Friday, April 19, 2024
Home / Rozwój  / Społeczeństwo  / Jak z ludzi zrobić narkomanów. Historia jednej pigułki

Jak z ludzi zrobić narkomanów. Historia jednej pigułki

Kto odpowiada za kryzys opioidowy w Ameryce?

Mężczyzna uzależniony od leków

Mogą leczyć i uzależnić / fot. Adobe Stock / AI

Jak to możliwe, że jeden człowiek zrobił ćpunów z kilku milionów Amerykanów? W dodatku w białych rękawiczkach, bo legalnie, realizując misję – uwolnić od bólu, i będąc jednocześnie mecenasem sztuki.

Właściwie nie jeden człowiek, a jedna rodzina – Saclerów, ale to Richard Sacler najbardziej niechlubnie wybił się w tej historii, a przed nim jego wujek – Arthur, który stworzył fundamenty imperium Saclerów, a jednocześnie podwaliny najgorszych z możliwych marketingowych praktyk w branży farmaceutycznej.

Imperium bólu

Saclerowie przez kilkadziesiąt lat dążyli do tego, by kojarzono ich wyłącznie z działalnością filantropijną. Przekazywali pieniądze muzeom, galeriom, uniwersytetom, szpitalom. Dbali, by ich nazwisko nie pojawiało się w kontekście ich firmy Purdue Pharma, która od 1996 roku produkowała mocno uzależniający lek przeciwbólowy OxyContin. Za sprawą tego leku rodzina dołączyła do grona amerykańskich multimiliarderów, a kilka milionów Amerykanów stało się narkomanami.

Keefe Patrick Radden w książce „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego” rozpracowuje kok po kroku, tryb po trybiku, mechanizmy, które doprowadziły do kryzysu opioidowego w Stanach Zjednoczonych. To książka o tym, jak rodzi się zło. O chciwości i bezkarności. Rodzinna saga i thriller. Czyta się ją z niedowierzaniem i z nadzieją na dobre zakończenie, w którym sprawcy poniosą karę.

Ale czy ta historia ma szansę dobrze się skończyć? Prokurator Massachuset Maura Healey mówi:

„Nigdy nie uda nam się zgromadzić środków finansowych, które pozwoliłyby zniwelować skutki epidemii wywołanej przez członków tej rodziny”.*

Autor książki pisze:

„Według Centrów Kontroli i Prewencji Chorób w ciągu ćwierćwiecza, odkąd OxyContin trafił na rynek, około czterystu pięćdziesięciu tysięcy Amerykanów zmarło z powodu przedawkowania opioidów. Stało się to główną zewnętrzną przyczyną zgonów w Stanach Zjednoczonych: śmierć w wypadku samochodowym czy śmierć od ran postrzałowych, stanowiąca, zdawałoby się amerykańską specjalność, musiały się zadowolić dalszymi miejscami. Ba, więcej Amerykanów straciło życie wskutek przedawkowania opioidów, niż zginęło łącznie podczas wszystkich wojen z udziałem Stanów Zjednoczonych, począwszy od drugiej wojny światowej.”

Mimo prawie 3 tys. pozwów przeciwko Saclerom, wnoszonym zarówno przez osoby prywatne, instytucje, szpitale, władze miast i stanów; mimo ewidentnych dowodów, że Purdue Pharma rozpowszechniała nieprawdziwe informacje na temat leku i bezpieczeństwa stosowania, rodzina nigdy nie przyznała się do winy i nie wyraziła żalu. Przeciwnie, przerzucała odpowiedzialność na ofiary. To pacjenci byli winni tego, że wpadali w uzależnienie. Saclerowie jedynie sprzedawali jak najbardziej legalny farmaceutyk, produkt dopuszczony do obrotu przez amerykańską Agencję Żywności i Leków.

Osoby, które uzależniły się od OxyContinu, przerzuciły się potem na heroinę lub fentanyl. Jeśli dziś czytacie artykuły o ludziach-zombie na ulicach Portland, San Francisco czy innych amerykańskich miast, i o kryzysie uzależnień, z którymi władze sobie nie radzą, to wiedzcie, że nawet jeśli mowa jest o fentanylu, syntetycznym uzależniającym opioidzie, to prapoczątki tego kryzysu sięgają rodziny Saclerów i ich całkiem legalnej pigułki OxyContin.

Może cię zainteresuje:
Ja zarabiam, mój mąż jest szczęśliwy. Nie przeszkadza ci to?

Uwodzenie lekarzy

Arthur Sacler, syn żydowskich emigrantów (Sophie Greenberg i Isaaca Saclera) skończył medycynę, ale przede wszystkim był biznesmenem i geniuszem marketingu.
Po II wojnie światowej zmienił się model biznesowy branży farmaceutycznej. To wtedy firmy zaczęły dążyć do wymyślania nowych leków, które dałoby się opatentować i na nich zarobić. Kiedy leków było już dużo, pojawiła się konieczność ich reklamy, a mistrzem skutecznych kampanii był Arthur Sacler, który był współwłaścicielem (razem z dwoma braćmi, Mortimerem i Raymondem) niewielkiej firmy Purdue Frederic (później przemianowanej na Purdue Pharma), ale też pracownikiem, a potem właścicielem agencji marketingowej.
Leki wtedy nie wydawały się łatwym produktem reklamowych, ale Arthur Sacler miał pomysł na to, jak uczynić pigułkę atrakcyjną:

„Należało zastosować dokładnie te same uwodzicielskie sztuczki, co w przypadku innych produktów, znaleźć chwytliwe hasło, przygotować rzucającą się w oczy grafikę, przede wszystkim skierować reklamę do wypływowej grupy odbiorców, czyli do lekarzy wypisujących recepty”.

Ponieważ lekarze najbardziej ufają kolegom po fachu, Arthur werbował do współpracy znanych lekarzy, którzy reklamowali produkt, pisali na jego temat artykuły w branżowej prasie, występowali na medycznych konferencjach. To za radą Arthura firmy farmaceutyczne powoływały się na badania mówiące o bezpieczeństwie i skuteczności leków, bez wspominania już jednak, że same finansowały te badania. To wtedy zaczęto zatrudniać przedstawicieli handlowych, których zdaniem było odwiedzanie lekarzy i zachwalanie konkretnych leków. Elementem uwodzenia lekarzy (bo to oni przecież decydowali o wypisywaniu recept) było zapraszanie ich na obiady, turnieje golfowe, obdarowywanie gadżetami. To Arthur wymyślił zakładanie różnych czasopism i stowarzyszeń, na pozór neutralnych, w rzeczywistości wspierających sprzedażowe cele firm farmaceutycznych.

Zarzut o konflikcie interesów i nieetyczność procederu nadmiernego bratanie się tych, którzy leki sprzedają z tymi, którzy wypisują receptę na nie, odpierał mówiąc, że to co robi nie jest działaniem marketingowy, tylko edukacyjnym, że on jedynie dostarcza lekarzom informacji. Powtarzał też często, że lekarze są uczciwi i na pewno nie przepisaliby niesprawdzonego leku. Nie dodawał już jednak, że dostarczał im nieprawdziwych informacji i wywierał na nich nacisk wyrafinowanymi metodami manipulacji.

Polecamy:
Chorzy czy źli? Jak działa psychopata i jak się przed nim uchronić

Valium na wszystko

Pierwsza kampania w tym nowoczesnym duchu, jaką Arthur Sacler zrealizował i jaka wytyczyła szlaki dla całej branży, dotyczyła terramycyny firmy Pfizer, ale majątek zbił na reklamie leków uspokajających Librium i Valium, firmy Roche. Istniejące wcześniej środki uspokajające były zbyt mocne i nadawały się do leczenia silnych lęków, psychoz, a to zbyt mała grupa odbiorców. Kiedy firma opracowała lek z myślą o szerokim odbiorcy, kampanię reklamową powierzyła Arthurowi, a ten do wcześniejszych metod marketingowych, dodał reklamę skierowaną do bezpośredniego odbiorcy, tak aby to pacjenci namawiali lekarzy do przepisania tego leku. Sacler ominął nawet ówczesny zakaz reklamowania leków bezpośrednio do użytkowników. Od 1960 roku Librium, a trzy lata potem Valium zaczęły być sprzedawane jako tabletki na wszystkie problemy „zrodzone w epoce niepokoju”.

„Librium i Valium działały mniej więcej tak samo. Arthur i jego pracownicy musieli przekonać świat – zarówno lekarzy jak i pacjentów – że w istocie są to różne leki. Przedstawiali je zatem jako farmaceutyki zdolne zaradzić różnym problemom. Librium sprawdzało się w przypadku ‘stanów lękowych’, natomiast Valium należało przepisać w przypadku ‘napięcia psychicznego’. Librium pomagało alkoholikom trzymać się z dala od butelki, Valium mogło zapobiegać skurczom mięśni. Dlaczego nie stosować go w medycynie sportowej? Wkrótce lekarze zaczęli przepisywać środki uspokajające Roche z najprzeróżniejszych niedorzecznych wręcz powodów. ‘Łatwiej będzie chyba podać okoliczności, w jakich nie łykać tych pigułek’, stwierdził kąśliwie jeden z lekarzy. Marketing Valium nie nastręczał żadnych problemów, gdyż lekarze wszyscy specjalności znajdowali dla niego zastosowanie”.

Do roku 1975 liczba wypisanych recept przekroczyła 60 milionów, Roche stało się najpotężniejszą firmą farmaceutyczną na świecie, a Arthur – milionerem, gdyż wynegocjował w kontrakcie reklamowym, że jego bonusy wynikające ze współpracy będą rosły wraz ze sprzedażą obu leków. Nigdy jednak swoją rolą w sukcesie Valium się nie chwalił. Szybko okazało się, że obietnice producenta, że leki te nie uzależniają, są niegodne z rzeczywistością. Nie tyko uzależniały, ale firma nawet nie przeprowadziła badań klinicznych pod tym kątem, a dowody uzyskane w wewnętrznych badaniach, że Librium i Valium mogą uzależniać, świadomie ukrywała.
Roche przerzucała odpowiedzialność za uzależnienia na użytkowników. Mówiono, że owszem, zdarza się czasem, że ktoś nadużywa środka uspokajającego, ale nie ma to nic wspólnego ze składem chemicznym leku, a jest przejawem skłonności do nałogu konkretnych osób.
Kiedy w 1963 roku Agencja Żywności i Leków zarekomendowała, aby tym środkom uspokajający przyznać status substancji kontrolowanych, Roche i Sacler uznali to za poważne zagrożenie ich zysków i bronili się przed tym przez kilka lat, aż wreszcie „dobrowolnie” zgodzili się na taką kontrolę. Stało się to tuż przed tym, jak miał wygasnąć patent firmy na Valium, co oznaczało, że pojawią się na rynku jego zamienniki, więc i zyski zmaleją.

„Zanim Roche pozwolił na ściślejszą kontrolę dystrybucji, Valium stało się częścią życia dwudziestu milionów Amerykanów, było najpowszechniejszym używanym i nadużywanym lekiem na receptę na całym świecie. Musiało upłynąć sporo czasu, nim ludzie uświadomili sobie negatywne skutki zażywania środka uspokajającego: wielu pacjentom po prostu nie przychodziło do głowy, że lek przepisywany przez lekarzy mógłby być niebezpieczny. W Ameryce wybuchy paniki moralnej związanej z substancjami psychoaktywnymi dotyczyły zazwyczaj narkotyków sprzedawanych na ulicach, do tego mieszały się z lękiem przed mniejszościami, imigrantami i rozmaitymi mrocznymi siłami, które potajemnie próbują zawładnąć ludzkim umysłem. Świadomość, że można uzależnić się od pigułki przepisanej przez lekarza w białym kitlu, ze stetoskopem na szyi i dyplomem na ścianie, dopiero się rodziła”.

Arthur Sacler, który dbał o swój wizerunek i pragnął uchodzić za człowieka etycznego i szlachetnego, nie chwalił się, że zawdzięcza majątek reklamowaniu dwóch silnie uzależniających leków. Chciał być zapamiętany przede wszystkim jako filantrop. Kiedy się wzbogacił, stał się pasjonatem chińskich antyków. Kupował niemal wszystko, co pojawiło się na amerykańskich aukcjach. A zaraz potem zaczął budować autorytet rodziny poprzez finansowanie muzeów, uczelni, instytucji kultury.

Powtarzał za Roche, że „pigułki same w sobie nie powodują uzależnienia, niektórzy ludzie po prostu łatwo wpadają w nałóg”. Dwadzieścia lat później to samo zdanie stanie się mantrą jego bratanka Richarda Saclera (syna Raymonda Saclera) w odniesieniu do silnie uzależniającego leku opioidowego OxyContin.

Uzależnia? A kogo to obchodzi?

Firma Purdue Frederic braci Saclerów zajmowała się wyłącznie produkcją leków na licencji i nie miała potencjału badawczego wystarczającego, by wymyślać nowe produkty, ale Saclerowie w 1966 roku kupili laboratorium Napp w Anglii, które opracowywało nowe farmaceutyki.

„Pod koniec lat siedemdziesiątych Napp wyprodukował lek będący prawdziwą innowacją: morfinę w tabletkach. Zrobiono to na wniosek londyńskiego hospicjum pod wezwaniem świętego Krzysztofa, kierowanego przez Cicely Saunders, lekarkę i aktywistkę, autorkę książki ‘Care for the Dying’ (‘Opieka nad umierającymi’). Saunders stała na czele ruchu domagającego się zmian w opiece paliatywnej. Apelowała, by establishment medyczny zapewniał śmiertelnie chorym pacjentom lepsze, bardziej humanitarne warunki u schyłku życia”

Wcześniej morfinę podawano głównie dożylnie, w postaci kroplówki lub zastrzyku, co wymagało spędzania ostatnich dni śmiertelnie chorych w szpitalach. Innowacyjność nowej tabletki polegała na tym, że morfina była zamknięta w specjalnej powłoce, które powodowała że środek uwalniany był do krwioobiegu stopniowo, w kontrolowany sposób, co miało niwelować drastyczne skutki odstawienia.
Lek pod nazwą MS Contin wprowadzono do obrotu w Wielkiej Brytanii. Sprzedawanie go w Ameryce wymagało zaaprobowania przez Agencję Żywności i Leków. Jednak prawnicy Saclerów przyjęli stanowisko, że MS Contin nie jest żadnym nowym lekiem, bo jedyną substancją aktywną w nim była morfina, dawno dopuszczona do użycia. Purdue postanowiło więc sprzedawać lek bez wnioskowania o zgodę. Po hucznej premierze wysłano do lekarzy przedstawicieli handlowych, którzy rekomendowali MS Contin jako nową, wspaniałą broń w walce z bólem nowotworowym.
Kiedy trzy miesiące później firma została wezwana przez Agencję Żywności i Leków do złożenia wyjaśnień, prawnicy Purdue mieli dodatkowy argument w ręce – wsparcie onkologów, którzy zaczęli przepisywać lek swoim pacjentom. Prawnicy argumentowali, że „nagłe wycofanie go z rynku mogłoby negatywnie odbić się na ich terapii”. Agencja Żywności i Leków przyjęła tę argumentację.

Być może historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Purdue poprzestała na sukcesie MS Contin. Lekarze wiedzieli, że morfina uzależnia, dlatego można ją podawać jedynie osobom w najpoważniejszych przypadkach, w praktyce umierającym, aby ulżyć w ich bólu. Jednak Richard Sacler przeczuwając w sprzedaży leków przeciwbólowych żyłę złota, poprowadził rodzinę do jego wydobycia.

Patent na leki wygasa na ogół po 20 latach. Wtedy inne firmy mogą sprzedawać tzw. leki generyczne, czyli o takim samym składzie, tylko pod inna nazwą. Zanim to się stanie, firma ma monopol, może dyktować wysokie ceny. Zanim wygasł patent na MS Contin, Saclerowie wymyślili nowy lek. Morfinę zastąpiono opioidem oksydontem, chemicznym kuzynem morfiny (znacznie silniejszym od niej) i heroiny. W 1993 roku OxyContin był gotowy. Arthur Sacler już nie żył, a głową Purdue był Richard Sacler, bezwzględny w dążeniu do maksymalizacji zysków.
Rodzina Saclerów zarobiła pierwsze ogromne pieniądze dzięki Valium, którego sukces polegał na tym, że przepisywano go niemal każdemu. MS Contin z morfiną odniósł sukces, ale przepisywany był głównie pacjentom cierpiącym na nowotwory.

Richard Sacler wiedział, że poszerzenie grupy odbiorców o inne osoby (nie tylko śmiertelnie chore, ale wszystkie, które cierpią na chroniczne bóle, a jeszcze lepiej – jakiekolwiek bóle) przyniosłoby astronomiczne zyski. Problemem dla firmy Purdue nie było to, że OxyContin był lekiem dwa razy silniejszym od poprzednika MC Continu i wielokrotnie silniejszym od uzależniającego łagodnego Valium. Problemem byli lekarze, którzy ostrożnie podchodzili do wszelkiego rodzaju opioidów. To ich należało przekonać, że mogą bezkarnie przepisywać OxyContin każdemu.

Heroina w tabletce

Obawy lekarzy przed opioidami mają umocowane w wielowiekowym doświadczeniu z pochodnymi maku.

„Już w starożytności wiedziano, że ów kwiat o niemal magicznych właściwościach stanowi pewne zagrożenie. Pozyskiwana z niego substancja potrafiła całkowicie opętać człowieka, wpędzić go w uzależnienie lub sprowadzić sen, z którego nieszczęśnik nigdy się nie obudził. Mak mógł zabić. Powodował tak głęboki spokój, że w pewny momencie po prostu przestawało się oddychać. Używano go nie tylko jako leku, ale też do wyrobu trucizn, po mak lekarski sięgali także samobójcy.”

Uzyskiwane z maku opium było popularnym środkiem przeciwbólowy, nasennym i odurzającym. W XIX wieku rozprzestrzeniło się w Stanach Zjednoczonych i Europie. Pod koniec wieku wyizolowano z niego morfinę. Autor „Imperium bólu” powołując się na książkę „Opium. A History” [„Dzieje opium”] Martina Bootha, pisze:

„Podczas wojny secesyjnej morfinę powszechnie wykorzystywano, by ulżyć żołnierzom, którzy odnieśli straszliwe rany na polach bitewnych. W rezultacie jednak całe pokolenie weteranów wróciło do domów jako nałogowcy. Według szacunków w 1898 roku ćwierć miliona Amerykanów było uzależnionych od morfiny”

Mniej więcej w tym czasie niemieccy chemicy ulepszyli morfinę i wyprodukowali nowy lek: heroinę. Koncern farmaceutyczny Bayer przekonywał, że heroina ze względu na inną budowę cząsteczkową niż morfina, nie uzależnia. Nie mieli na to żadnych dowodów, żadnych badań.

„W istocie heroina była jakieś sześć razy silniejsza od swojej poprzedniczki i równie uzależniająca (…) Człowiek zażywający ją pragnął jej coraz więcej i więcej, bo organizm się do niej przyzwyczaja i równowagę zapewniało mu jedynie zwiększenie dawki. To samo dotyczy wszystkich opioidów. Trzeba przyjmować ich coraz więcej, by złagodzić ból, zapewnić sobie stan euforii lub po prostu zaradzić objawom odstawiennym.”

A te są trudne do wytrzymania.

„Zaraz po zażyciu pojawia się uczucie błogości, z którym żadna inna przyjemność nie może się równać, potem jednak heroina zostaje zmetabolizowana i nadchodzi przygnębienie, rozpacz oraz przytłaczające, niemal zwierzęce pragnie, by wrócić do poprzedniego stanu. Fizyczne uzależnienie od opium, morfiny lub heroiny powoduje okrutne objawy, gdy tylko narkotyk zostaje odstawiony: człowiek wije się z bólu, poci się, wymiotuje, ma drgawki lub gwałtowne konwulsje, miota się na ziemi jak ryba wyrzucona na morski brzeg.”

Bayer zaprzestał produkcji heroiny w tabletkach w 1913 roku.
Sto lat po tym jak firma Bayer skłamała, że heroina to morfina pozbawiona uzależniających skutków ubocznych (chociaż w praktyce uzależniała o wiele mocniej), Richard Sacler postanowił zastosować tę samą strategię – wmówić lekarzom i pacjentom, że oksydont, dwa razy silniejszy od morfiny, nie uzależnia. Chodziło o przekonanie ich, aby przepisywali ten lek nie tylko pacjentom onkologicznym.
Najpierw jednak Purdue musiała przekonać urzędników Agencji Leków i Żywności. Nie tylko do dopuszczenia leku do obrotu (mimo braku jakichkolwiek badań dotyczących bezpieczeństwa stosowania), ale też zatwierdzenia jego przepisywania na wszelkiego rodzaje bóle chroniczne. Ważnym narzędziem sprzedaży była ulotka leku (jej treść też musiała być zaaprobowana przez agencję), w której więcej było treści marketingowych, niż informacyjnych. Zagrożenie uzależnieniem od OxyContinu zostało zmarginalizowane.
Za proces rejestracji od strony Agencji Leków i Żywności odpowiadał Curtis Wright, który:

„Po wydaniu zgody na sprzedaż OxyContinu odszedł z agencji i zatrudnił się w malej firmie farmaceutycznej Adolor w Pensylwanii, ale nie zagrzał tam długo miejsca. Niecały rok później przeniósł się do Purdue Pharma, gdzie na początek przyznano mu pakiet wynagrodzeń o łącznej wysokości prawie czterystu tysięcy dolarów rocznie”.

Przeczytaj koniecznie:
„Odnajdę swojego syna”. María Guadalupe wstaje z tą myślą codziennie od 13 lat

Fabryki pigułek

Na początku 1996 roku armia przedstawicieli handlowych ruszyła „edukować” lekarzy, że nie muszą traktować OxyContinu jako ostateczność, że mogą go przepisywać także przy lekkich bólach. Doskonale wpisywało się to w slogan, w jaki zostali wyposażeni: „Środek przeciwbólowy, od którego zaczynasz i którego się trzymasz”.
Sprzedawców przeszkolono z przełamywania oporów i lęku lekarzy. Na ich obawy, że lek może uzależniać, odpowiadali słowami z ulotki zaaprobowanej przez Agencję Leków i Żywności: „Sposób dostarczania składnika aktywnego wydaje się ograniczać ryzyko nadużywania i niewłaściwego używania leku”. Nie ma drugiej takiej ulotki leku, w której „wydaje się” ma status faktu.

Przedstawiciele handlowi powoływali się na publikacje z tzw. obiektywnych źródeł, które w rzeczywistości zostały wyprodukowane przez lekarzy opłaconych przez Purdue.

„Firma płaciła kilku tysiącom lekarzy, by uczestniczyli w konferencjach medycznych i wygłaszali wystąpienia na temat zalet opioidów”. Sama w ciągu 5 lat sfinansowała 7 tys. seminariów poświęconych bólowi. Opory lekarzy niwelowano też… posiłkami. Purdue przeznaczała ok. 9 milionów dolarów rocznie na posiłki dla lekarzy. Opłacało się:

„Lekarze uczestniczący w programie kolacji lub w spotkaniach weekendowych wystawiają ponad dwa razy więcej nowych recept na OxyContin niż lekarze z grupy kontrolnej. Weekendowe spotkania są najskuteczniejsze”

Nawet lekarze, którzy nie byli przekupywania wierzyli, że ten lek daje nadzieje na życie bez bólu.
Purdue zastosowała też patent z początku XX wieku firmy Bayer, która rozdawała potencjalnym użytkownikom gratisowe próbki heroiny. Richard Sackler wymyślił program kuponowy – kupon można było wymienić na zapas pigułek OxyContinu na 30 dni.
Przez kolejne dwadzieścia lat, Purdue koncentrowało się na maksymalizacji zysków. Wywierano presję na handlowców, by ci wywierali presję na lekarzy, by ci przepisywali więcej pigułek i w wyższych dawkach. Zyski były astronomiczne.

„Saclerom udało się zdeklasować najsłynniejszy ówczesny hit farmaceutyczny, czyli Viagrę”.

Biznes się kręcił mimo iż już w pierwszym roku sprzedaży pojawiły się informacje o uzależnieniach, a niedługo później niektórzy pacjenci zaczęli umierać z przedawkowania.
OxyContin okazał się nie tylko hitem legalnej sprzedaży farmaceutyków, ale też czarnorynkowym przebojem.

„Pokruszona tabletka może zostać wciągnięta nosem przez osobę uzależnioną lub rozpuszczona i wstrzyknięta”.

Dawała wtedy szybki odlot.
Przedstawicie handlowi upodobali sobie szczególnie lekarzy z miejscowości dotkniętych biedą, z dużym bezrobociem, gdzie ludzie wykonywali ciężką pracę fizyczną, mieli więc problem z przewlekłymi bólami.

„Pacjenci cierpiący z powodu bólu, ruszyli wkrótce na ‘shopping’: chodzili o lekarzach, gromadzili zapasy, dzielili się pigułkami ze znajomymi lub odsprzedawali je, żeby zarobić na towar, od którego byli uzależnieni.”

Uzależnieni snuli się po miastach jak zombie

„Nietrudno było rozpoznać ich na ulicach. Lekomani na głodzie wałęsali się przed minigaleriami handlowymi albo, jeśli udało im się zdobyć towar, drzemali błogo w zaparkowanych samochodach, nie słysząc, że na tylnym siedzeniu drze się głodny niemowlak”

Powstawały „fabryki pigułek” , czyli przychodnie, prowadzone czasem jednoosobowo przez lekarzy, którzy przepisywali OxyContent każdemu kto tylko chciał. Od rana do nocy ciągnęły się tam kolejki osób, które chciały dostać receptę. Niektóre fabryki służyły zdobywaniu pigułek przez narkotykowe mafie i odsprzedaży ich na czarnym rynku.
Richard Sacler wypierał problem. Niepokojące doniesienia potęgowały jedynie jego działania prosprzedażowe, tak jakby chciał do maksimum wykorzystać czas, póki sprzedaż leku jest jeszcze możliwa. A problemem zajmowali się prawnicy (negocjujący ugody, gdy pojawiał się jakiś pozew) i agencje PR-owe szukające haków na tych, którzy ośmielali się wspomnieć nazwisko Saclerów w negatywnym kontekście. Firma przekupywała też kongresmenów, prokuratorów, finansowała kampanie wyborcze, zakładała też anonimowo fundacje i stowarzyszenia walki z bólem, które lobbowały za utrzymaniem sprzedaży OxyContinu.
Richard Sacler powtarzał po wujku Arthurze zdanie:

„Owszem, ludzie nadużywają tych leków. Nie wynika to jednak z chemicznych właściwości tej czy innej pigułki. Niektórzy po prostu mają predyspozycje do uzależnień”, a nawet posunął się dalej nazywając uzależnionych „winowajcami” i „nieodpowiedzialnymi przestępcami”

Masa krytyczna

Pierwszym dziennikarzem, który zajął się sprawą OxyContinu był Barry Meier. Napisał dla „New York Timesa” cykl artykułów, zanim prawnicy Saclerów przekonali kierownictwo NYT, aby odebrali dziennikarzowi temat.

„Meiera fascynowało, że coraz więcej ludzi umiera nie z powodu czarnorynkowych narkotyków, ale z powodu działań uczciwej wydawałoby się, firmy, zgarniającej legalnie miliardy dolarów i mającej siedzibę w eleganckim biurowcu w Stanford. Zaczął się przyglądać Saclerom i ze zdumieniem dowiedział się o ich wyjątkowej reputacji w kręgach filantropi, a także o tym, ze ich nazwisko uchodzi w świecie nauki i sztuki za synonim szczodrości”

Mimo artykułów, mimo narastających pozwów, firma ciągle się wymykała wymiarowi sprawiedliwości. Jeden z prokuratorów John Brownlee z Wirginii razem z zespołem prowadził śledztwo przez 5 lat, dowody były niepodważalne, ale Departament Sprawiedliwości (pod presją sztabu prawników Saclerów) sprzeciwił się postawieniu zarzutów karnych komukolwiek z kierownictwa firmy.

Po 10 latach od wprowadzenia leku, trwający w Stanach poważny kryzys opioidowy zaczął się zmieniać w epidemię heroinową, gdy uzależnieni od leków przeciwbólowych ludzie zaczęli sięgać po heroinę, a także fentanyl. Saclerowi wykorzystali ten fakt na swoją obronę, miało to według nich dowodzić, że to nie lek był problemem, że uzależnili się od niego „zachłanni narkomani”.

Badacze poświęcili mnóstwo czasu na interpretowanie statystyk dotyczących gwałtownego wzrostu liczny przypadków przedawkować heroiny po 2010 roku i wykazali, że spora część ofiar przyjmowała wcześniej OxyContin i inne leki na receptę.
Atmosfera wokół Purdue się zagęszczała, jednak Saclerowie mieli nadal status szanowanych filantropów. Naruszyła go Nan Goldin, jedna z najwybitniejszych żyjących amerykańskich fotografek. Zasłynęła m.in. fotografowaniem swoich przyjaciół i artystów, gejów, drag queens, chorych na AIDS, często w intymnych sytuacjach. W młodości była uzależniona od heroiny. W 2014 roku doznała bolesnego zapalenia ścięgna lewego nadgarstka. Dostał receptę na OxyContin. Słyszała wcześniej, że jest mocno uzależniający, ale zaryzykowała:

„Kiedy tyko zażyła tabletkę, od razu zrozumiała, skąd cały ten hałas. OxyContin nie poprzestawał na uwodnieniu jej od bólu nadgarstka: zapewniał chemiczną ulgę od wszelkich lęków i rozdrażniania (…) Wkrótce zaczęła łykać więcej niż powinna, cztery tabletki dziennie, zamiast dwóch, potem osiem, potem szesnaście. Musiała chodzić do kilku lekarzy po recepty. (…) Zdobywanie pigułek zajmowało jej dużo czasu, było jak praca na cały etat. Goldin zaczęła ją kruszyć i wciągać nosem (…) Straciła trzy lata życia. (…) Całymi dniami liczyła ile ma jeszcze pigułek. Składała sobie rozmaite przyrzeczenia, a potem je łamała. Nie chodziło już o euforię zapewnianą przez lek, lecz o strach przed objawami odstawienia, przed mentalną i fizyczną agonią, której nie umiała opisać słowami. Jej ciało szalało dręczone gorącym, piekącym bólem, miała wrażenie, że ktoś obdarł ją ze skóry. (…) W końcu lekarze zorientowali się, że wpadła w uzależnienie. Ponieważ nie udawało się jej kupować dostatecznie dużo OxyContinu na czarnym rynku, wróciła do heroiny. Pewnego razu sprzedano jej fenantyl. Nie zorientowała się. Przedawkowała. Przeżyła, ale było to dla niej przerażające doświadczenie. W 2017 roku sześćdziesięciodwuletnia Goldin znowu poszła na odwyk”

Godni miała szczęście, bo miała pieniądze:

„Tylko co dziesiąta osoba uzależniona od opioidów ma dostęp do terapii. Mogła sobie zapewnić najlepszą pomoc: pogram kosztował dwa tysiące dolarów dziennie (…) Po dwóch miesiącach była czysta”

Czysta i gotowa na wojnę z Saclerami:

„Saclerowie zrobi majątek, promując uzależnienia. Potem, dzięki pomocy muzeów i uniwersytetów, zmyli krew ze swoich pieniędzy. Pora pociągnąć ich do odpowiedzialności”.

Jej polem walki było zrzucenie Saclerów z piedestału szlachetnych filantropów. Z grupą aktywistów organizowała happeningi w muzeach i galeriach, które otrzymywały pieniądze od Saclerów. Domagała się od instytucji finansowanych przez tę rodzinę, aby przestały przyjmować zarobione na uzależnieniach pieniądze i usunęły oznaczenia z nazwiskiem Saclerów.
W pewnym momencie masa krytyczna została przekroczona, wystąpił efekt domina i koniec dobrej passy, a nazwisko Saclerów stało się synonimem hańby.
Przyczyniła się do tego także nieugięta prokurator Maura Healey, która w 2019 roku sformułowała zarzuty pod adresem ośmiorga członków rodziny. Wcześniej pozywana była firma Purdue, a Saclerowie, chociaż ręcznie nią sterowali, udawali, że oni właściwie nie mają wpływu na jej poczynania. Healey opublikowała liczący 274 stron akt oskarżenia, a rodzinie Saclerów groził proces karny.

Czy to koniec dynastii Saclerów?

Czy ta historia ma dobre zakończenie?
I tak, i nie.
Mimo iż w ciągu 20 lat Purdue sprzedało OxyContin o wartości 35 miliardów dolarów, w momencie wniesienia oskarżenia kasa firmy była pusta. Saclerowie przewidując, że masa krytyczna pozwów zostanie przekroczona, wyprowadzali pieniądze z firmy, głównie do zagranicznych banków i rajów podatkowych. Prokurator Maura Healey stała na stanowisku, że Saclerowie powinni pokryć roszenia z majątku prywatnego.

Aby uniknąć stanięcia przed sądem Saclerowie ogłosili bankructwo firmy, bo na czas postepowania upadłościowego, które może trwać wiele lat, sprawy karne muszą być zawieszone.

Na początku tego roku amerykański „Forbes” po raz pierwszy opublikował raport najbogatszych klanów rodzinnych, które są warte więcej niż 10 miliardów dolarów. Gdyby zrobił to kilka lat temu, Saclerowie byliby w czołówce. „Cztery klany, które były warte ponad 10 mld dol. w 2020 r., straciły od tego czasu status dekamiliarderów. Wśród nich: Rodzina Sacklerów z Purdue Pharma (szacunkowa wartość netto: 5,2 mld dol.), której oferta zawarcia ugody w sprawie wszystkich roszczeń cywilnych związanych z OxyContinem za 6 mld dol. została zaskarżona do Sądu Najwyższego.”**
Chociaż nie są już dekamilarderami, to mimo wypłaconych już milionów odszkodowań, Saclerowie nadal są majętni i nadal nie ponieśli odpowiedzialności karnej. Stracili na pewno to, na czym zależało im najbardziej – reputację, a ich nazwisko nie jest już synonimem filantropii, zniknęło z muzeów, galerii i uczelni.

Czy to jednak przywróci życie i zdrowie milionom ludzi? Uzależnieni od opioidów nadal włóczą się jak zombie po amerykańskich miasteczkach. Przerzucili się na heroinę i fentanyl, i stali się rynkiem zbytu dla karteli narkotykowych.

Książka Keefe’a Patricka Raddena „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego”, jest tak bolesna, że żaden farmaceutyk nie jest w stanie tego złagodzić. Podważa wiarę w etyczne działanie lekarzy i firmy farmaceutycznych. Nie miejmy złudzeń, że firmom chodzi o dobro pacjenta, nie miejmy też złudzeń, że lekarz rozpozna ściemę, którą mu firmy farmaceutyczne zafundują. Skoro lek został dopuszczony przez instytucje typy Agencja Leków i Żywności, dlaczego ktokolwiek ma wątpić w jego bezpieczeństwo? To nie jest historia tylko jednego leku, to opowieść o całej branży. To nie jest opowieść tyko o jednej branży, to mechanizm według którego zbudowany jest świat. Nie istnieje granica w krzywdzeniu milionów ludzi, gdy w grę wchodzi interes garstki bogaczy.

Okładka książki „Imperium bólu”

* Wszystkie cytaty w tekście (chyba, że zaznaczono inaczej) pochodzą z książki Keefe’a Patricka Raddena „Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego”, Wyd. Czarne, 2023 

** https://www.forbes.pl/biznes/najbogatsze-rodziny-ameryki-lista-dekamiliarderow-forbesa/z1c4m8b

TAGI

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ