Home / Styl życia  / Kuchnia  / Karmiąc innych, karmisz siebie, czyli o jedzeniu i społecznym zaangażowaniu

Karmiąc innych, karmisz siebie, czyli o jedzeniu i społecznym zaangażowaniu

Dziel się, nie wyrzucaj!

Eataway

Eataway / fot. Michał Lichtański

Wiemy to bez badań specjalistów: jedzenie jest jedną z podstaw naszego istnienia, czymś koniecznym do przetrwania. Wspólny posiłek zaś to rytuał umożliwiający spotkanie i zbliżenie przy stole. Wielu z nas tęskni też za społeczeństwem obywatelskim, chcemy oparcia we wspólnocie i chcemy dać coś z siebie innym

Jodłodzielnia

Jodłodzielnia / fot. materiały prasowe

Jak połączyć jedzenie z działaniem prospołecznym? Można zacząć np. od podzielenia się nadmiarem żywności. Od lokalnego targu i bistra. Od pączka dla seniora. I można dotrzeć aż do zupy.

Czasem marchew, czasem laurka

„Okazało się, że się da” – Uśmiecha się Weronika, podsumowując półtoraroczną działalność foodsharingu i jadłodzielni w Krakowie. „Daliśmy sobie rok na rozruch, żeby zobaczyć, czy idea się przyjmie”. Ponieważ się przyjęła, powstała druga (po pierwszej w Jordan Caffe przy ul. Długiej 9) jadłodzielnia, w Tytano, a jej twórcy szukają już kolejnych lokalizacji, żeby stworzyć punkty w różnych częściach miasta.
Przypomnijmy: jadłodzielnie powstają po to, by nie marnować jedzenia. Można tam więc – w lodówce i na regałach – zostawić nadwyżki żywności, produkty, których się nie zje, żeby mógł z nich skorzystać ktoś inny. I odwrotnie – ze zgromadzonych zasobów można wziąć coś dla siebie. Idea jest taka, by z jadłodzielni korzystał każdy – nie tylko osoby potrzebujące. „Naszym hasłem jest myśl Sokratesa: daj tyle, ile możesz, weź tyle, ile potrzebujesz” – mówi Weronika. Czy udaje się zachować tę równowagę? Czasem trzeba kogoś poprosić o rozwagę w korzystaniu z zasobów, aby zabrał rzeczywiście tyle, ile potrzebuje. Jednocześnie istnieje pewna bariera w braniu jedzenia. W każdej jadłodzielni są wprawdzie dostępne informacje na ten temat, ale wciąż napływają do nich pytania, czy na pewno można coś wziąć i ile. Ale odzew społeczny i zainteresowanie są, i to jest najważniejsze. Zdarzają się wręcz sytuacje, gdy jedzenia pojawia się za dużo, i wtedy trzeba je przekazać dalej, by się nie popsuło. Kiedyś dostali od rolnika kilkaset kilo marchwi, innym razem wiele kartonów mleka z krótką datą ważności, lub dużą ilość chleba z Piekarni Mojego Taty. Co wtedy? Można wspomóc inne oddolne inicjatywy – z mleka chociażby powstała zupa mleczna zaserwowana przez Zupę na Plantach. „Ważne jest dla nas bycie łącznikiem między różnymi ideami, pośredniczenie w pomocy innym” – mówi Weronika – „bo czasem piszą do nas osoby unieruchomione w domu, a my pomagamy im w kontakcie z instytucjami pomocowymi. Co dla nas ważne, pomagamy też innym miastom w rozwijaniu jadłodzielni”. Dużo można zdziałać dzięki zgranemu zespołowi, dlatego wolontariusze wciąż są potrzebni i mile widziani.
Skąd najlepiej czerpać wiadomości o jadłodzielniach? Ze strony Fb. Miłośników aplikacji mobilnych może zainteresować znajdująca się w fazie testów apka Taste&Share. Powstaje ona dzięki firmie Electrolux, która zainteresowała się działalnością foodsharingu i do punktu w Tytano przekazała lodówkę. Wśród osób, które nie korzystają z nowoczesnych technologii świetnie działa poczta pantoflowa, np. pojawiają się starsze panie, które dowiedziały się o jadłodzielni od wnuków, a z kolei same powiedziały o niej koleżankom. I ten czynnik ludzki jest najcenniejszy we współtworzeniu foodsharingu.

Pietruszka z targu do bistra


Pietruszkę – jak zdrobniale nazywają Targ Pietruszkowy jego miłośnicy – pewnie już znacie. Teraz posiłki z naturalnych i ekologicznych produktów z targu można zjeść w Bistro GotuJemy. A zaczęło się od stowarzyszenia Podgorze.pl, które skupia lokalną społeczność. Jego członkom marzył się dzielnicowy targ, choć długo wydawało się to finansowo nierealne. Pojawiły się jednak możliwości uzyskania pomocy z funduszy szwajcarskich i Fundacji Partnerstwo dla Środowiska, która udostępniła listę ekologicznych rolników. Z funduszy zakupiono namioty, targ ruszył późną wiosną i na początku był sezonowy, a z czasem, dzięki pomieszczeniu w podziemiach Korony, stał się całoroczny. W końcu powstała Fundacja Targ Pietruszkowy. Od początku przedsięwzięcie opierało się na trzech filarach: lokalności (rolnicy z małopolski), naturalności (produkty ekologiczne i tradycyjne) i bezpośredniości (każdy sam sprzedaje swój towar). „Targ stał się szansą dla rolników ekologicznych” – wspomina Karolina – „którzy mogli tu bez pośredników i bez opłat sprzedawać swoje produkty”. To skrócenie drogi między wytwórcą a kupującym sprawia, że inaczej podchodzimy do jedzenia. Inaczej się płaci – nawet więcej, bo za ekologiczną żywność – osobom, których spracowane ręce się widzi. Co szczególnie ważne, targ stał się miejscem swojskim – kupują na nim mieszkańcy dzielnicy, nawiązało się tu dużo znajomości, sprzedający polecają siebie nawzajem, kupujący lubią z nimi rozmawiać, wymieniać się informacjami i przepisami. A można tu spotkać prawdziwe osobowości, na stoisku JeDynie pożartować o dziwnych warzywach, kupić stare odmiany jarmużu za „co łaska” od Brodataty czy poradzić się u pani Godzik w sprawie ziół.
Ten aspekt łączenia ludzi rozwinął się bardzo, gdy na targu zorganizowano stoisko kulinarne, wszystko ładnie się sprzedawało, ludzie przysiadali, żeby porozmawiać ze znajomymi. Tak jak wcześniej marzenie o targu, przyszło też marzenie o własnej restauracji. Zmaterializowało się trochę przez żart: „Gdy pojawiła się możliwość przejęcia lokalu, Justyna (teraz menedżerka bistra) zażartowała: To może my to weźmiemy?” – opowiada Karolina – „i udało się, powstało naturalne przedłużenie targu”.
Bistro kieruje się tymi samymi zasadami – można tu zjeść dania z targowych sezonowych produktów (w karcie zaznaczono nawet imiennie, od kogo pochodzą), część z nich kupić, uzyskać informacje o jedzeniu. Fundacja Targ Pietruszkowy to też przedsiębiorstwo społeczne, dla którego ważna jest edukacja. Brała udział w akcji Radia Kraków o niemarnowaniu jedzenia, organizowała warsztaty z MOPS-em, planuje kolejne. Chce uczyć, jak gotować tanio, a dobrze, bo przecież z selera czy marchewki można zrobić coś pysznego. Bistro chce być miejscem lokalnej społeczności i wkrótce zawiśnie tu też tablica na sąsiedzkie ogłoszenia. Na tegoroczne kolędowanie w Podgórzu bistro przygotowało żurek, przyszło mnóstwo ludzi, także osoby ze stowarzyszenia, więc wszystkie te inicjatywy się przenikają – a jedzenie jest naturalnym łącznikiem między ludźmi.
Co daje Karolinie udział w tworzeniu lokalnego targu i bistra? Ogromną satysfakcję. Choć oczywiście nie zawsze wszystko idzie gładko, to entuzjazm okazywany przez wiele osób na hasło „Pietruszka” czy wieści, że historia targu dotarła aż do Gdańska i inspiruje innych, wynagradzają trudy. „Działalność społeczna karmi dobre samopoczucie.” – Uśmiecha się Karolina.

Ogród dla dzieci i pięćset pączków

eatway

Platforma Eataway obecnie gromadzi ponad 700 kucharzy z całego świata / fot. Michał Lichtański

„Mam taki chytry plan” – śmieje się Marta – „że kiedyś odwiedzę wszystkich ludzi, którzy u mnie jedli, i zobaczę, jak się u nich żyje”. O Eataway – stworzonej przez nią wspólnocie „domowych kucharzy”, do których za składkową opłatę można się wprosić na kolację – mogliście już w MK przeczytać. Od początku też inicjatywa ta wiązała się z chęcią łączenia ludzi przy jedzeniu dla czegoś większego. Pokarm jest przecież symbolem, wszystkie konflikty rozwiązywano przy stole, bo przy nim maleją napięcia.
Wspólne zainteresowania połączyły kucharzy Eataway w grupę chętną do działania. „Gdy pojawi się pomysł na akcję” – mówi Marta – „umieszczamy info na stronie, na Fb, i każdy może nas wspomóc, wpłacić pieniądze albo przyjść i gotować z nami”. I tak zadziały się akcje pączkowa, wigilijna czy dla dzieci. Dwie pierwsze we współpracy z MOPS-em. Przez eataway’ową stronę można było kupić porcję pączków na ostatki, jednocześnie drugą fundując osobom starszym. Podobnie można było ufundować dania wigilijne dla potrzebujących: Eataway gotował, a pracownicy MOPS-u roznosili posiłki i jedli je w domu razem z seniorami. Dla wielu z nich było to pierwsze od lat domowe świąteczne jedzenie. Ale w zeszłym roku Marta postanowiła pójść o krok dalej i skłonić Polaków do przyjęcia obcych osób na Wigilię. Czy przynajmniej zacząć skłaniać. To nie było łatwe, ale założyła, że jeśli uda się przekonać parę osób, to już będzie dobrze. Udało się tyle, że w paru polskich domach tradycyjne puste miejsce przy wigilijnym stole zajęło dwoje podopiecznych MOPS-u i dwie studentki z Kazachstanu. „Za rok może będzie więcej, za dziesięć lat jeszcze więcej. U samej Marty na święta zrobiło się indyjsko, bo pojawili się zabłąkani w Polsce Hindusi.
Przez cały rok Eataway organizuje też kulinarne spotkania w domu dziecka. Kucharze gotują wtedy i jedzą z dziećmi, bo – jak mówi Marta – tu nie chodzi o catering, ale podarowanie swojego czasu, danie czegoś od siebie. Sama zaprasza też dzieci do domu na wieś, by pokazać im uprawę warzyw. W tym roku na Dzień Dziecka planuje zorganizować dla dzieciaków ogródek przy ich domu, żeby każdy miał swoją skrzyneczkę, zobaczył, że można hodować własne warzywa. Warto edukować od dziecka, by to weszło w krew. Ta jedzeniowa edukacja najwyraźniej działa, skoro podopieczni domu dziecka zgłosili się do akcji dla dzieci z dworca Brześć. „To niesamowite” – opowiada Marta – „że dzieciaki chciały pomóc biedniejszym dzieciom i zorganizować na ich rzecz kolację u siebie”. Do akcji przyłączyła się masterchef Dominika Wójciak, Smaki Świata ufundowały produkty i razem z kucharzami Eataway wyczarowano w domu dziecka kolację dla pięćdziesięciu osób. Cały dochód przeznaczono dla czeczeńskich dzieci i ich mam koczujących przy granicy na dworcu w Brześciu. „Trudno co chwilę organizować jakąś akcję, ciągle jesteśmy bombardowani strasznymi informacjami, ktoś prosi o pomoc” – mówi Marta – „ale też nie możemy udawać, że nie widzimy, co się dzieje”. A każdy może przecież podzielić się pączkiem, zrobić kolację, ugotować coś, zaprosić sąsiadów, zrobić zrzutkę. Trzeba uwierzyć, że wszyscy jesteśmy tacy sami – nie tylko herosi działają, każdy może coś zrobić.

Potęga zupy

Eataway

Eataway / fot. Michał Lichtański

„Niektórzy przychodzą na Planty tylko spotkać się, bo to jest najważniejsze w naszym działaniu. Zupa jest tylko pretekstem” – mówi Magda. Jak zaczęła się Zupa na Plantach? Od zbiegu kilku zdarzeń i inspiracji: „Z jednej strony w Krakowie zaczęła działać Wspólnota św. Idziego, Sant’Edigio, która pracuje z osobami bezdomnymi. Z drugiej Piotrek Żyłka i Błażej Strzelczyk, jedni z inicjatorów Zupy, przeprowadzili wywiad z s. Małgorzatą Chmielewską i zachwycili się jej działalnością dla ubogich” – opowiada Magda. Z trzeciej strony były działania ŻyWej Pracowni – współtworzonej przez nią samą pracowni artystycznej – i zaangażowanie w projekty reintegracji zawodowej osób bezdomnych. Punktem zapalnym zaś stało się spotkanie Adama, męża Magdy, z bezdomnym, który poprosił o pomoc: „chyba śpiwór, namiot…”. Daliśmy, co mogliśmy. Piotrek napisał też o tym na Fb i ludzie przynieśli tyle rzeczy, że nie było wyjścia – trzeba było z tym iść na ulice”. A że na Planty? Tam skierowali ich sami bezdomni, wskazali miejsce, gdzie można ich spotkać. ŻyWa Pracownia zaczęła się wtedy stawać szczególną kuchnią. Najpierw na gotowanie zupy, robienie kanapek i herbaty zebrali się tu bliscy i przyjaciele, po miesiącu było kilkadziesiąt osób, teraz jest kilkaset. O różnym światopoglądzie, w różnym wieku: młodzi, dorośli, rodziny z dziećmi, także starsi, którzy dzięki tym spotkaniom przeżywają drugą młodość. Niektórzy działali już w jakichś przedsięwzięciach, stąd wymiana doświadczeń; inni debiutują. Zupa powstaje od półtora roku co niedzielę. Zaczyna się o piętnastej – jest gotowanie, szykowanie kanapek, o 18.30 idą na Planty, wieczorem wracają, sprzątają, rozmawiają o tym, co się działo.
Co Zupa zgotowała w życiu gotujących? „Na pewno życie wszystkich, zarówno osób „domnych” – jak nazywamy zaangażowanych w pomoc – jak i bezdomnych, stanęło na głowie. Czasem to totalna rewolka, czasem mała iskra, która idzie dalej i prowadzi do czegoś więcej. „Na pewno w życiu każdego coś się wydarzyło” – stwierdza Magda. I wydarza się dalej: w ŻyWej Pracowni oprócz kuchni powstały biblioteka mobilna (zbiór książek dla bezdomnych) i magazyn ciepła (punkt zbiórki odzieży), ze zrzutki buduje się mobilna kuchnia. Zupa i pracownia stały się też łącznikiem świata ludzi „domnych” ze światem bezdomnych: „Dużo łatwiej dotrzeć do nas niż do schroniska czy noclegowni. Wiadomo już, że jesteśmy tymi wariatami od bezdomnych” – uśmiecha się Magda – „i jeśli ktoś ma im coś do przekazania, my to przekażemy”.
Zupa rozlała się już na inne miasta – gotuje się we Wrocławiu, w Katowicach, Rzeszowie, Sopocie, Warszawie, zaczyna się w Lublinie. Jest w ludziach ogromna potrzeba spotkania z drugim człowiekiem, a podanie drugiej osobie kanapki czy pomarańczy to pretekst, żeby podejść. Kiedy ma się taki pretekst, nawet jeśli się jest osobą nieśmiałą, łatwiej nawiązać kontakt. A gdy się nawiąże kontakt, można obalić mury.

Monika Ślizowska

Zaglądaj:
– do Jadłodzielni, by nie marnować 
– na kolację Eataway na cel 
– na Targ Pietruszkowy i do Bistro GotuJEMY po ekologiczne jedzenie od rolnika
– do ŻyWej Pracowni i Zupy na Plantach, by pomóc potrzebującym

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach