Home / Felietony  / Herstorie

Herstorie

Ktoś z was uczył się w szkole o Kazimierze Bujwidowej albo Marii Dulębiance?

Kilka tygodni temu na Wall Street, naprzeciwko szarżującego byka, stanęła nieduża figura dziewczynki trzymającej się pod boki i dumnie spoglądającej w stronę spiżowego byka oraz wieżowców. Ten posąg to „Fearless Girl” (Nieustraszona Dziewczyna) autorstwa amerykańskiej rzeźbiarki Kristen Visbal. Rzeźba miała stać na Wall Street przez kilka tygodni, wywołała jednak tyle atencji – zarówno medialnej, jak i realnej (kilkanaście tysięcy zdjęć z hasztagiem #fearlessgirl na Instagramie nie może kłamać) – że jej obecność na ziemiach nowojorskiej finansjery została przedłużona przynajmniej do wiosny 2018 r. Dlaczego?

Wall Street Little Girl Statue / fot. Federica Valabrega

Wall Street Little Girl Statue / fot. Federica Valabrega

 

Własnym głosem
Herstoria to odzyskiwanie historii kobiet, czyli poszukiwanie kobiecych narracji, opowieści i doświadczeń. To badanie historii i odnajdywanie w niej znaczących działań kobiet, często bagatelizowanych. To świadomość, że historia, której uczymy się w szkołach, zazwyczaj była pisana przez mężczyzn i ich dotyczyła. Ktoś was uczył w szkole o Kazimierze Bujwidowej? Albo o Marii Dulębiance? Mnie nie. A przecież to Bujwidowa wywalczyła dla kobiet prawo do studiowania, Dulębianka zaś jako pierwsza kobieta startowała do Sejmu (o czym podczas Małopolskiego Kongresu Kobiet mówiła Ewa Furgał z Fundacji „Przestrzeń Kobiet”, zajmującej się badaniami herstorycznymi). Czy rodzime kino historyczne opowiadało o wojnie z perspektywy innej niż męska? Nawet „Róża” to opowieść mężczyzny. Dopiero dokument „Powstanie w bluzce w kwiatki” przybliża widzom kobiece doświadczenia.
No dobrze, ale co to ma wspólnego z nieustraszoną dziewczynką? Scenarzystka filmowa Amy Fox (autorka m.in. „Kobiecych strategii” – filmu traktującego o kobietach w świecie wielkiej finansjery) mówi: „Kobiety pracują na Wall Street od dziesiątków lat, a my nie znamy ich historii, bo nikt ich nie opowiada”. Drobna mosiężna figurka dziewczyny mierzącej wzrokiem wielkiego, agresywnego byka przypomina wszystkim, że każda historia ma swoje dwa oblicza. I coraz więcej z nas chce usłyszeć obie jej wersje.

W świecie filmu
Na „Powidoki” poszłam do kina 23 stycznia, a bilet wciąż noszę przy sobie. Ten seans miał być wyjątkowy, bo to ostatni Wajda. To po pierwsze. Po drugie dlatego, że Strzemiński, awangarda i sztuka. Andrzej Wajda w swojej wspaniałej, wieloletniej twórczości opowiadał o kobietach z pomników, obrazów i wierszy. Opowiadał o sprawach doniosłych oczami męskich bohaterów. Rzadko jednak traktował kobiece bohaterki jak podmioty niezależne, ludzkie i mówiące samodzielnie. Były cierpiące i wrażliwe „Panny z Wilka”, były kobiety-strażniczki narodu w „Katyniu”, były (po)wojenne panny w „Kanale”, „Popiele i diamencie” oraz „Lotnej”. Były albo dobre, albo bardzo złe.
Jak w „Bez znieczulenia” i „Polowaniu na muchy”. To kobiety bezlitosne, kobiety oczekujące i, co więcej, pazerne. Pazerne na kapitał symboliczny. Na władzę, podziw, pozycję społeczną. Bohaterki tych dwóch filmów same nie są w stanie tego statusu pozyskać, jedna więc („Polowanie na muchy”) zmusza mężczyznę do nieustającej walki (dziś powiedzielibyśmy, że motywuje go do wyjścia poza strefę komfortu i nakłania do rozwoju, ale kiedyś…). Druga zaś („Bez znieczulenia”) zdradza męża, a podczas rozwodu fabrykuje dowody jego rzekomych przewin. Obie bohaterki to zatem klasyczne modliszki – niezdolne do proaktywnego działania, dosiadające mężczyzny i jego siłami dochodzące do celu, który jest w tym wypadku zawsze merkantylny.
Życie kobiet w polskim kinie nie jest łatwe, ale z tej plejady wyróżnia się Agnieszka z „Człowieka z marmuru” – jednego z czołowych filmów nurtu kina moralnego niepokoju. Agnieszka kończy szkołę filmową, ma jeden cel, do którego konsekwentnie dąży – zrobić świetny film. Jest dynamiczna, zdecydowana, odważna. Nie pozwala nikomu siebie pouczać, nawet jeżeli robi to ktoś bardziej doświadczony (pamiętna scena w piwnicy, gdy stary operator namawia dziewczynę, by postawiła kamerę na statywie). Agnieszka bardziej pasowałaby do dzisiejszego kina – kina postaci nieidealnych i heroin niepięknych, których wady znajdują na ekranie niemal tyle samo przestrzeni co zalety.

Fearless Girl / fot. Kristen Visbal

Fearless Girl / fot. Kristen Visbal

Powidoki
A potem przyszły „Powidoki” i najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć artyście. Milczenie. Bo w filmie Wajdy Katarzyny Kobro – genialnej awangardowej rzeźbiarki i eksperymentatorki form – w ogóle nie ma. Nie ma Kobro jako żony Strzemińskiego ani jako matki jego dziecka. Jej figura pojawia się zaledwie w paru dialogach i… na cmentarzu.
„Powidoki” to historia artysty-mężczyzny i walki z systemem, któremu nie chce się poddać. Strzemiński staje się uosobieniem człowieczych zmagań, kobiety zaś pełnią funkcję wspomagającą – pocieszycielek, karmicielek, opiekunek. System polityczny nie dotyka kobiet, zdają się żyć poza nim; istotne jest to, czy zupa i kawa trafią na stół o właściwym czasie. I w zasadzie można by to nawet przyjąć, gdyby nie fakt, że Katarzyna Kobro była znakomitą artystką, awangardzistką, z którą – co ważne – Strzemiński niejeden raz pracował.
Kobro w „Powidokach” pełni funkcję ducha, nawiedzającego Strzemińskiego w postaci córki. Wokół słynnego malarza cały czas pojawiają się kobiety-opiekunki. Kobiety gotujące, podające, leczące, dbające o maszynerię codziennej egzystencji. Kobiety, którym nie trzeba dziękować za wsparcie, które wiedzą, że ich rolą jest opieka nad mężczyzną. Katarzyna Kobro, jak wynika z prac historycznych, nie tylko nie wpisywała się w ten schemat, ale sama niejednokrotnie wspomnianej opieki potrzebowała.
Pytanie nie brzmi więc: czy można zrobić film o Strzemińskim bez Kobro (bo już znamy odpowiedź), ale: czy można zrobić film o Kobro, a o Strzemińskim nie wspomnieć? Czy takie dzieło byłoby normalne i czy powiedzielibyśmy: to zrozumiałe przecież, że nie ma w nim Strzemińskiego? Czy nie posypałby się grad zarzutów o zaślepionym feminizmie i nieuczciwości autorów? I tak samo można zapytać dalej – czy można zrobić film o Diego Riverze i pominąć w nim Fridę Kahlo? Katarzyna Kobro dostała mniej niż Camille Claudel, wciąż przecież nazywana głównie kobietą Rodina.
Czy kino Wajdy, duchowo osadzone między buntowniczym romantyzmem i narodową dystonią, ostanie się w świadomości dzisiejszego młodego widza? Czy millenialsi, przyzwyczajeni do różnorodności bohaterów filmowych, znajdą w nim wartości i odpowiedzi na nurtujące ich pytania? Czy wizerunki kobiet w kinie Wajdy mogą stanowić punkt odniesienia dla współczesnych i przyszłych młodych kobiet? Dla mnie „Powidoki” są klamrą polskiego kina skupionego na mężczyźnie, w którym kobiety odgrywają narzucone role i mówią nie swoim językiem. Wierzę jednak, że doczekamy się naszej #fearlessgirl, a Katarzyna Kobro – własnej, fascynującej opowieści.

CZŁOWIEK Z MARMURU

Post udostępniony przez Krystyna Janda (@tojajanda)

Anna Petelenz

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach