Wednesday, October 28, 2020
Home / Felietony  / Karolina Macios: I takiej mewy chcę w Krakowie

Karolina Macios: I takiej mewy chcę w Krakowie

Skąd krwiożercze mewy w Krakowie?

mewa w krakowie

Krwiożrcza mewa / fot. Jason Polychronopulos / Unsplash

Bo wy, krakowianie z babki, prababki, nie wiecie, co to mewa. Taka prawdziwa, a nie turystka, co szwenda się nad Wisłą w okolicy Wawelu, spogląda łakomym wzrokiem na obwarzanki i woła: „Ej, chodźże, kochanieńka, na pole! Rzućże te pyszności, nie bądźże taka!”

 

Te mewy to gatunek napływowy, jak połowa mieszkańców tego miasta. Nasłuchała się w młodości piosenek Turnaua, przyleciała na wczasy, zachwyciła się klimatem krakowskich śmietników o zmierzchu i została. Ja mówię o tych prawdziwych, zadziornych, krwiożerczych mewach, które łypią złym okiem, kiedy podchodzi się do nich zbyt blisko na plaży. Albo siadają na balustradzie molo i pogardliwie odwracają się tyłem. Niby cię ignorują, niby im zwisa i powiewa, więc myślisz sobie, aha, dobiegnę, złapię i wezmę do Krakowa, nawet się nie zorientuje. A potem lądujesz na pogotowiu z licznymi ranami kłutymi i szarpanymi, krew leje ci się po twarzy, a pielęgniarka wzdycha: „Z Krakowa? To na lewo”. To siadasz grzecznie na krześle pod ścianą, a obok ciebie rząd zakrwawionych twarzy. Skądś znasz tych ludzi, wydają się znajomi, tylko nie wiesz dokładnie… I nagle już wiesz – jeden gość jeździ tym samym tramwajem co ty, linia 3, kierunek Nowy Bieżanów; drugiego spotykasz co tydzień na Plantach, od strony Sarego; tamta dziewczyna ze spuchniętym okiem na pewno jest z Zabłocia, a jej koleżanka ostatnio prawie cię przejechała rowerem na Mostowej. Kraków, sarkasz pod nosem, ale i tak nikt cię nie słyszy, bo właśnie wwożą kolejnego delikwenta – w zaciśniętej pięści ma dwa białe pióra. Robią mu miejsce obok ciebie.

Bo takie mewy, drodzy rdzenni krakowianie, to tylko nad Bałtykiem poza sezonem wysiadują, kiedy sztorm niszczy plaże i morze zagarnia piasek. Podmuchy wiatru wciskają wam z powrotem oddech do płuc, nie da się szeroko otworzyć oczu, więc w tej wąskiej szparze, między górną a dolną powieką, ze słoną wodą osiadającą na rzęsach, widać tylko spokojnie unoszącą się w powietrzu mewę. I taka mewa śni mi się po nocach.

Taką chciałabym mieć w Krakowie. Bo w Krakowie, jeśli ptak, to tylko gołąb, sroka lub sikorka, jeśli wiatr, to tylko halny, a jeśli coś zabiera ci oddech, to jedynie smog, korki albo wybrzuszające się szyny tramwajowe.

Z taką mewą mogłabym podpisać kontrakt całoroczny – w zamian za regularne dostawy ryb latałaby mi przed balkonem i się darła. Odstraszałaby gołębie, uderzała skrzydłem w szybę, siadywała na balustradzie i posyłała mi zimne spojrzenia. Za taką mewę dużo bym dała. Co prawda są sikorki, przylatują do karmnika, gonią się, bawią i zaglądają przez okno, ale to nie to samo.

Sikorkom fiu-bździu w głowie, choć nie ma co się oszukiwać, że lepsza sikorka w garści niż mewa na balkonie. Bo taka mewa jak się rozedrze, wybuchnie tym swoim przenikliwym śmiechem, to od razu człowieka ciarki przechodzą i zaczyna odliczać dni, które mu jeszcze zostały do końca żywota. I nawet nie trzeba leźć na plażę, wkładać wełnianych swetrów i sztormiaków, wystarczy usiąść sobie na kanapie w mieszkaniu, na osiedlu, w zwykłym blokowisku, nawet nie nad morzem, wystarczy zatoka i wcale nie tak blisko portu, bo mewy są długodystansowcami, wystarczy usiąść sobie, pogapić się w okno, a tam mewy. Majestatyczne unoszą się w powietrzu, szybują pod chmurami, obojętne, wysmagane wiatrem, drapieżne, dzikie. Wychyl się tylko przez to okno, no, dalej – wołają, a ich krzyk odbija się echem między blokami. Wychyl się, a zgotujemy ci piękny koniec. Niezapomniany, jedyny w swoim rodzaju.

I taki koniec to ja rozumiem. Dlatego mewy chcę, takiej prawdziwej. Bo może i to samo wołają krakowskie mewy, te turystki, które podbierają chleb gołębiom. Całkiem możliwe, ale dzioby mają pełne okruchów, a w dodatku podłapały za dużo małopolskich regionalizmów i ni w ząb nie wiem, o co im chodzi. A taka prawdziwa mewa, co i po kaszubsku przeklnie, i norweskim mięsem rzuci, taka mewa to wystarczy, że wzbije się w powietrze. I takiej mewy chcę w Krakowie.

 

Karolina Macios

Kobieta wielofunkcyjna, która potrafi wydłużać dobę i zachowywać przy tym zdrowe zmysły. Redaktorka, autorka kilku powieści, ghostwiterka i matka, w wolnych chwilach współpracująca z Fundacją ZNACZY SIĘ i Fundacją Miasto Literatury, gdzie zajmuje się projektami literackimi.

Oceń artykuł
2 komentarze
  • Avatar
    Gosia Makowska 3 kwietnia, 2020

    Dziś zastanawiałam się, ile Krakowian jest w Krakowie? I jakie kryteria musielibyśmy przyjąć, żeby uznać kogoś za Krakowiana? Osoba urodzona tu, czy osoba mająca korzenie stąd?

  • Avatar
    shell shockers 28 kwietnia, 2020

    The pictures are so beautiful and so fresh, I really like the posts from you.

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach