Home / Ludzie  / Justyna Kokoszenko: Szefowa w piżamie

Justyna Kokoszenko: Szefowa w piżamie

Praca zdalna, na własny rachunek, to wyższy stopień wtajemniczenia w… samodyscyplinę. Tyle że w biurze pilnuje cię szef, a teraz musisz pilnować się sama

FFreelance i życie na frilansie

Dla naszego mózgu bardzo ważne jest symboliczne przejście z trybu życia osobistego do trybu pracy. Dla freelancerów jest to trudniejsze, bo pracują z domu / fot. Thought Catalog / Unsplash

Wstaję rano, ale trochę później niż do pracy w biurze. Najpierw woda z imbirem, mini sesja jogi i oddychania, potem zdrowa owsianka i mogę ruszać niespiesznie w dzień. Siadam przed komputerem i wydajnie pracuję aż do 16 z małymi przerwami na rozciąganie czy zrobienie sobie herbaty. Zamykam komputer, wyprowadzam psa i mam czas dla siebie i rodziny

 

Tak właśnie wyobrażałam sobie pracę z domu. Dopóki z domu nie pracowałam. Zdaje się, że nie jestem jedyna. Wiele moich znajomych wzdycha z zazdrością na myśl o tym, ile czasu oszczędzam na dojazdach, jak mogę delektować się domowym posiłkiem we własnej kuchni, zamiast podgrzewać lunchboksa w brudnej mikrofalówce, nie ma raportów, gderliwego szefa ani jego humorów, no i jest jak na Instagramie. Jesienią, kiedy plucha za oknem, ja zakładam islandzki sweter, wełniane skarpety, parzę kubek herbaty i w swoim rytmie pracuję, spoglądając na romantycznie rozbijające się o parapet krople.
Czasem trwa to trzy dni, bo nie muszę wychodzić z domu. Mam tłuste włosy, jestem nieumalowana i łapię się na tym, że pracuję do późnych godzin wieczornych.

Właściwie nie wiem już, kiedy jestem w pracy, a kiedy nie.

Jogi rano nie ćwiczę, na nic nie mam czasu, robię dużo mniej, niż pracując w korporacji. Przynajmniej tak było przez pierwszy rok, zanim zrozumiałam, że praca z domu nie ma absolutnie nic wspólnego z wyobrażeniem, jakie na jej temat kreuje internet.

Zombie w piżamie

Kiedy jeszcze pracowałam w biurze, poznałam Martę. Obie projektowałyśmy ubrania, ale Marta wcześniej pracowała na rynku wydawniczym i przez rok ogarniała z domu. Jak mówi, nigdy nie zapomni tego roku. I nie dlatego, że wspomina go z rozrzewnieniem. Marta, którą znam, zawsze w sukience, zawsze z ułożonymi włosami, nienagannym makijażem, wesoła, lubi pożartować, zdyscyplinowana, nie miała problemu również z dyscypliną, kiedy pracowała w domu. Zadania wyznaczał jej szef, bo była na etacie, tyle że wypełniała swoje obowiązki zdalnie. Robiła, co do niej należy, zamykała komputer i cześć. Tyle że skurczyła jej się przestrzeń.

– Wynajmowałam wtedy małą kawalerkę, w której jeden pokój spełniał funkcję kuchni, salonu, sypialni i biura. Kiedy kończyłam pracę, nadal znajdowałam się w tej samej przestrzeni. Czułam, że duszę się na tych kilku metrach kwadratowych. Brakowało mi jakichś symbolicznych drzwi, jakiegoś przejścia między pracą a życiem prywatnym –opowiada.

– Najgorsze było to, że nie umiałam się zdyscyplinować, jeśli chodzi o ubiór i wygląd. Czasem przesiadywałam od rana do wieczora w pidżamie i szlafroku, nieuczesana i nieumalowana. Rano nie miałam ani czasu, ani ochoty na myślenie o własnym wyglądzie. Po pracy, jeśli nie wychodziłam na jakieś spotkanie ze znajomymi, nie było już sensu się stroić. Ten „brak higieny” zdecydowanie źle wpływał na moje samopoczucie.
Marta nie jest jedyna.
Kiedy spotkałam się z Kingą Rak, wtedy współpracowniczką Ridero, dziś założycielką i redaktor naczelną Twardej Oprawy, mówiła mi, że pozbyła się złudzeń, że praca w domu oznacza wygodny dresik i tłusty koczek na czubku głowy. Jej patentem na dobry początek dnia było stosowne ubranie się, lekki makijaż i użycie perfum. Może nie, że od razu ma na myśli marynarkę, ale kiedy ma spotkania z klientami (tak, zazwyczaj spotyka się z nimi online) zakłada bluzkę lub koszulę. To daje jej jasny sygnał: teraz jestem w pracy. Pozwala sobie na superwygodne kroje i ciepłe skarpetki, ma inne zestawy ubrań do prowadzenia zajęć, inne do warsztatów i jeszcze inne do pracy w domu, ale ubiór zawsze musi komunikować, że jest energia do działania, a nie niedzielne rozmamłanie.

Własny pokój

Czy tylko kobiety dyskutują w ten sposób o pracy zdalnej? Nie, takich porad udzielają specjaliści i blogerzy, np. Dominik Juszczyk, który jest księgowym, pracuje zdalnie i dzieli się poradami na temat produktywności. Wygląda na to, że dla naszego mózgu bardzo ważne jest symboliczne przejście z trybu życia osobistego do trybu pracy. Dla freelancerów jest to tym trudniejsze, że często nie mają oni komfortu posiadania własnego gabinetu, czy wynajęcia biurka w Coworku, i pracują z domu. A to oznacza trwanie w jednej przestrzeni non stop. Bez innych ludzi (chyba że mówimy o przeszkadzających domownikach i listonoszu), bez drzwi, przez które wchodzimy w tryb pracy, a potem opuszczamy budynek i nasz mózg rejestruje, że od teraz do jutra ma wolne.
Kinga Rak ma ten luksus, że ma osobny gabinet. Mówi, że co prawda przy przeprowadzce zastanawiali się z mężem, czy potrzebują czwartego pokoju, czy może jednak lepiej byłoby wybrać garaż. Doszli jednak do wniosku, że garaż na siebie nie zarobi, a pokój już tak. Konkretniej – zarobi na niego Kinga, dla której bardzo ważne jest osobne miejsce pracy lub chociaż dobrze zorganizowany kąt.
Marta pracowała w kawalerce i tego nienawidziła. Ja pracuję w wydzielonym fragmencie pokoju dziennego, który jednocześnie zmienia się okresowo w sypialnie najstarszego dziecka mojego partnera i miejsce bytowania młodszego, kiedy są u swojego taty. Również mój partner pracuje w domu, kupiliśmy PRL-owski sekretarzyk, który wieczorami udaje biblioteczkę i kwietnik, ale w ciągu dnia można rozłożyć blat i wygodnie pracować. Jednak ktoś, kto ciągle krząta się po domu, irytuje. W efekcie, mimo że oboje kochamy być w naszym mieszkaniu, nie mamy tego miłego poczucia wracania do domu, które zapamiętałam z pracy w korporacji. Wracam, rzucam torbę, w domu jest czysto, ciepło, zdejmuję obcisłe dżinsy zakładam dres i wiem, że do jutra rana nie muszę o niczym myśleć, mogę zacząć czytać, napić się wina, obejrzeć film czy wyjść spotkać się ze znajomymi. Teraz mam wrażenie, że ciągle jestem w pracy, a mieszkanie trochę stało się więzieniem. Dziś z drwiącym uśmieszkiem patrzę na youtuberów pracujących ze swoich vanów lub coachów sukcesu, którzy obiecują, że jak posłucham ich rad, będę tak jak oni mogła pracować z tropikalnej plaży. Taka praca to byłby dla mnie koszmar.

Rażące światło odbijające się od monitora, piasek wpadający w klawiaturę i ja, spocona, w stroju kąpielowym, ani nie pracuję, ani nie wypoczywam. Jestem w jakimś pracowym czyśćcu. Nie, nie zrobiłabym sobie tego. I jakkolwiek to zabrzmi – systematyczność, powtarzalność, rytm i rytuały są kluczem do tego, by pracując zdalnie nie oszaleć.

Nie brzmi to seksownie, prawda? Nie tego się spodziewamy, myśląc o rzuceniu papierami. Okazuje się jednak, że praca zdalna, na własny rachunek, to wyższy stopień wtajemniczenia w… samodyscyplinę. Tyle że w biurze pilnuje cię szef, a teraz musisz pilnować się sama.

Pracuj sprytniej

Kiedy piszę ten tekst, jestem już kilka dni po terminie, w którym należało go oddać. Dyskutuję podczas panelu, zorganizowanego przez „Wysokie Obcasy” i kątem oka widzę w pierwszym rzędzie redaktor naczelną „Miasta Kobiet”. Robi mi się ciepło, bo jestem przekonana, że temat mojej obsuwy wypłynie. Nie mylę się. Nawet nie mam nic dobrego na swoje usprawiedliwienie. Po prostu nie czułam się zainspirowana do pisania. Szkoda, że za siedzenie przed komputerem nikt mi już nie płaci. Teraz liczy się efekt, a ten czasem bardzo ciężko z siebie wycisnąć. Jestem zmęczona, mój tryb życia jest nieregularny, rezygnuję z wieczornego wyjścia na ćwiczenia czy spotkań z przyjaciółmi, bo nie czuję, że to dobry czas na przyjemności, skoro praca nie jest wykonana. Ale… nie mogę zmusić się do pracy i coraz bardziej prokastynuję. Klienci, maile, przepisy do pracowania, własne treści na bloga, artykuły do napisania, a żeby pisać, trzeba mieć czas, żeby czytać. Postanawiam sobie pomóc i zapisuję się na kurs Pracuj Sprytniej do blogerki Joanny Glogazy, autorki trzech książek i właścicielki marki z piżamami Lunaby. Mam nadzieję, że jej kurs pomoże mi oddzielić czas pracy od czasu prywatnego i że stanę się bardziej produktywna. Wybieram kurs Glogazy właśnie dlatego, że ona sama ma podobne wartości do moich. Nie chcę przecież odtwarzać korporacji w moim własnym domu. „Kompletnie nie wierzę w podejście ‘chcesz być produktywna, to musisz przycisnąć bardziej!’. Staram się dbać o siebie jak mogę, wysypiać się, być wypoczęta, chodzić na jogę, jeść zdrowo, spędzać czas z ludźmi, którzy dodają mi energii. I wtedy mogę siadać do systematycznej pracy, nad tym, co daje mi radość i spełnienie, bez żadnego ciśnięcia na siłę”, mówi Joanna, a ja marzę o tym, żeby to się okazało możliwe.

Pociesza mnie też to, że i ona nie urodziła się terminatorem. Początki jej pracy na swoim były nawet gorsze od moich. Snucie się całymi dniami w pidżamie, zaczynanie dnia od oglądania seriali, praca po nocach. Momentem przełomowym był przyjazd jej taty. Mieszkała wtedy w mikrokawalerce, tata spał na kanapie, a Joanna, żeby go nie obudzić, nocami zamykała się w łazience i pracowała stamtąd. Była na siebie tak zła, że postanowiła wprowadzić higienę pracy do swojego życia. Zaczęła podglądać mądrzejszych od siebie, uczyć się od nich, testować i wdrażać praktyki, które działają i po latach doszła do równowagi, która pozwala jej prowadzić satysfakcjonujące życie zawodowe i osobiste. Teraz uczy tego również innych, a ja podpytuję ją o najlepsze praktyki, które pozwalają być produktywną.

Dobre praktyki według Joanny Glogazy, autorki bloga Styledigger:

  • Mam poduszkę finansową – dzięki temu mogę realizować tylko te projekty, które naprawdę chcę realizować, bez spiny.
  • Grupuję zadania – w poniedziałki robię zdjęcia, we wtorki nagrywam audio, piątek to mój dzień administracji i analiz, i tak dalej. To naprawdę oszczędza masę czasu i zmusza do planowania wszystkiego zawczasu – a to bardzo pomaga, bo your stress work is never your best work.
  • Wkładam wysiłek raz, żeby potem korzystać – czyli opracowuję sprawny system edycji i przechowywania zdjęć czy zarządzania fakturami. Przygotowuję sobie szablony odpowiedzi na maile. Do powtarzalnych projektów mam checklisty, co po kolei trzeba zrobić, żeby ułatwić sobie planowanie (i grupowanie zadań) i o niczym nie zapomnieć. Nagrywam wideo instrukcje, na przykład z dodawania nowych rozmiarów do sklepu internetowego – dla przyszłej siebie, żeby nie musieć za każdym razem od nowa tego rozkminiać, ale też dla moich współpracowników, i ich proszę o to samo. To wszystko robię oczywiście tylko tam, gdzie ma to sens – żadnej sztuki dla sztuki.
  • Usuwam sobie kłody spod nóg, czyli wszelkie rozproszenia – wywaliłam z telefonu i komputera wszystkie powiadomienia poza mapami Google i appką do taksówek. Używam wtyczek do przeglądarki, które blokują mi wszystkie strony poza tymi niezbędnymi do pracy.
  • Wstaję od komputera pomiędzy zadaniami – dzięki temu nie wpadam w tryb scrollującego zombie.

Dobre praktyki według Kingi Rak:

Wydaje się, że zalecenia te mają sens. Kiedy o dobre praktyki pytam Kingę Rak, dzieli się ze mną dość podobnymi sposobami:
„Dzielę po prostu czas na pracę. Teraz pracuję w blokach, mam wyznaczone, ile godzin w tygodniu, na jakie bloki potrzebuję (zlecenia, marketing, bieżąca obsługa klienta, sesje strategiczne, czyli czas na kluczowe działania). I staram się, aby dziennie nie mieć wyznaczonej pracy na więcej niż siedem godzin. To dla mnie podstawa. Próbowałam pracy z papierowym kalendarzem, notesami, ale teraz jestem fanką Asany. Jak kończę pracę, staram się po prostu nie otwierać w laptopie/telefonie biznesowych aplikacji (tak, Facebook to dla mnie już też biznesowa aplikacja) i po prostu żyć.

We freelansie najgorsza jest praca od rana do nocy, rozmywanie się czasu prywatnego z zawodowym. Więc gdy pracujemy, to pracujemy. Każdy system monitorowania pracy będzie dobry. I żadnego obierania ziemniaków, sprzątania w trakcie pracy. W biurze się w końcu nie robi obiadu w trakcie spotkania, prawda?

Pilnowanie czasu pracy i robienie nawet sztucznych na początku barier to dla mnie podstawa. A reszta – jak wygodnie. Osobiście uwielbiam drobne drzemki w ciągu dnia i spacery z psem, bo wpływają na produktywność. I mogę sobie na nie pozwolić, bo mam je niejako wpisane w plan pracy i dnia”.

Rozmowy z szefową

Gdy ktoś teraz wyskakuje z „ale ci zazdroszczę”, z perspektywy dwóch lat pracy jako freelancerka zawsze go pytam, co uważa, że da mu praca zdalna. Od czego chce uciec? Czego chciałby więcej? Może da się to uzyskać w obecnej pracy? Bo prawda jest taka, że praca zdalna nie różni się znacząco od tej dla kogoś, w jego biurze. Wiele ograniczeń, od których staraliśmy się uciec, teraz będziemy musieli w mądry sposób nałożyć na siebie sami. Do dziś zdarza mi się, w moim czasie pracy, pytać siebie nieśmiało: „Justyna… czy ty teraz na pewno pracujesz?”. Przy czym pracę definiuję jako to, co przynosi mi pieniądze. Więc tak, reaserch jest pracą, tak, pisanie jest pracą, tak, komunikacja z klientami jest pracą, tak wymyślanie produktu czy artykułu jest pracą. Siedzenie na Pintereście w poszukiwaniu rzekomej inspiracji lub czytanie książki w czasie pracy (bo, żeby pisać, trzeba czytać) nie jest pracą. Nie przybliża mnie do moich celów. Często łapię się na tym, scrollując Facebooka lub bezmyślnie przeczesując internet w poszukiwaniu natchnienia. Nie, nie pracuję… I moja wewnętrzna szefowa mówi wtedy: „no to z łaski swojej popracuj”. Bywają dni, że te dialogi toczą się w mojej głowie bezustannie. A najgorsze jest to, że w przeciwieństwie do pracy dla kogoś, nie możesz w myślach złorzeczyć na upierdliwego szefa. Po prostu musisz zakasać rękawy i robić.

Justyna Kokoszenko

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    access control Luty 4, 2019

    In a short time if you want to create a best knowledge then now come here because here for the user all things available and we can use this now.

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach