Monday, July 26, 2021
Home / Felietony  / Aga Szuścik  / In-Ty-Mnie: Czemu się przemęczasz?

In-Ty-Mnie: Czemu się przemęczasz?

„Nie przemęczam się, tylko robię karierę”, „ja po prostu lubię być w ruchu”, „każdy pcha swój wózek” – która wymówka pozwala Ci się przemęczać i jak obali ją Aga Szuścik?

kobieta ze zmarszczonym czole leży na pomiętym prześcieradle

Czemu się przemęczasz? / fot. Aga Szuścik

Czemu się przemęczasz? Na to pytanie, w ramach cyklu „In-Ty-Mnie”, odpowiada Aga Szuścik – artystka wizualna, edukatorka, autorka projektu i kampanii „To się nie zdarza”. Aga jest syrenką – osobą, która przeszła operację usunięcia części lub całości żeńskich narządów rodnych

 

Biały króliczek na spotkaniu Klubu Miasta Kobiet

Będąc gościnią ostatniego spotkania Klubu Miasta Kobiet, mówiąc o mojej filozofii życia i „Życiu po raku”, w biegu wymyśliłam metaforę króliczka. Mały, biały, puszysty, magiczny, zupełnie jak z Alicji… nic tylko przytulać. Każdy z nas go ma. Króliczek jest przyjazny i przeuroczy, jednak rządzą nim królicze instynkty – ilekroć wykonasz szybszy ruch w jego stronę, odskoczy spłoszony. Do raka goniłam swojego królika. Ponieważ wciąż prawie sięgałam jego miękkiego futerka, myślałam, że sposobem na osiągnięcie celu jest coraz szybszy pęd. I ja, i królik byliśmy nieustannie wykończeni. Do raka wydawało mi się, że właściwe życie odbywa się w przyszłości, a ja za nim gonię: ucząc się, pracując, dorabiając się, odkładając odpoczynek. ‘Teraz’ nie istniało, chyba że w autodestrukcyjnej, byle jakiej formie. Świetnie miało się za to ‘kiedyś’ – którego właściwie nie dało się zaznać, bo kicało jak królik – ale jako nierealna wizja boleśnie motywowało do zapieprzania. Z perspektywy czasu uważam, że jedyne, co było wtedy pewne, to przemęczenie. Czy i Ty się przemęczasz? Czemu? Obstawiam jeden z trzech wariantów odpowiedzi.

 

Zobacz: 33. spotkanie Klubu Miasta Kobiet: Aga Szuścik i Anna Bajorek-Dołba

 

Wariant 1: nie przemęczam się, tylko robię karierę

Nim zachorowałam na raka, komentarze typu „ty w ogóle sypiasz czasem?” interpretowałam jako komplementy. Bycie wiecznie urobioną po pachy jawiło mi się jako połyskujący szlachetnością certyfikat, poświadczający moją wartość jako członkini rodziny oraz społeczeństwa. Żyłam w przekonaniu, że każdą chwilę należy przeznaczać na coś pożytecznego. Leżenie do góry brzuchem to przecież marnowanie czasu! Trzeba działać, póki jest się młodą. Inwestować w siebie. Robić karierę. Czas na odpoczynek i spijanie słodkiej śmietanki, nadejdzie – o ile w ogóle – po tak zwanym wszystkim. Każdą obraną drogą należy kroczyć równym marszem. Z zakasanymi rękami trzeba zdobywać kolejne bazy. To bieg do mety, która wciąż się przesuwa, nigdy nie będąc osiągalną. Już nie możesz? Chce Ci się pić? Pot zalewa oczy? Zaciśnij zęby – to przecież świetnie, że masz pracę, że trasa jest wytyczona, że w sumie wciąż Ci się udaje. Biegnij. Oto definicja kariery.

Szuflady o pierwszej w nocy

Ciekawa jestem, czy czasem budzisz się w nocy tak, jak ja budziłam się przez wiele lat. Zwykle koło pierwszej, czasem wcześniej, nawet tuż po głębszym zaśnięciu – jakbym orientowała się, że przyszedł stan prawdziwego odpoczynku i reagowała „zaraz, co tu się wyprawia, do roboty”. To taki typ przebudzenia, że momentalnie stajesz się w stu procentach czujna, właściwie od razu mogłabyś wstać i wziąć się do pracy. Skąd to wyrwanie ze snu? Przecież nie chce Ci się siku, domownicy miarowo oddychają, za oknem cisza… Ten spokój, zamiast po całym dniu pracy dodawać ciężaru Twoim powiekom, podgrzewa koncentrację. Stajesz przed wielką, wyimaginowaną komodą. Po kolei otwierasz szuflady. W pierwszej – mail do klienta. Jejku, muszę odpisać, zapomniałam. Od tego rano zacznę. W drugiej – domowy budżet. Tego nie kupię, ale na to powinny być szanse, przecież mam dostać przelew. Kiedy wystawiłam tę fakturę? Zeszły czwartek? Wtorek? W trzeciej szufladzie pusto. Powinien tam być koncept na nowy projekt. Co by tu wymyślić… Którą w ogóle jest godzina? O cholera, trzecia, czemu ja nie śpię? I dlaczego tak ciężko mi na klatce piersiowej? Może to jakiś znak? Problem? Jeszcze raz: co mnie właściwie obudziło? Sama się obudziłam, czyli ja siebie, ale która część mnie obudziła resztę mnie? Pęcherz nie, więc co? Głowa? Niemożliwe, przecież robię w życiu to, co lubię… Stop. Miewasz tak? Ja odgrywałam ten pobudkowy scenariusz przez lata, praktycznie noc w noc. Ani razu nie przyszło mi do głowy, że jestem przemęczona, nie mówiąc już o pierwszych symptomach czegoś poważniejszego. „Nie, nie przemęczam się, tylko robię karierę” – tymi słowami uciszałam mądrą część mnie, która co noc budziła resztę mnie, z nadzieją, że za którymś razem wreszcie zrozumiem, co sobie robię.

Praca to środek, nie cel

Rodzice mieli dobre intencje, wpajając Ci, że praca jest ogromną wartością – chcieli, byś została kimś, zrobiła karierę, by niczego Ci nie brakowało. Dwie lub cztery dekady później do tych ideałów należy jednak podejść nieco inaczej. To, czego pragniemy, to spełnienie. Droga do niego wiedzie najczęściej przez pasję, zasoby opierające się na wydatkach oraz bezpieczeństwo wynikające z regularności i dobrej rutyny. Praca to zatem dobry trop, ale absolutnie nie chodzi o to, by zajeżdżać się w imię kariery lub urządzać sobie wieloletnie przedłużenie obowiązków rodem z liceum: wstać rano, odbębnić, zaliczyć. Osoba dorosła może samodzielnie odpowiedzieć na pytanie o drogę do spełnienia. Moja wiedzie przez karierę, ale realizowaną w sposób zrównoważony i spokojny. Teraz robię dużo, lecz nigdy za dużo. Myśląc o przyszłości, nie zapominam o teraźniejszości. Doceniam odpoczynek – to cenne ładowanie baterii, a nie marnowanie czasu. To, że kocham to, co robię, nie jest zielonym światłem dla przemęczania się. Nie biegnę do mety. Kroczę – odważnie i pewnie, ale w swoim tempie, by nie dostać zadyszki i nie musieć złapać się za bolącą klatkę piersiową. W moim stanie, po przerzutach, chemii, naświetlaniu, całym tym stresie… świadomie dobieram środki, służące codziennemu dotykaniu spełnienia i byciu jak najzdrowszą. To jest moją największą wartością, nie praca lub kariera. Co ciekawe, właśnie takie podejście napędziło moją karierę jak nic wcześniej. Może dlatego że wreszcie smacznie przesypiam noce?

Wariant 2: ale ja lubię być w ruchu

Nim zachorowałam na raka, zdarzało mi się pracować po kilkanaście dni pod rząd. Bliscy przebąkiwali o pracoholizmie, ale słowa tego się nadużywa, przez co jawiło mi się jako wyświechtane i z każdej strony przetarte. Gdy zalecano mi odpoczynek, czułam, jakby mnie ktoś do czegoś zmuszał. Radzono mi wyjazd w góry, lekką powieść, kino bądź założenie balkonowego ogródka. Nie cierpię wszystkich tych rzeczy – kino kojarzy mi się z dławiącym zapachem popcornu, w lekką literaturę nie umiem się wkręcić, rośliny nie mają gorzej z nikim innym niż ze mną, a góry… uwielbiam piękne widoki, ale nie z ciężkim plecakiem i spoconym nosem. Odpoczywanie jawiło mi się jako coś absolutnie nudnego i niezgodnego z tym, co lubię. Wolałam więc poprowadzić kurs fotografii lub poczytać książkę, dzięki której dopieszczę swój doktorat. Ilekroć ukończyłam jakieś zadanie, wybierałam dalszą pracę – żeby coś się działo. Gdy odpoczywałam, robiłam to rzadko, w skondensowany i chaotyczny sposób.

Życie przed oczami

Po podpisaniu papierów o zagrożeniu życia i przespaniu się z tą decyzją, tuż przed wyjazdem na salę operacyjną, doznałam słynnego przelecenia całego życia przed oczami. Nie odbyło się to jednak jak w filmach, jako seria migawek typu dmuchanie świeczek na torcie, romantyczny taniec na plaży i wygłupy przy niedzielnym śniadaniu. Czemu? Bo prawie nie miałam takich wspomnień z dorosłego życia. Jako osoba kochająca działanie, odpoczynek zarezerwowałam na emeryturę. Leżąc w szpitalnym łóżku, z rakiem w podbrzuszu i łzami w oczach, zrozumiałam, że tej emerytury mogę nie dożyć, ba, mogę nie dożyć (z minimalnym prawdopodobieństwem, ale jednak) nawet najbliższego weekendu. W tamtej chwili, najgłębszej w całym moim dotychczasowym życiu, przyrzekłam sobie, że jeśli obudzę się po zabiegu, to niezależnie od dalszego przebiegu choroby i wszelkich innych kwestii, zacznę kolekcjonować piękne wspomnienia: czyste, niebiańskie, nienaznaczone pośpiechem i chaosem.

Pszczółka przed sądem

„Nie powiedziałabym, że się przemęczam. Po prostu lubię cały czas być w ruchu. Gdy tylko przestaję działać, usycham. Taka już jestem: pszczółka, mróweczka taka”… Powtarzałam te słowa przez lata. Dziś, po tamtym szpitalnym doświadczeniu, wciąż nie uważam, że są one nieprawdą. To nie tak, że bycie energiczną wymaga zmiany. Na pewno warto jednak spróbować zweryfikować tę cechę – wierzę, że wszystkie nasze mechanizmy i przekonania dobrze choć raz postawić przed oblicze sądu, w którego skład wchodzą rozsądek, pomysł na siebie oraz świadomość własnej przeszłości. Doszłam do wniosku, że osoby energiczne często stereotypowo podchodzą do odpoczynku – jako czegoś, co do nich nie pasuje. A tu nie chodzi o to, by dusić w sobie zapał lub zmuszać się do czegoś, co w duszy nie gra. Mam całą listę czynności, których podejmuję się, by pożytkować swoją energię. Nadal nie ma wśród nich chodzenia po górach, czytania lekkich powieści, kina i ogródka (choć to ostatnie coraz bardziej ze mną rezonuje), ale jest wiele innych okazji do kolekcjonowania wspomnień, które będą, przepraszam za burtonowskość, pięknymi migawkami na łożu śmierci. I prawie żadna z tych czynności nie prowadzi do przemęczenia.

Wariant 3: każdy pcha swój wózek

Nim zachorowałam na raka, miałam poczucie pewnej bierności wobec losu. Życie jawiło mi się jako trudne, pogoda jako zła, ludzie jako nieżyczliwi. Idąc swoją drogą, czułam się przytłoczona obowiązującymi na niej ograniczeniami prędkości oraz ustępami pierwszeństwa. Takie życie, masakra, co zrobić, jest, jak jest, nikt nie mówił, że będzie lekko – naprawdę wygadywałam te demotywujące głupoty. Sądzę, że, choć to absurdalne, tak było mi po prostu wygodnie. Przeciwieństwa losu to świetna wymówka w kwestii zaniedbywania swoich marzeń, niedotrzymywania obietnic i bycia poddaną toksycznym mechanizmom oraz osobom. Gdy sumienie lub pragnienie szczęścia otwierało wygłodniały dzióbek, wpychałam weń łykowate zdania typu „teraz już nie bardzo mogę coś zmienić”, „szanse są nikłe, więc nie ma sensu próbować” albo moje ulubione „tak już mam”. Każdy pcha swój wózek, toczy kamień, niesie krzyż.

Życie w dłoni

Rak ma to do siebie, że w pewnym momencie, gdy już pogodzisz się z czym trzeba, bierzesz sprawy w swoje ręce: starasz się o najlepsze leczenie, rzucasz mięso i papierosy, kupujesz wymarzoną kieckę, zrywasz nonsensowną przyjaźń, umawiasz się do psychoonkologa, idziesz po, że tak powiem, swoje. Oczywiście, możemy tłumaczyć to potrzebą odzyskania kontroli w sytuacji, w której rak stara się przejąć ciało, ale, przede wszystkim, jest to takie generalne wynurzenie się i zaczerpnięcie powietrza. Nagle dochodzisz do wniosku, że to Twoje życie, że każda decyzja, chwila, konsekwencja zaczyna i kończy się w Twojej dłoni, o ile odpowiednio ją ułożysz. Nagle czujesz – życie można chwycić, złapać, trzymać. Co więcej, wobec poważnej, przewlekłej choroby wiele dotychczasowych problemów leci w dół na życiowej giełdzie, bo czymże jest kredyt na dwadzieścia pięć lat, blizna na policzku lub utracona praca wobec otarcia się o śmierć? Zaczynasz więc niejako obsługiwać swoje życie, jednocześnie podchodząc do niego z większym dystansem i będąc najbliżej jego istoty, jak to tylko możliwe.

To jak z tym wózkiem?

Nie musisz się przemęczać. Nie musi być ciężko. Nie musisz być bierna. Każdy pcha swój wózek? OK, niech będzie, ale pod warunkiem, że zgodzisz się ze mną, iż każdy decyduje o tym, czy pcha, jak jest, ale z jak najzdrowszym podejściem, czy z uczuciem uciemiężenia i bierności, czy zmienia zawartość wózka, czy zostawia wózek na drodze i ucieka. Życie nie jest z zasady trudne – skomplikowane, owszem – ale nie trudne. Masz prawo być szefową swojego życia, walczyć o swój dobrostan, unikać frustracji, zapobiegać wypaleniu zawodowemu. Nie masz obowiązku się przemęczać. Nie musisz też dotykać sytuacji granicznej, by żyć świadomie i wprowadzać zmiany. Niezależnie od miejsca, czasu, stanu, stażu – zawsze możesz zmienić siebie i swoje życie na lepsze. Jest też ktoś, kto potrafi przemówić do Twojego rozsądku o wiele skuteczniej niż ja, rak, klient, rodzic czy biały króliczek – to ta część Ciebie, która doskonale wie, czego pragniesz i przeczuwa, którędy wiedzie do tego droga. Posłuchaj jej, zanim zacznie budzić Cię w nocy.

A co z królikiem?

„A jak jest teraz?”, spytała na spotkaniu Klubu Miasta Kobiet Aneta Pondo. „Fajnie”, odpowiedziałam, „siedzimy sobie z króliczkiem”… Sala wybuchła śmiechem. To zabawna metafora, ale jakże prawdziwa! Gdy skupiłam się na sobie i zaakceptowałam fakt, że mam wyłącznie teraźniejszość, króliczek przestał uciekać. Ba, po chwili sam podszedł i z ciekawością zaczął mnie obwąchiwać. Teraz głaskam go, a on zabawnie mruży oczy. Bo nie chodzi o gonienie, tylko o poczucie teraźniejszości oraz rozłożenie wielkich celów na kroki, które zaczniesz realizować już dzisiaj. Robienie kariery nie wymaga przemęczania się. Bycie w wiecznym ruchu nie wymaga przemęczania się. Życie nie wymaga przemęczania się. Biały królik da się oswoić – spróbuj.

O autorce

aga szuścik

Aga Szuścik / fot. materiały prasowe

Dr Agnieszka Szuścik

Artystka wizualna, edukatorka, autorka projektu i kampanii „To się nie zdarza”, bloga „Życie po raku” oraz podcastu „Przygody ginekologiczne”. Jedna z „50 Śmiałych 2019”, prelegentka TEDx, ambasadorka licznych programów profilaktyki onkologicznej. Doktora sztuk filmowych, wykładowczyni ASP w Krakowie oraz w AF w Krakowie i Warszawie, prowadząca audycję „Sztuka słuchania” w OFF Radio Kraków, absolwentka szkoleń RTZ, współzałożycielka Akademii Siebie. Na przestrzeni ostatnich lat pomogła setkom kobiet: pamiętać o badaniach, uwierzyć w siebie i docenić swoje potrzeby. Obecnie pisze książkę o tym, czego uczy rak. Aga jest syrenką.

Cykl Agi Szuścik „In-Ty-Mnie”

In to wewnątrz, w środku. Właśnie tam, w głąb intymności umysłu i ciała sięga ten cykl mini-artykułów.
Ty znajdź w tych słowach siebie, zaakceptuj się, zrozum i pokochaj – jesteś tu najważniejsza.
Mnie, Agę Szuścik, wykorzystaj jako lustro, w którym możesz przejrzeć się ubrana w swoje decyzje, lub trampolinę, by odbić się prosto do inspiracji i wiedzy.
Widzisz myślniki pomiędzy tymi słowami? Myśl jest podstawą zmiany, działania oraz bycia ze sobą, tak po prostu, tak in-ty-mnie.

Opiekun merytoryczny cyklu: dr n. med. Paweł Szymanowski, prof. KAAFM

W każdy, pierwszy poniedziałek miesiąca, publikujemy tekst Agi Szuścik o życiu i o tym, czego uczy rak


To piąty tekst z cyklu „In-Ty-Mnie”. Poprzednie przeczytasz tutaj:

In-Ty-Mnie: Jak wspierać swój srom?
Jaki powinien być dobry ginekolog?
Jak się żyje bez macicy?
Czy istnieje lekarstwo na raka? 

 

 

artystka wizualna, edukatorka, autorka projektu i kampanii „To się nie zdarza” oraz bloga „Życie po raku”. Obecnie pisze książkę o tym, czego uczy rak. Aga jest syrenką

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach