. Cóż, każdy lubi co innego, może komuś wystarczy głaskanie po brzuchu, ale wiem jedno – szczupłym seks smakuje lepiej. Mówisz, że wyglądam na zakochaną? Kto wie!?

Gdy zaczynałam dietę, miałam 43 lata, a ludzie mówili, że wyglądam na własną mamę. Rok później dawano mi co najmniej 10 lat mniej. I w końcu zostałam odkryta, wybuchła medialna euforia / na zdj. Anna Kalata przed i po metamorfozie, fot. ach. prywatne

Gdy zaczynałam dietę, miałam 43 lata, a ludzie mówili, że wyglądam na własną mamę. Rok później dawano mi co najmniej 10 lat mniej. Wybuchła medialna euforia / na zdj. Anna Kalata przed i po metamorfozie, fot. ach. prywatne

ANNA KALATA, była minister pracy i polityki społecznej, schudła 38 kilo, ale jej metamorfoza to coś znacznie głębszego. Z szarej myszki schowanej w za dużych garsonkach zmieniła się w seksowną, pewną siebie blondynkę, której ciągle nikt nie może uwierzyć, że dokonała tego bez niczyjej pomocy. – Schudłam i odmłodniałam, a efekty przerosły nawet mnie – przyznaje.

Piorun z jasnego nieba

Decyzję o odchudzaniu podjęłam w Indiach. Dosłownie jednodniowy pobyt zmienił moje życie. Emocjonalnie i fizycznie. W jednej z tamtejszych świątyń doznałam duchowego olśnienia, magicznej inspiracji. Możecie się śmiać, ale to było jak piorun z jasnego nieba, takie błogie uczucie a zarazem przekonanie, że moje ciało potrzebuje oczyszczenia. Drugi argument do odchudzania był bardziej prozaiczny – w 40-stopniowych upałach, jakie tam panowały, musiałam na sobie dźwigać prawie sto kilo. Powiedziałam wtedy: dość!

Był lipiec 2007 roku. Pełniłam funkcję ministra pracy i polityki społecznej. Pamiętam, że koalicja wisiała na włosku, nikt więc nie miał czasu zastanawiać się nad tym, co akurat Kalata ze sobą robi, a ja… ograniczyłam jedzenie. W zasadzie nie jadłam prawie nic. Moi bliscy koledzy dopytywali, czy aby wszystko w porządku, bo w pierwszym miesiącu diety schudłam aż 13 kilo.

Przez to moje niejedzenie wylądowałam nawet w szpitalu, ponieważ organizm doznał szoku. Potem poszłam po rozum do głowy i skomponowałam sobie dietę 1000 kalorii na podstawie indywidualnych sympatii żywieniowych. Uważam, że organizm sam najlepiej wie, co lubi i co jest dla niego dobre. Takie podejście ułatwiało mi też wytrwanie w diecie. Znalazłam sobie ulubione zapychacze, stworzyłam ich listę, były na niej głównie miękkie warzywa, jak kapusta, brukselka, pomidory. I dzień po dniu, miesiąc po miesiącu chudłam. Łącznie 38 kilogramów w rok.

Musiałam odnaleźć się na nowo w swojej skórze. Trzeba było wymienić całą garderobę. Znów poczułam się atrakcyjna, odważyłam się na nową fryzurę. Gdy zaczynałam dietę, miałam 43 lata, a ludzie mówili, że wyglądam na własną mamę. Rok później dawano mi co najmniej 10 lat mniej. I w końcu zostałam odkryta, wybuchła medialna euforia, gazety i portale prześcigały się w publikowaniu moich zdjęć przed i po. Wtedy do mnie dotarło, że to czego dokonałam, wcale nie było takie proste i nie jest ważne wyłącznie dla mnie.

Bułka przekrojona na pięć części

Dziś jem wszystko, tylko że pilnuję, by były to małe ilości. Nauczyłam się, że skoro bułkę można przekroić na dwie części, to można także na pięć. Dzięki temu ma się wrażenie, że zjadło się dużo, mimo że było dokładnie odwrotnie. Czy uprawiałam sport? Niewiele. Stawiam na taniec, aerobic przy muzyce, medytację, spacery, jogę oddechu – to jest to, co Ania lubi najbardziej.

Da się! Bez dietetyka, bez personalnego trenera, bez operacji plastycznych. Pokazałam się nawet w telewizji, publicznie oglądał mnie lekarz plastyk, który potwierdził, że nic mi nie odsysano, nic nie wycinano, nie naciągano. Ale i tak ludzie mi nie wierzą. Myślę, że to dlatego, że samym jest im tak trudno schudnąć, więc nie wierzą, że innym może się to udać. Wielokrotnie usłyszałam też słowa krytyki, że jako szczupła blondynka z długimi włosami nie wyglądam już tak kompetentnie, że mój nowy wizerunek nie przystoi politykowi. Jednak uważam, że na rynku pracy wygląd jest bardzo ważny.

Moja metamorfoza stała się inspiracją dla wielu kobiet. Spotykam się z nimi w ramach Instytutu Zmian, który prowadzę. Wyjaśniam, że wygląd to nasza wizytówka, że pomaga odnieść sukces. Prywatny i zawodowy. Dla tych kobiet ciągle jestem w jakimś sensie ministrem pracy, tyle że pracę na szczycie zmieniłam na pracę u podstaw.

Jak ktoś mówi, że dobrze mu w jego wielkim ciele to znaczy, że kłamie. Tam jest bardzo nieprzyjemnie. Wiem, co mówię, bo siedziałam w nim siedem lat / na zdj. Oskar Bachoń przed metamorfozą, fot. Katarzyna Widmańska

Jak ktoś mówi, że dobrze mu w jego wielkim ciele to znaczy, że kłamie. Tam jest bardzo nieprzyjemnie. Wiem, co mówię, bo siedziałam w nim siedem lat / na zdj. Oskar Bachoń przed metamorfozą, fot. Katarzyna Widmańska

OSKAR BACHOŃ w Krakowie znany jest z dwóch rzeczy. Po pierwsze z tego, że jest genialnym stylistą fryzur i makijażystą, po drugie – z ekshibicjonizmu i miliona wcieleń. Porysowany kolorowymi tatuażami pozował do zdjęć, eksponując swoje fałdki na brzuchu, stylizował się za rusałkę, królową, rzeźnika z siekierą lub prężył się półnagi wśród płatków róż. Dziś jest o 30 kilo szczuplejszy i przyznaje, że tamte zdjęcia mały zamaskować jego obrzydzenie do swojego ciała. Były przejawem przekory grubasa.

Rok temu ważyłem 115 kilo przy wzroście 183 cm. Byłem takim nalanym pączkiem. Kiedyś byłem szczupłym, zupełnie normalnej budowy facetem. Otyłości nabawiłem się siedem lat temu, po śmieci mojej mamy. Zacząłem się wtedy napychać jedzeniem, żeby zrekompensować sobie jej brak. Mama zawsze przywiązywała dużą wagę do kuchni, była wybitną gospodynią, doskonale gotowała, piekła pyszne ciasta, wyznawała zasadę, że dziecko pojedzone to dziecko szczęśliwe. W naszej kulturze przyjęło się, że z talerza trzeba zjadać do końca, bo w trakcie wojny ludzie głodowali, więc szkoda, żeby się zmarnowało. Wielki brzuch był zawsze synonimem dobrobytu. I gdy zabrakło mamy, ja zacząłem się kochać, karmiąc sam siebie.

Zaczęło się od brokuła

Byłem fanem mięsa i słodyczy. Potrafiłem zjeść każdą ilość i o każdej porze, kupić sobie pół tortu w drodze do domu i zjeść naraz. Napychałem się. Chadzałem do najlepszych krakowskich restauracji, jadłem podwójne porcje, a w domu jadałem to, co dawała mi kiedyś mama, mielonego, schabowego, ziemniaki. Jak tylko było mi źle, nagradzałem się jedzeniem. Miałem problem z ubraniami, największa rozmiarówka w sklepach była na mnie za mała, znalazłem sobie więc krawcową, która realizowała moje szalone wizje, szyła mi wielkie stroje i jakoś tak to trwało. Aż do weekendu majowego rok temu.

4 maja 2013 obudziłem się z nagłą i niezrozumiałą dla mnie wtedy potrzebą, żeby zjeść brokuła. A ja przecież nienawidziłem brokułów! Miałem jednak na niego taką chcicę, że pognałem do baru sałatkowego na brokułową tartę. I potem już poszło. Zacząłem uczyć się przyrządzać wszelkie jarzyny. Doszło do tego, że teraz praktycznie nie jem mięsa, mam wstręt. W moim menu jest mnóstwo warzyw, ryb, owoców morza i ciemne pieczywo. Nigdy nie byłem u dietetyka, po prostu zacząłem słuchać siebie samego i własnego organizmu. Gdy przychodzi mi ochota na tort – idę na dietetyczne ciastko, walczę. Alkohol i drinki, gdy już je piję, rozrzedzam wodą mineralną, sok pomarańczowy jest dla mnie za słodki.

Wcześniej próbowałem wszystkiego, herbatek, plastrów, cudownych pigułek i magicznych proszków. Kiedyś spod stołu od znajomych lekarzy załatwiałem sobie leki, przepisywane dla osób z chorobową otyłością. Była w nich pochodna amfetaminy. Chodziłem tak pobudzony, że zapominałem o jedzeniu, nie czułem głodu. Serce waliło jak młot a pragnienie miałem takie, że wpiłbym całą Wisłę. Schudłem wtedy 10 kilo, ale gdy odstawiłem leki, utyłem z nawiązką.

To nie jest tak, że zrzucenie wagi przyszło bez wysiłku, ale efekty są tego warte. Kupiłem sobie elektroniczną wagę i obserwowanie, jak kilogramy spadają, stało się moją ulubioną zajawką. Przez pierwsze siedem miesięcy zdrowego odżywiania schudłem 25 kilo. Sport? Na to jestem zbyt leniwy. Jedyne, co lubię, to basen i sauna, a zimą łyżwy.

Od zachwytu, aż po pytanie, czy wszystko ze mną jest OK, czy ja aby nie jestem chory – takie były reakcje ludzi na moją metamorfozę. Nie brakło też zazdrosnych. Ktoś potrafił powiedzieć: „Oooo, miałem nadzieję, że znów wrócisz do wagi”. A tu klops, ciągle chudnę, choć teraz wolniej.

Czuję się jak nowo narodzony, mogę wejść do łazienki bez przyciemnionego światła i strachu przed tym, co zobaczę w lustrze. Nie męczę się, jestem bardziej aktywny seksualnie. Jak ktoś mówi, że dobrze mu w jego wielkim ciele to znaczy, że kłamie. Tam jest bardzo nieprzyjemnie. Wiem, co mówię, bo siedziałam w nim siedem lat.

Wysłuchała: Karolina Siudeja

Na zdj. Oskar Bachoń po metamorfozie, fot. Katarzyna Widmańska

Na zdj. Oskar Bachoń po metamorfozie, fot. Katarzyna Widmańska

Miłośniczka słowa pisanego i mówionego, gaduła i tropicielka językowych banałów. Dziennikarka lifestylowa, redaktorka, konferansjerka oraz specjalistka od content marketingu. Z „Miastem Kobiet” związana od początku jego istnienia. Najchętniej pisze o ludziach, seksie i gotowaniu. Prowadzi blog obyczajowo-kulinarny historieslodkoslone.pl. Prywatnie zakochana mama i początkująca ogrodniczka.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach