Saturday, September 18, 2021
Home / POLECAMY  / Katarzyna Miller: Grzeczne dziewczynki zatrzymują świat w rozwoju

Katarzyna Miller: Grzeczne dziewczynki zatrzymują świat w rozwoju

Rodzice mają nas na własność przez parę lat i robią z nami, co chcą – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller

Katarzyna Miller / fot. materiały prasowe

Katarzyna Miller w najnowszej książce pisze o skomplikowanych relacjach matek i córek / fot. Wojciech Biały

Rozmowa z Katarzyną Miller, psycholożką, psychoterapeutką, autorką książki „Być córką i nie zwariować”, którą napisała wspólnie z dziennikarką Anną Bimer.

Aleksandra Zalewska-Stankiewicz: Matki dają córkom życie, ale mogą je też zatruć. I jak się okazuje, wcale nie jest to rzadka sytuacja.

Katarzyną Miller: Mogą to życie zatruć, podniszczyć czy zdeptać. Choć trzeba pamiętać, że krzywdzą ludzie skrzywdzeni. Nie zdarza się, żeby swoje dzieci krzywdziły te mamy, które same miały dobre dzieciństwo. Te, które miały fajnie teraz są fajnymi osobami i robią wszystko, aby być jeszcze fajniejsze dla swoich dzieci.
Jest wiele domów, gdzie trudne sprawy rozwiązuje się z uśmiechem i serdecznością, bez wzajemnego dopadania się i szukania winnego. Jednak polska specyfika polega na punktowaniu. Matki pytają: „Kto to rozlał?”, „Kto to przewrócił?” Przestraszone dziecko odpowiada: „To nie ja, to ona!” A tu nie chodzi o to, żeby kogoś karać, ale o to, żeby problem rozwiązać. Przecież dla dziecka wystarczającą karą jest każde skrzywienie twarzy rodzica.

Nawet mówi się, że można kogo zabić wzrokiem.

Oczywiście. Matki nie zdają sobie sprawy, jakie mają sankcje wobec dzieci. Proszę sobie wyobrazić dwa obrazki. Z jednej strony matkę patrzącą na swoje dziecko ze spokojem, cierpliwością, zachwytem i czułością, która pyta: „Kochanie, jak się czujesz?” A po drugiej stronie będzie matka, która krzyczy: „Ten bachor znowu nie je! Kiedy ja to wszystko zrobię, nie nadążę przez niego!” Dziecko pierwszej matki rośnie z kapitałem na całe życie, a drugie już na starcie jest zastraszone. Oczywiście, ta histeria matek spowodowana jest najczęściej przeciążeniem obowiązkami domowymi i zawodowymi. One też cierpią, zarzucają sobie, że są niewystarczająco dobre dla swoich dzieci. A to przecież nieprawda, przeważnie są takie jak większość.

W książce piszecie między innymi o matkach egocentryczkach. Co ciekawe, taka mama nie zawsze musi być skupiona tylko na sobie?

Egocentryczką może być matka, która samej siebie nie znosi. A także matka ofiara, tak nieszczęśliwa, że po prostu nic więcej do niej nie dociera poza tym, jaka jest biedna i że jest jej źle. To może być marka chora i matka pijąca. Albo depresyjna. Takie mogą być kobiety, które unikają realnego życia. Fakt, że matka jest psychicznie wewnętrznie skupiona na sobie, wcale nie oznacza, że ona siebie kocha. Człowiek narcyz siebie nie kocha, narcyz się sobą zajmuje, próbuje się kreować na wszystko, co najlepsze. Na innych ludzi patrzy jak na pionki. Taka matka chce mieć idealną, świetnie wychowaną córkę, która sobie poradzi w każdej sytuacji. Posyła ją na lekcje języków obcych, lekcje baletu, na łyżwy, szczyci się nią. Uważa, że ma córkę na wyłączność. Albo gdy sama jest chora, przyjmie opiekę od córki.

 

Przeczytaj też wywiad z psychoterapeutą prof. Bogdanem de Barbaro: Zakamarki duszy

 

Matka egocentryczka wychowa narcystyczną córkę?

Niekoniecznie. Dzieci przychodzą na świat z bardzo różnym wyposażeniem. Więc córka może już na starcie być zupełnie inna, ale może też z czasem upodobnić się do matki. Bywają takie pary mam i córek, które wprost jedzą sobie z dzióbków, cały czas spędzają razem. To jest rodzaj bardzo przesadzonego związku. Dziecko musi mieć swoje sprawy, swoich przyjaciół i swoje zainteresowania. Mama może być bardzo ważna i bardzo fajna, ale fajna mama nigdy nie trzyma dziecka cały czas przy sobie. Ona też powinna mieć swoje zajęcia, swoje przyjaciółki, sprawy, hobby, radości. Dziecko nie może zapewnić i zapełnić zdrowej, dorosłej osobie życia. Dziecko jest jednym z punktów życia, bardzo ważnym, ale nie jedynym. W Polsce jednak ważność posiadania dzieci jest przesadzona. Mamy bardzo wyraźną tradycję tego, że życie kobiety to życie matki. Ale kobieta jest nie tylko matką, jest przede wszystkim człowiekiem. Poza tym – jak każda indywidualna istota – ma swoje potrzeby, własne doświadczenia i cechy szczególne, które świadczą o tym, że jest kimś innym niż cała reszta.

W Polsce macierzyństwo wynoszone jest na piedestał. Nie ma zrozumienia tego, że niektóre kobiety nie chcą być matkami, bo nie czują powołania, bo mają inny sposób na życie.

Przecież ten piedestał służy temu, żeby załatwić kobiety. Najbardziej widzę to po świętach. Pacjentki wracają ze spotkań rodzinnych, ja pytam: „Jak było?”, a one odpowiadają: „Strasznie! Bo wszyscy pytali o to, kiedy będziesz miała dziecko, a czy już wszystko zaplanowałaś?”. Kiedy matki słyszą od swoich córek, że te mają inne plany, zaczynają drążyć: „To ja nie będę miała wnuków?”. Nie mieści im się to w głowie, nie umieją żyć inaczej, ponieważ całe życie kimś się zajmowały.
Z drugiej strony są babcie, które mówią tak; „Ja się nie chcę zajmować wnukami, a moja córka uważa, ze muszę”. Pytają, jak mają rozwiązać tą sprawę. Wtedy mówię: wprost. Żadna córka nie ma prawa obarczać swojej marki czymś, na co ona nie ma ochoty. To nie jest tak, że babcia musi spędzać czas z wnukami, babcia już swoje zrobiła.

Okładka książki Być córka i nie zwariwać

Katarzyna Miller, „Być córka i nie zwariować” (wyd. Rebis)

W książce napisała Pani, że mamy w życiu dwa problemy: mamusię i tatusia. Jednak w tytule książki o panach ani śladu. Chciałoby się zaśpiewać za Danutą Rinn, gdzie w tym wszystkim mężczyźni?

Oni są nieobecni. Co prawda pojawił się nowy typ mężczyzny, który chce być ojcem, wie, co to jest rodzina i ma ochotę być czułym i opiekuńczym. Ale zauważmy, że styl macho jest przekleństwem tego świata. I wokół nas jest wielu facetów, którzy mówią, że dzieci to jest sprawa kobiet. A jeśli rodzi im się dziecko nie takie, jakie sobie wymarzyli, chore, z jakimś problemem, to faceci często odchodzą. I tym sposobem tatusiowie są od dawna nieobecni. Najpierw wytłukło ich na powstaniach, na wojnie. I kobiety musiały sobie z tym wszystkim dać radę. Ta wytrzymałość została im do tej pory, wciąż biorą różne rzeczy w swoje ręce. A faceci z tego korzystają. Bo ilu jest mężczyzn, którzy zostali z dziećmi, gdy żona umarła? Garstka. W większość przypadków natychmiast znajdują sobie inne partnerki.

Ale czasem działa to tak, że kobiety wcale nie chcą dzielić się z mężczyznami swoimi obowiązkami. A już dopuszczać ich do wychowania dzieci! Dla wielu to niewyobrażalne.

To się bierze z rządów patriarchatu. Kobiety od wieków wiedziały, że jeśli miały coś w ogóle do powiedzenia, to tylko w sprawach domu i dzieci. Więc i to jeszcze mają oddać? Mamy dziś kryzys męskości, synowie nie mają ojców. Albo ojców nie ma, albo matki biorą ich pod pantofel, albo ojców nie szanują, w związku z tym syn ma przykład tatusia, który albo znika, albo się miga od obowiązków. To duży problem, ponieważ w konsekwencji jest mnóstwo samotnych matek wychowujących dzieci, a jednak to nie jest prosta sprawa. Kobiety są obciążone, a i dzieciom czegoś brakuje. Przede wszystkim tego zdrowego, męskiego rozsądku, którego mamuśka nie zagwarantuje. Mój ojciec był pod tym względem świetny, chociaż do końca mamusi nie potrafił okiełznać. Ale przyznawał mi rację w wielu kwestiach, potrafił stanąć w mojej obronie, a nie przeciwko. To bardzo ważne dla dziecka.

Czy córka, której mama popełniła wiele błędów, ma szansę być inna dla swojej córki? Czy ta sztafeta pokoleń jest do zatrzymania?

Mam mnóstwo przykładów wśród moich klientek, że kolejne matki są trochę lepsze, trochę mądrzejsze. Szczególnie dziewczyny, które idą na terapię czy na kobiece warsztaty. Chodzi o to, żeby mamie powiedzieć: „Dziękuję ci za radę, zastanowię się nad tym, ale ja myślę inaczej. To ciekawe, co mówisz, ale ja zrobię po swojemu.”
To nie chodzi o to, żeby się kłócić czy przepychać z rodzicami. Trzeba się nauczyć swojej wewnętrznej dorosłości. A dorosłość wewnętrzna pojawia się wtedy, kiedy potrafimy przekroczyć przekonania naszych rodziców. Dorosły człowiek, nad którym rodzice wciąż mają władzę, jest dojrzały tylko wiekiem, nie jest dorosły mentalnie czy emocjonalnie. Wciąż pozostaje dzieckiem, nawet jeśli jest prezeską banku. Może być świetną bizneswomen, która sobie doskonale radzi w świecie finansów, ale z emocjami jest na bakier.

 

Zobacz też: Halo, córciu, tu mama! Co robić, gdy mama dzwoni za często?

 

Zatem, jak mądrze wspierać córki – te małe i te dorastające?

Mówiąc:

Kochana, świetnie, że masz swoje zdanie. Ja się mogę z nim nie zgodzić, ale ja je szanuję. Wiesz, kochanie, ja jednak myślę trochę inaczej, ale spróbuj sobie. Może ci to wyjdzie na dobre. Ty masz mieć swój świat, swoje wybory, swoje kierunki, swoje umiejętności, inne niż ja. Oczywiście, pewnych rzeczy się ode mnie nauczysz. Tak jak ja wiele fajnych rzeczy przejęłam od mojej mamy, ale z niektórymi borykam się do dzisiaj. Muszę bez przerwy pamiętać i mówić sobie, nie, to nie moje, mam prawo myśleć inaczej.

Na linii ojciec – córka jest jeszcze więcej do przerobienia?

Na każdej linii jest dużo do przerobienia, warto zacząć od którejkolwiek. Ojciec jest dla córki tak samo ważny jak matka. Ale kobiecość jest zawsze pierwsza. Z oczywistych względów – oddychamy oddechem matki, jej rytmem, to ona nas karmi. Jeśli jest serdeczna, rozumiejąca i spokojna, człowiek dostaje nieocenione wsparcie na całe życie.
Często przychodzą do mnie pacjentki i mówią, że przestało im się układać z mężem. I zawsze w takiej sytuacji wracamy do domu rodzinnego. W związek wchodzą dwie osoby, ukształtowane przez swoich rodziców. Jeśli zaczyna się coś psuć, trzeba sprawdzić, co takiego się stało, że to, co było fajne na początku, teraz szwankuje. A stare zawsze wraca. Rodzice mają nas na własność przez parę lat i robią z nami, co chcą. Dziewczynki są z reguły subtelne i czułe i bardzo się temu poddają, skąd ta plaga grzecznych dziewczynek. Nie przez przypadek książka pod tytułem: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam gdzie chcą” zrobiła furorę. Te grzeczne dziewczynki zatrzymują świat w rozwoju. Znacznie bardziej by się przydały, gdyby były bardziej refleksyjne, bardziej myślące, bardziej zbuntowane, nie w sensie żarcia się z rodzicami, ale stawiania na siebie. Ale ktoś musi je ośmielić, np. inne kobiety. Dlatego uważam, że bezcenne są grupy wsparcia. Ja bardziej je szanuję w pracy terapeutycznej niż indywidualną terapię. Dziewczyny działające razem to dopiero siła i moc.

 

A co z Macochami? Zobacz: Dzień Macochy, czyli prześmiewczy felieton Karoliny Macios

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Wykładowczyni na licznych warsztatach rozwojowych dla kobiet. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych książek, w tym najnowszej „Być córką i nie zwariować” (wyd. Rebis)

TAGI

dziennikarka z Pomorza Zachodniego. Miłośniczka słów, które najchętniej zamienia na wywiady i reportaże. Prezenterka radiowa, zafascynowana światem dźwięków. Ciekawa każdego rozmówcy. Szczęśliwa żona, mama Weroniki i Jasia.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach