Saturday, September 26, 2020
Home / Styl życia  / Podróże  / KAŻDY MA SWOJE BALI

KAŻDY MA SWOJE BALI

Mój pierwszy pobyt na Bali był totalną ekscytacją, na granicy ekstazy. A jak było za drugim razem?

Kiedy Bali cię wezwie, nie opieraj się. Mnie w ciągu pół roku wezwało dwa razy. Pod powiekami zostawiło sycącą zieleń i krystaliczną przestrzeń, której wibrację czuję do dziś. Dobrze mi się żyje w Polsce z myślą, że w każdej chwili mogę wsiąść do samolotu i w niecałą dobę przenieść się na wyspę, na której transformacja zachodzi szybciej, niż się pomyśli

Bali spirit festival

Każdy ma takie Bali, jakiego potrzebuje (fot. Rachel Kaye Photography / Bali Spirit Festival)

Pierwszy pobyt na Bali był totalną ekscytacją, na granicy ekstazy [zobacz: Bali, podróż do Raju]. W czasie drugiej podróży – dojrzalszej, w którą ruszyłam z dwunastoma kobietami – zrozumiałam, że każdy ma takie Bali, jakiego potrzebuje. Marta spotkała uzdrowiciela i narodziła się na nowo. Monika doceniła swoje dotychczasowe życie. Wiola odnalazła radość w tańcu i wegańskim jedzeniu. Kasia odkryła, że mimo wpływu otoczenia, ludzi i ich kultury, można pozostać niezależnym twórcą.

ŻYCIE MOŻNA PRZEMALOWAĆ

Bali jest popularnym kierunkiem wyjazdów turystycznych, jednak nie mam wątpliwości, że mnie wezwało za sprawą Issy, i że bardziej dla niej tam jeżdżę niż dla egzotyki tego miejsca. W Polsce – Ewa Szymczak, na Bali – Issa Tifaret. Przez wiele lat pobierała nauki u tybetańskich mistrzów, tłumaczyła też ich skrypty i nauki. Pracuje ze światłem, kolorem, dźwiękiem. Stworzyła autorską metodę przekazu, opartą na długoletniej pracy z ludźmi, znajomości metod uzdrawiania, samorozwoju oraz medytacji. Jej warsztaty sztuki transcendentalnej są głęboką podróżą do siebie. Gdyby ktoś z zewnątrz popatrzył na to, co robimy w czasie warsztatów, powiedziałby, że malujemy. Gdyby jednak znalazł się w naszej skórze, wiedziałby, że w procesie, którego zewnętrznym przejawem jest posługiwanie się farbami, pędzlem i płótnem, przekraczamy granice poznania.
– Issa ma wrażliwość, która przenika każdego, kto chce się otworzyć na głębsze poziomy doświadczenia. Zapraszając nas do malowania przeżyć, uruchomiła proces, który sam w sobie stał się podróżą, tym bardziej niesamowitą, że rozpoczętą w bajecznej przestrzeni, gdzie bujna przyroda wplata się w każdy oddech i daje poczucie jedności z naturą – mówi Magda, która w centralnym miejscu w domu zawiesiła na ścianie swój balijski obraz.
Pół roku temu, właśnie na Bali, pierwszy raz stanęłam z farbami przed pustą przestrzenią płótna. Dziś, malując w procesie, odnajduję punkty styczne między życiem a obrazem. Wydobywam to, co nieuświadomione i budzę w sobie kreatora życia. Odkrywam nieograniczoną przestrzeń. Uczę się, że to lekkość kreacji, a nie wysiłek jest wyznacznikiem wartości i że nieudany obraz można przemalować tak jak… życie. Za każdym razem jestem zaskoczona i wdzięczna za to, co otrzymuję.
– Jestem bardziej przewodnikiem niż nauczycielem w konwencjonalnym znaczeniu – mówi o sobie Issa. – Stwarzam przestrzeń, w której pozwalam ludziom eksplorować, poznawać i co najważniejsze odkryć proces tworzenia. Wszyscy jesteśmy twórcami, jednak najczęściej tworzymy z wierzeń, przekonań i myśli innych ludzi – tych wzorców, które zasymilowaliśmy za pośrednictwem rodziców, książek, konwencjonalnej edukacji, środowiska. Tymczasem, jak mawiał Albert Einstein, trudno się spodziewać innych rezultatów, gdy się powtarza te same schematy działania i myślenia.

Issa Tifaret – przewodniczka po Transcendental Art

Issa Tifaret – przewodniczka po Transcendental Art

Aneta POndo i obraz

Aneta (jedna z uczestniczek warsztatów) i jej obraz (fot. Issa Tifaret)

Wiola (jedna z uczestniczek warsztatów) i jej obraz (fot. Issa Tifaret)

Wiola (jedna z uczestniczek warsztatów) i jej obraz (fot. Issa Tifaret)

BALI SPIRIT FESTIVAL

W czasie dwutygodniowego pobytu na Bali w równym stopniu co malowanie pochłonął nas Bali Spirit Festival – największe i najważniejsze w Indonezji wydarzenie rozwojowe, na które zjeżdżają ludzie ze wszystkich kontynentów. W zieleń tarasowych pól ryżowych wtopiło się kilkanaście ogromnych, lekkich bambusowych pawilonów, w których w jednym czasie prawie tysiąc osób uczestniczyło w zajęciach, warsztatach, wykładach, koncertach, kręgach, ceremoniach i medytacjach. Od porannych pranajam i powitania słońca aż po jego zachód przetaczał się przez teren festiwalu tłum kolorowych, szczęśliwych, śmiejących się ludzi.
Co wybrać? Chciałyśmy doświadczyć wszystkiego. W programie był każdy rodzaj jogi, jaki wymyślono, od tradycyjnych i znanych powszechnie, jak kundalini, ashtanga, vinyasa, przez jogę śmiechu i bardzo popularną w tym sezonie na Bali acroyogę, aż po tak egzotyczne zjawiska jak black metal joga. Były zajęcia dla dorosłych i dla dzieci, dla zaawansowanych i tych, którzy po raz pierwszy stanęli na macie.
Wiolę i Martę jak magnes przyciągały zajęcia taneczne. Spontaniczne latin, mocno uziemiające afro, subtelne healing dance i spirit dance. A najbardziej ecstatic dance.
– Ten taniec dał mi możliwość pokazania siebie jako Kobiety, mojego pierwiastka Yin. Poczułam się jak nowo narodzona. Ecstatic dance pomógł obudzić i zespolić duszę z ciałem, a emocje wypływały ze mnie jak rwąca rzeka. Tańcząc, zaczęłam odczuwać wibracyjną jedność ze Wszechświatem. To było niesamowite doznanie – mówi Wiola i dodaje: – Bali Spirit Festival to połączenie mistycyzmu miejsca z magnetyzmem i nieziemską energią uczestników oraz pasją i zaangażowaniem prowadzących zajęcia.
Ja sama nie ominęłam żadnego koncertu gongów i kryształowych mis. Najmocniejszym jednak doznaniem był breathwork collective. W uzdrawiającym kręgu, wraz z setką innych osób, przez oddech docierałam do głębokich pokładów tego, co czuję i kim jestem. Obserwowałam, jak oddech przedziera się przez blokady ciała, utworzone przez usunięte w cień emocje, oczyszcza i transformuje.
Tematem wielu spotkań była kobiecość i seksualność.
– Nigdy dotąd nie poczułam tak intensywnej bliskości, jedności i poczucia wsparcia od innych kobiet – mówi Diana, która długo była poruszona warsztatami Celine Levy, nauczycielki tantry i tantra yogi.
Wieczorami festiwalowe życie przenosiło się do ogrodów ARMA Museum, gdzie na kilku scenach koncertowych spotykali się muzycy świata.
W festiwalu uczestniczyłam z miłym poczuciem, że robią go… Polki. Marta Komosa, która parę lat temu po raz pierwszy przyleciała na Bali i trafiła na festiwal, zapragnęła przy nim pracować. Od trzech lat jest jego koordynatorką i dba o polskie akcenty – w ubiegłym roku zaprosiła Kayah & Transoriental Orchestra. W tym roku rodzimą reprezentację stanowiła sex-coach Marta Niedźwiecka z warsztatem o seksualności oraz Issa Tiffaret z naszą malarską grupą warsztatową.
– Co mnie trzyma na Bali? Społeczność Ubud, gdzie mieszkam – mówi Marta Komosa. – Zajmujemy się rozwojem i uzdrawianiem, a tu są sprzyjające do tego warunki. Jest tu miejsce, czas i zrozumienie, że można żyć świadomie, na poziomie serca, i nie być, lub prawie nie być, w matriksie. Kiedy się mieszka w tropikach, żyje się bliżej natury, taniej, prościej, bardziej minimalistycznie, mnie to odpowiada. Zmieniłam się mocno przez ostatnie lata, jestem bardziej sobą w kontakcie ze sobą i bardziej kobieca w kontakcie ze swoją kobiecością.
– Największy problem z Bali jest taki, że jak cię chwyci, to może nie wypuścić – dopowiada Marta Niedźwiecka, która na wyspę przylatuje od sześciu lat. – I ja tak mam. Już bym naprawdę chciała jeździć gdzie indziej, ale jakoś się nie daje.

Bali Spirit festival

Afro dance na Bali Spirit Festival (fot. Denitsa Kibarska / Bali Spirit Festval)

Koncert gongów na Bali Spirit Festival (fot. Denitsa Kibarska / Bali Spirit Festival)

Koncert gongów na Bali Spirit Festival (fot. Denitsa Kibarska / Bali Spirit Festival)

Joga, śpiiew i taniec od rana do wieczora na Bali Spirit Festival (fot. Denitsa Kibarska / Bali Spirit Festival)

Joga, śpiew i taniec od rana do wieczora na Bali Spirit Festival (fot. Denitsa Kibarska / Bali Spirit Festival)

CO NAS KARMI

Bali jest doskonałym polem do eksperymentów kulinarnych i poznawania smaków. Niepozorna brązowa skórka mangostanu, zwieńczona zieloną kokardką liści, skrywa delikatny, ożywczo kwaskowaty biały miąższ. Biały i słodkokwaśny jest też snake fruit, przypominający olbrzymią łzę zastygłą w wężowej łusce. Fioletowy miąższ smoczego owocu, galaretowate wnętrze marakui, pomarańczowa soczystość mango i papai. Bali jest rajem dla owocożerców, a Ubud jest mekką jedzenia raw. Wielkie misy zielonych skarbów, rawfoodowe lasagne, wrapy z papai, sushi, pizze (wyobrażacie sobie pizzę bez pieczenia ciasta? Albo sushi bez ryżu? Tu jest to możliwe). Surowe, nieprzetworzone jedzenie to kulinarne szczyty przyrządzania posiłków tak, by nie traciły niczego ze swojej wartości, a zarazem były smaczne i syciły nie tylko żołądek, ale i oczy.
Issa już na początku pobytu zaproponowała, by innymi zmysłami zobaczyć i poczuć to, co jemy.
– Zamknijcie zewnętrzne powieki i otwórzcie wewnętrzne oczy. Przypomnijcie sobie, co jadłyście przez ostatnie trzy dni. Zobaczcie, jak wyglądają te posiłki i produkty, które się na nie składają. Jakie mają kolory, czy są jasne, czy ciemne, czy świecą i wibrują, czy odwrotnie, są matowe, bez energii i światła. Poczujcie, co was karmi, a co obciąża… – głos Issy prowadził nas przez medytację. Pod powiekami wyświetliła mi się owocowa tęcza, wibrująca światłem, w opozycji do amorficznej, szaroburej brei posiłków z samolotu. Rozlała się w wyobraźni zamulona rzeka kawy z mlekiem, którą piję w nadmiarze w pracy, mimo że wiem, jakie spustoszenie robi w moim żołądku. Wiola w medytacji zobaczyła gałki oczne, setki, tysiące małych, dużych, łagodnych, przerażających, bezbronnych, patrzących z wyrzutem. – Nie wezmę więcej mięsa do ust – powiedziała wstrząśnięta. Kiedy kilka tygodni później, już w Polsce, pytam o jej deklarację, podtrzymuje stanowczym głosem: – Na mięso nawet patrzeć nie mogę, przyrządzam sobie wegetariańskie posiłki, tak jak potrafię, są pyszne.
Kto poczuł, co go karmi, a co daje tylko złudzenie posiłku, wykorzystuje balijskie bogactwo wysokowibracyjnej żywności do detoksu i zmiany nawyków.
– Dobrze mi zrobił ten prawie dwutygodniowy odwyk od jedzenia chleba, mięsa, makaronów, ziemniaków, słowem mojego dotychczasowego „zdrowego” jedzenia i myślę, że póki pogoda nie będzie mnie zmuszała do pozyskiwania energii z tych produktów na ogrzanie się, pozostanę przy takim odżywianiu – mówi Jaga. A Małgosia dodaje: – Jestem wdzięczna za nowy wgląd, który dał mi gotowość do przejścia na dietę wegańską.

Bali to owocowy raj (fot. Katarina Off)

Bali to owocowy raj (fot. Katarina Off)

DZIEŃ CISZY

Bali wita turystów szeroko otwartymi ramionami, z jednym wyjątkiem. W święto Nyepi (Dzień Ciszy, balijski Nowy Rok) nie da się na wyspę przylecieć ani z niej odlecieć. Ludzie siedzą wtedy w domach, a po ulicach grasują… demony.
Nyepi Day (w tym roku przypadł na 28 marca, data jest ruchoma, zależy od fazy księżyca) obchodzi się bez fajerwerków, muzyki i zabawy. Balijczycy witają go w skupieniu, nie oglądają telewizji, nie korzystają z internetu, nie wychodzą z domów. Niektórzy nie jedzą i nie mówią przez całą dobę, od 6.00 rano do 6.00 następnego dnia.
Czekałam na Dzień Ciszy z ciekawością, bo miałam za sobą doświadczenia z całodobowym niemówieniem, otwierającym w sercu światy, do których w codziennym zagadywaniu rzeczywistości drzwi są zamknięte. Jednak sytuacja, gdy cała wyspa wchodzi w energię ciszy, była wyjątkowa i zaskakująca. W Nyepi Day zamknięte są wszystkie firmy, sklepy i restauracje. WSZYSTKIE. Ulicami nie przemyka żaden motocykl, samochód, a nawet pieszy. Stróże prawa dyskretnie czuwają, by jakiemuś turyście nie wpadło do głowy wyjść z hotelu na spacer (dla mieszkańców jest to oczywiste, naruszenie tej zasady okryłoby ich hańbą). W tym dniu nie lądują i nie startują na Bali samoloty, a o godz. 19 gasną światła na całej wyspie. Rozgwieżdżone niebo ujawnia wtedy nieskończoną głębię i wielowymiarowość
Dzień Ciszy jest jak post dla przejedzonego organizmu, jak sen dla zmęczonego ciała, w czasie którego regenerują się przepracowane komórki. Odcięcie od bodźców, zabiegania, mówienia, codziennego krzątania się tworzy przestrzeń, by pobyć tylko ze sobą.
Całodniowe wyciszenie w Nyepi Day pozostaje w kontraście z poprzedzającym go Nypi Eve, czyli wigilią Nowego Roku, kiedy ulice balijskich miast i wiosek opanowane są przez kolorowe i hałaśliwe parady. Płoną pochodnie, dźwięki gamelanów jak oszalałe atakują uszy, między ludźmi przeciskają się przerysowane postaci wyjęte wprost z balijskich eposów (doskonałe obiekty do selfie), a nad tłumem górują Ogoh-Ogoh, monstrualnie powyginane figury konkurujące o tytuł największej i najbardziej przerażającej. Mają karykaturalnie wymalowane i powykrzywiane twarze, wywinięte szerokie wargi obnażające drapieżne zęby, rozwichrzone szczeciny na głowie, ręce szeroko rozpostarte, z pazurami gotowymi do ataku – nie są to bóstwa, ale demony. Bo dla nich właśnie odbywa się ta wielobarwna maskarada, jest zaproszeniem złych duchów na Bali. I dla nich jest cisza i pustka na ulicach następnego dnia. Żeby się wyszalały, przekonały, że nic ciekawego na wyspie się nie dzieje i opuściły ją aż do następnego Nowego Roku.
Dzień po Nyepi Day wyspa budzi się powoli do nowego życia. Turyści wracają na zakupowe szlaki, ale dla Balijczyków to wciąż jeszcze święto, czas odwiedzin, a przede wszystkim dzień wybaczania i wdzięczności.

Bali znane jest z wielobarwnych parad (fot. Katarina Off)

Bali znane jest z wielobarwnych parad (fot. Katarina Off)

Przygotowania do balijskiego nowego roku (fot. Katarina Off)

Przygotowania do balijskiego nowego roku (fot. Katarina Off)

Fot. Katarina Off

Fot. Katarina Off

WIĘCEJ, NIŻ SIĘ SPODZIEWASZ

– Ciągle jestem na Bali… Tam czułam się jak w domu, tutaj jest tak sztucznie i sztywno… – mówi Wiola.
Na naszej wyprawie było dwanaście kobiet i każda z nich poznała inne Bali. Czasem trudno uwierzyć, że byłyśmy w tym samym miejscu i czasie. Co innego widziałyśmy, inne zjawiska nas zachwycały, inne lekcje przerobiłyśmy.
– Było tyle pozytywnych wrażeń, smakowych, wizualnych i duchowych doznań, że czasami nie wiedziałyśmy, z czego mamy korzystać – mówi Monika. – Zwiedziłyśmy pięknie położone świątynie, pełne Balijczyków odprawiających cały czas swoje ceremonie. Te miejsca żyją dzięki ludziom, którzy pielęgnują swoją duchowość. Zresztą balijskie tradycje i religia są obecne wszędzie, w każdym domu, sklepie, na chodniku.
Od Kasi, która nie rozstawała się z aparatem fotograficznym i planuje wystawę balijskich zdjęć, usłyszałam: – Do podróży na Bali przyciągnęła mnie potrzeba dystansu wobec samej siebie i bilansu. Chciałam gdzieś tam daleko w świecie, na małej wysepce, znaleźć podpowiedź, co warte, a co mniej istotne. I dowiedziałam się, że mimo wyborów życie toczy się swoim rytmem, ale z tym rytmem trzeba się zgodzić i wtedy wiele rzeczy staje się oczywiste.
– To był jak dotąd mój najlepszy urlop – nie ma wątpliwości Jaga. – Bardzo chciałam jechać na Bali i było mi obojętne, co tam będę robiła. Czuję się absolutnie wypoczęta, zrelaksowana i ciągle czerpię stamtąd energię. Jakieś stare sprawy osobiste, które niedawno budziły we mnie złe emocje, dziś przepływają przez mój umysł jak „informacje”, gdy o nich pomyślę czy gdy ktoś mi o nich przypomni.
Marta czuła się na rajskiej wyspie jak w domu. – Od wyjścia z budynku lotniska miałam wrażenie, jakby to nie był mój pierwszy raz na Bali. Ta podróż była najpiękniejszym prezentem od życia. Nie miałam żadnych oczekiwań, nie czytałam przewodników, byłam totalnie otwarta i dostałam więcej, niż się spodziewałam. Zostałam tam połączona sama ze sobą, odrodziła się moja odwaga i zaufanie do życia, matki ziemi i wszechświata. Pierwszy raz w życiu miałam poczucie, że byłam prawdziwa. Dziś Bali jest częścią mnie i ja jestem częścią Bali. Tak czuję. I myślę jeszcze, że każdy ma swoje Bali. I że to moje mam już na zawsze, niezależnie od tego, gdzie się fizycznie znajduję.

tekst: Aneta Pondo

CHCESZ WIĘCEJ?
Bali. Kobiece Przebudzenie

14-27 października 2019

 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach