Sunday, January 17, 2021
Home / Uroda  / Grzeczne dziewczynki idą do nieba… cz. I

Grzeczne dziewczynki idą do nieba… cz. I

Towarzysząc moim klientkom przy wyrażaniu zablokowanej złości, zawsze miałam poczucie doniosłości chwili: oto rodzi się kolejna „niegrzeczna dziewczynka”.

Stojąc przed zadaniem napisania tekstu o asertywności kobiet w bliskich relacjach, ze szczególnym uwzględnieniem tych damsko-męskich, długo poszukiwałam punktu zaczepienia. I wtedy przypomniałam sobie tytuł książki Ute Ehrhardt. Pasował idealnie. Kobiece kłopoty ze stawianiem granic mają swój początek w tym, że większość z nas wychowywana jest na „grzeczne dziewczynki”.

Taki jest wciąż model kobiecości – łagodnej, czułej, troskliwej, zawsze uśmiechniętej, opiekunki domowego ogniska, pocieszycielki i ratowniczki, stawiającej potrzeby innych ponad własnymi. Jeden z podstawowych nakazów, kierowanych przez rodziców do dziewczynki – czy to werbalnie, czy też poprzez karanie określonych jej zachowań – brzmi: nie wolno ci się złościć. I tak dziewczynka, a potem kobieta, zostaje całkowicie odcięta od emocji, która ma fundamentalne znaczenie przy stawianiu granic. Fundamentalne, bo właśnie ta emocja jest doskonałym wskaźnikiem, że ktoś nasze granice przekracza.

Ofiara dla świętego spokoju

Konsekwencje bycia dorosłą „grzeczną dziewczynką” są dla nas wysoce niekorzystne. Po pierwsze, skoro złość jest emocją niepożądaną, z automatu przemieniamy ją w smutek. Gdy ktoś nas rani, krzywdzi, zniewala, wykorzystuje, zamiast się złościć – płaczemy. A efekt jest taki, że gdy takie działania podejmowane są wobec nas z premedytacją, nasze łzy nie tylko nie wywołują współczucia u oprawcy, ale wręcz nasilają jego agresję. A my wchodzimy w rolę ofiary. Po drugie, poprzez płacz nie wyrazimy swojej złości, a zatem emocja ta cały czas w nas się kumuluje. Połykamy kolejne porcje swojej złości, nie chcemy jej wypuścić na zewnątrz, aby nikogo nie urazić, dla „świętego spokoju” czy z lęku przed reakcją drugiej osoby. Zaczynamy odczuwać różne psychosomatyczne dolegliwości, ciągłe napięcie, mamy poczucie, że coś z nami jest nie tak. Zamiast na tego, kto przekroczył nasze granice, kierujemy tę złość na siebie albo na kogoś lub coś zastępczego. Wchodzimy w różne działania autodestrukcyjne lub też stajemy się wybuchowe, byle drobiazg potrafi nas zirytować. Po trzecie, nie pozwalając sobie na złość, tracimy własną tożsamość. Naszą przestrzeń, w skład której wchodzą nasze potrzeby, cele i dążenia, nasz system wartości, nasza prawda. Przestajemy dostrzegać, gdzie kończymy się my, a zaczyna drugi człowiek. W szczególności nasz ukochany, narzeczony czy mąż, choć nie tylko, bo problem z asertywnością dotyczy wszystkich bliskich relacji. Aby posiadać własną tożsamość, własną przestrzeń, potrzebne są granice. I ich wskaźnik – złość.

Święta cierpiętnica

Jeśli zauważymy w sobie syndrom odciętej od swojej złości dorosłej „grzecznej dziewczynki”, mamy wybór. Możemy pozostać w roli cierpiącej ofiary, hodując poczucie krzywdy zaznanej od swoich partnerów, czy też, sięgając do dzieciństwa – od rodziców, którzy poprzez wychowanie pozbawili nas granic. Budując sobie pomnik ze swojego cierpienia, liczymy na to, że zostanie ono wynagrodzone po naszej śmierci. Że pójdziemy do nieba. Rola ofiary przynosi też korzyści za życia. Całkowicie zdejmuje z nas odpowiedzialność za własne szczęście. Znamy sprawców naszego nieszczęścia – i to nam w zupełności wystarcza. Mamy poczucie wyższości moralnej nad tymi, którzy nas wykorzystują i krzywdzą. Gloryfikujemy nasze cierpienie – pozostawanie w związkach z oprawcami jest dla nas najlepszym dowodem ogromu miłości do nich. Topimy się w morzu własnych łez, ale nigdy, przenigdy nie pozwolimy sobie na odczuwanie złości.

Prawo do weta

Istnieje też druga opcja, zdecydowanie trudniejsza, ryzykowna. Możemy przestać być „grzecznymi dziewczynkami”. Ażeby to zrobić, konieczne jest przede wszystkim zaprzyjaźnienie się ze swoją złością. Uznanie, że jest to wyjątkowo cenna dla nas emocja. Wyzbycie się przekonania, że wobec ukochanej osoby nie należy okazywać złości, że nie ma na nią miejsca w związku dwojga ludzi, którzy się kochają. Dlaczego jest to trudne i ryzykowne? Bo jeśli pozwolimy sobie na złość, zaczniemy wyczuwać własne granice. Złość da nam też energię do ich obrony – a to nie zawsze spotka się ze zrozumieniem tych, którzy do tej pory bezkarnie buszowali po naszej przestrzeni. Już nie będziemy godzić się na wszystko i zawsze mówić „tak”. Będziemy wypowiadać głośno własne zdanie, nawet, a wręcz szczególnie wtedy, gdy jest ono odmienne od zdania naszego partnera. Zaczniemy od niego oczekiwać, aby zauważał nasze potrzeby. Postawimy weto wobec takich jego zachowań, które naruszają nasz system wartości. Damy sobie prawo do realizacji własnych celów. Jest to trudne i ryzykowne dlatego, że jeśli nasz ukochany nie ma zamiaru szanować naszych granic, a za partnerkę chce mieć „grzeczną dziewczynkę”, to związek może się rozpaść.

 

Niewygodne pytania

Ale nie to jest, jak by się mogło wydawać, największą przeszkodą do pokonania. Największą jest to, że „niegrzeczne dziewczynki” idą tam, gdzie chcą. A to stawia przed nami konieczność określenia, dokąd chcemy iść, czyli postawienia sobie najważniejszych pytań. Jakie jest moje miejsce na tym świecie? Jaki sens chcę nadać swojemu życiu? Stawia także konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoje szczęście. Od tej pory my same – a nie partner, inni ludzie czy ślepy los – zaczniemy o nim decydować. Jeśli wybierzemy porzucenie roli „grzecznej dziewczynki”, warto zainwestować w naukę zdrowego wyrażania złości. Skoro nikt nas tego nie nauczył, możemy mieć z tym problemy. Zdrowe wyrażanie złości nie ma nic wspólnego z agresywnymi zachowaniami, czyli z krzykami, wyzwiskami, lekceważeniem, upokarzaniem czy biciem. Nie ma też na celu wymuszenia czegoś, wywalczenia dominującej pozycji czy wyrównania rachunków. Zdrowe wyrażanie złości służy przede wszystkim nam do obrony własnych granic – informuje, że ktoś je narusza, daje energię do działania. Przynosi nam też ulgę i odprężenie, zapobiega szkodliwemu dla nas kumulowaniu w sobie tej emocji. Jeśli są w nas olbrzymie pokłady zablokowanej, nigdy nie wyrażonej złości, z pożytkiem dla nas będzie oczyszczenie się z nich. Sposobów jest wiele – walenie w poduchy, darcie gazet, rysowanie, pisanie (nigdy nie wysyłanych) listów do swoich oprawców. Dobry psychoterapeuta może się okazać bardzo pomocny w tym procesie. Uważajmy, aby przy wyrażaniu złości nie zrobić krzywdy ani sobie, ani innym – jej energia jest bowiem olbrzymia.

Towarzysząc moim klientkom, jako terapeutka, przy wyrażaniu zablokowanej złości, zawsze miałam poczucie doniosłości chwili: oto rodzi się kolejna „niegrzeczna dziewczynka”.

Eugenia Herzyk

Fundacja Kobiece Serca

www.kobieceserca.pl

Grzeczne dziewczynki idą do nieba… cz. II

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach