Friday, December 3, 2021
Home / Felietony  / Hanna Bakuła: dzieciaki!

Hanna Bakuła: dzieciaki!

Mówi się dzieci. Dzieciaki to, tak jak dziewuchy, słowo plebejskie. Teraz modne, bo i niearystokraci czytają prasę kolorową - pisze Hanna Bakuła

Skaczą, wyją, strącają przedmioty, potykają się, przewracają, opluwają siebie i innych, sikają w majtki, płaczą bez powodu, tupią, pełzają, są nieobliczalne i wredne

Skaczą, wyją, strącają przedmioty, potykają się, przewracają, opluwają siebie i innych, sikają w majtki, płaczą bez powodu, tupią, pełzają, są nieobliczalne i wredne

Mówi się dzieci. Dzieciaki to, tak jak dziewuchy, słowo plebejskie. Teraz modne, bo i niearystokraci czytają prasę kolorową. Grupa dzieciaków. Pomóżmy dzieciakom z domów dziecka. Zaprośmy dzieciaki na pizzę

 

Skaczą, wyją, strącają przedmioty, potykają się, przewracają, opluwają siebie i innych, sikają w majtki, płaczą bez powodu, tupią, pełzają, są nieobliczalne i wredne

Skaczą, wyją, strącają przedmioty, potykają się, przewracają, opluwają siebie i innych, sikają w majtki, płaczą bez powodu, tupią, pełzają, są nieobliczalne i wredne

Jest jeszcze ładny dzieciaczek – to jak korniszonek i grzybek. Inteligencja na to samo zaprasza dzieci. Bronię eleganckiego języka. Dziećmi opiekuje się od 17 lat moja Fundacja Hanny Bakuły. Zapraszam je do Warszawy, organizuję dla nich plenery, gdzie ja uczę je malować, a moi przyjaciele z Axoum Duo – poczucia rytmu i gry na instrumentach perkusyjnych. To wszystko, żeby móc przyłożyć, bo ręka świerzbi. Antoni Słonimski napisał rozprawkę O dzieciach, wariatach i grafomanach, w której postawił między wyżej wymienionymi znak równości. Racja! Jak się przyjrzeć, to dzieci zachowują się jak wariaci i pijacy.

Skaczą, wyją, strącają przedmioty, potykają się, przewracają, opluwają siebie i innych, sikają w majtki, płaczą bez powodu, tupią, pełzają, są nieobliczalne i wredne. Jedno niegrzeczne dziecko potrafi spacyfikować pięciu dorosłych, a jak jest skorpionikiem, to i dziesięciu. Przeważnie tylko matka tego nie zauważa, bo ojcowie są wrażliwsi na hałas i zakłócenia picia piwa. Po przepytaniu rodziców w różnym wieku zawsze słyszałam to samo: że swoje dziecko nie przeszkadza, cudze – a i owszem. A gdzie staropolskie przysłowie „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”? No właśnie. Dlatego prowadzamy dzieci i przynosimy niemowlęta na niedzielne lancze do restauracji. One krzyczą, a rodzice krzykiem je uspokajają.

Mniejsze aniołki, uwięzione w pokracznych krzesełkach-dybach, ślinią się na potęgę jak lamy i wypluwają przeżute marchewki na kolorowe, niesłychanie niegustowne ubranka. Żeby nie pomylić płci, dziewczynki są różowe, a chłopcy nie. Jak dziecko całe różowe, to jest to mała cwana manipulantka, na którą z zachwytem patrzy autor arcydzieła, tatuś. Na synusia w gaciach w kratkę, wypełnionych pieluchą, z miłością patrzy mamusia, która jeszcze nie zdążyła schudnąć po ciąży. Zresztą po co? Zaraz będzie następna. Wiem, na co się narażam w dobie becikowego. Ja, bezdzietna, więc niespełniona egoistka. Winne jest moje tzw. dobre wychowanie. Nie jadałam z dorosłymi, bo chcieli pogadać po całym dniu. Miałam swój stolik w kuchni, przy którym w czasie niedzielnych obiadów gościłam wizytujących nas kuzynów. Od szóstego roku życia jadłam nożem i widelcem.

Chodziłam z książką na głowie, bo zanosiło się na konika garbuska. Rozmów dorosłych nie wolno było przerywać, za to wolno było odpowiadać na pytania i to całym zdaniem. Byłam dzieckiem wesołym i zadowolonym. Opisałam to w moich książkach o Hani Bani, grubiutkiej dziewczynce jedynaczce, marzycielce z poczuciem humoru, rosnącej w świecie dorosłych. Wiedziałam, gdzie jest moje miejsce, i to mi nie przeszkadzało. Miałam dość przestrzeni wśród innych dzieci. Co ze mnie wyrosło, widać. Jestem kontrowersyjna, ale mam kindersztubę i z trudem powstrzymuję się od dygania, gdy widzę poważnie wyglądających rówieśników. Dzieci mnie wzruszają i je lubię, ale nie przeceniam. Są nudne, a ich talenty rysunkowe i śpiewacze też. Dla mnie dziecko staje się partnerem koło 10. roku życia. Co zabawne, zawsze widać, na co wyrośnie. Na przykład moja przyjaciółka, obecnie po trzydziestce, była identyczna w wieku sześciu lat. Podobnie z dziećmi innych znajomych.

Korzystając z okazji, proszę posiadaczy małych dzieciaczków, żeby robili im niedzielne papki w domu, a nie w restauracjach, albo płacili moje rachunki, bo jada się w spokoju, a posiłek jest okazją do rozmowy. Reakcje mateczek na taki tekst jak ten, znam. Ani mi się śni usprawiedliwiać.

 Hanna Bakuła 

Oceń artykuł
3 komentarze
  • Avatar
    Kamila 15 czerwca, 2012

    Restauracja jest przestrzenią publiczną jeśli Pani przeszkadza obecność dzieci proszę jadać w domu. Z przyjemnością wybrałabym się z trójką moich małych dzieci do restauracji w krórej Pani jada. Dopóki na drzwiach restauracji nie będzie widniał napis:PSOM I DZIECIOM WSTĘP WZBRONIONY, będę zabierać dzieci do restauracji.Pozdrawiam

  • Avatar
    lidka 28 września, 2012

    Droga pani całkowicie zgadzam się z panią Hanną Bakułą , być może i u nas za przykładem hotelu w którym urlop wykupili moi znajomi ,dzietni , wprowadzą taki własnie zakaz . Jakież ogromne rozczarowanie spotkało ich kiedy postanowili wraz z pociechą zasiąść za stolikiem a obsługa w delikatny sposób wyprosiła ich informując ,że w tej strefie dzieci przebywać nie mogą o czym zresztą jak się okazało kiedy wychodzili świadczyła informacja pisemna , której nie doczytali lub nie zrozumieli . Pozdrawiam

  • Avatar
    Anka 9 listopada, 2012

    Zgadzam się z Panią Bakułą. Wrzeszczące dzieci w restauracji to przekleństwo. Gorsze może być tylko uwięzienie w samolocie podczas długodystansowego lotu atlantyckiego z kopiącym nóżką w przedni fotel dzieckiem, na którym to fotelu akurat siedzimy. Niestety nie ma u nas kultury jeśli chodzi o dbanie o innych współpodróżnych czy jedzących. I małą pociechą jest, że wielodzietnej mamuśce też się to kiedyś przydarzy.

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach