Home / Ludzie  / Eliza Rycembel: Miejski kameleon

Eliza Rycembel: Miejski kameleon

Eliza Rycembel celebrytką być nie zamierza

Boże Ciało

"Boże Ciało" / fot. kadr z filmu, reż. J. Komasa

Dzięki roli w „Bożym ciele” kroczyła po czerwonym dywanie na festiwalu w Wenecji. Dostała również nagrodę za drugoplanową rolę kobiecą w Gdyni. Często słyszy, że ma miejską i współczesną urodę, a sama mówi o sobie, że jest kameleonem, więc trudno ją rozpoznać. I dobrze, bo Eliza Rycembel celebrytką być nie zamierza

 

 

W „Bożym Ciele” grasz Martę, swego rodzaju przewodniczkę głównego bohatera – chłopaka, który udaje księdza i pełni posługę kapłańską na prowincji – po tej małej społeczności. Co pomyślałaś sobie o swojej postaci, gdy pierwszy raz się z nią zetknęłaś? Co cię do niej przekonało?

Najbardziej pociągający był dla mnie sam scenariusz, historia i jej społeczne tło. Dopiero później zaciekawiła mnie postać Marty, która jest jednocześnie doskonałą reprezentantką swojego małomiasteczkowego środowiska oraz elementem zupełnie niepasującym do tego otoczenia.

 

Co masz na myśli?

Czujemy, że ona tu przynależy, ale też, że bardzo chce się stąd wyrwać. Jest częścią atmosfery tego miasteczka, zna jego tajemnice, chciałaby je jakoś rozwikłać, położyć kres konfliktowi, który toczy tę małą społeczność. Nagle pojawia się Daniel, fałszywy ksiądz, i on staje się dla niej takim punktem wyjścia, nadzieją na przełom.

 

Wnosi emocje, których do tej pory bohaterom brakowało.

W tym mieście ludzie udają, że wszystko jest w porządku, że mają dobre relacje, ale szybko wychodzi na jaw, że to nieprawda. Nie ma tu zbyt wielu pozytywnych uczuć ani miłości bliźniego. To Daniel jest miłością, ciepłem, domem. Wnosi element zmiany, ale jest w nim również coś stabilnego albo stabilizującego.

 

Na tym polega paradoks „Bożego Ciała”. Przecież Daniel uciekł z poprawczaka, to oszust.

A nagle się okazuje, że przyszedł, jeśli nie z misją, to na pewno z dobrą energią. Przemienił ludzi. Jak gogolowski rewizor.

 

Boże Ciało

„Boże Ciało” / fot. kadr z filmu, reż. J. Komasa

 

Ciekawi mnie, na ile Marta wyczuwała jego oszustwo i świadomie weszła w grę z Danielem.

Myślę, że ona ma dobrą intuicję i od początku wyczuwa fałsz, ale jednocześnie patrzy na Daniela jak na człowieka, a nie jak na księdza. On ją pociąga jako zwiastun nadziei, ale też po prostu jako mężczyzna.

 

Można ją nazwać buntowniczką?

Nad tym się zastanawiam. Ona raczej taką buntowniczkę udaje albo przyjmuje na siebie rolę, jaką wyznacza jej społeczność, w której żyje. Wydaje mi się, że ona dopiero w obliczu pojawienia się Daniela odkryła swoją tożsamość, bo wcześniej nie do końca wiedziała, kim jest. Wyczuwam w niej jakiś rodzaj nadziei, ale i sprzeczność, bo wydaje się początkowo dość szorstka, nawet ostra, a ostatecznie okazuje się wrażliwą dziewczyną.

 

Sama pochodzisz z Warszawy. Łatwo było ci wczuć się w świat dziewczyny z dalekiej prowincji? Odnaleźć w sobie ten stan ducha, jaki musi odczuwać osoba ciekawa świata, a jednak z ograniczonymi perspektywami?

Przyszło mi to dość łatwo, bo wszystko znalazłam w scenariuszu, ale rzeczywiście trochę obawiałam się tego aspektu. Zwłaszcza, że na castingach często słyszę od reżyserów obsady, że mam bardzo miejską urodę. Miejską i współczesną, co sprowadza się do tego, że rzadko dostaję role w filmach kostiumowych. Wracając do tematu. Koniec końców okazało się, że Marta wcale nie różni się tak drastycznie od dziewczyn z dużego miasta. Ona nie żyje zresztą poza cywilizacją, tylko w miejscu, gdzie wszyscy się znają i kierują własnymi, raczej sztywnymi, zasadami. Grając ją, bardzo się starałam, żeby nie popaść w stereotyp i nie sportretować jej jako prostej dziewczyny z prowincji. Starałam się być uważna, bo łatwo jest przekroczyć granicę ośmieszania, obrażania.

 

 

Carte Blanche

„Carte Blanche” / fot. kadr z filmu, reż. J. Lusiński

 

 

Polscy reżyserzy często wpadają w tę pułapkę – patrz filmy Smarzowskiego czy „Twarz” Szumowskiej.

Mnie się film Szumowskiej podobał, ale rzeczywiście jej bohaterowie noszą takie gombrowiczowskie gęby. U nas tego nie ma, bo Jankowi [Komasie, reżyserowi filmu – przypis ESz] nie zależało na krytyce prowincjonalnej mentalności.

 

Z ciepłem traktujecie wasze postaci.

Unikamy wywyższania się. Myślę, że to uczciwe, gdy opowiadasz o środowisku, które nie jest twoje, w którym jesteś gościem, przybyszem z zewnątrz.

Eliza Rycembel: Warto pamiętać o szacunku dla odmienności i nawet, gdy kręci się komedię, trzeba uważać, żeby nie była kpiarska, tylko zabawna.

 

Reżyser nawet nie nazywa waszego ekranowego miasteczka.

To tylko tło, ta historia mogłaby wydarzyć się gdzie indziej. Nawet w Skandynawii.

 

Czy zanim wejdziesz na plan zdjęciowy, starasz się bardzo dobrze poznać postać, którą grasz, obudować ją kontekstami, dopisać elementy biografii, które wybiegają poza informacje w scenariuszu?

To jest zawsze ciekawe, a ja lubię być merytorycznie przygotowana. Jeśli gram postać historyczną, dużo o niej czytam; jeśli mam do czynienia z kimś fikcyjnym, staram się znaleźć kogoś, kto mi go przypomina i mógłby posłużyć za rodzaj wzoru, drogowskazu. Pracując nad „Bożym Ciałem”, bardzo szczegółowo omawiałam z Jankiem postać Marty. Interesowały nas wszelkie szczegóły: od tego, kim są jej znajomi, przez muzykę, jakiej słucha, po portfel, który nosi. Janek podsuwał mi książki i reportaże o małych miasteczkach, tragediach, które wstrząsały lokalnymi społecznościami. Nie zawsze to tak wygląda i może nie zawsze jest aż tak potrzebne, ale daje komfort pracy. Fajnie jest jak najwięcej wiedzieć o bohaterze, żeby móc później jak najlepiej bronić go na ekranie. Poza tym okazuje się, że takie wnikliwe rozmowy skutkują konkretnymi pomysłami na granie postaci, drobnymi detalami, które tę postać tworzą, jak gesty czy rekwizyty tak znaczące, że aż symboliczne, a jednocześnie kompatybilne z bohaterem.

 

Czy Marta także ma swój realny pierwowzór?

W pewnym sensie tak. Przed rozpoczęciem zdjęć pojechaliśmy z reżyserem do Jaślisk na Podkarpaciu, gdzie później kręciliśmy film i tam w jednej z okolicznych miejscowości poznałam taką grupę młodziaków. Była wśród nich dziewczyna, która bardzo wcześnie urodziła dziecko, potem drugie, ale mimo to postanowiła zaocznie studiować prawo i teraz marzy, żeby być sędzią w Krośnie. Ta dziewczyna wydawała mi się strasznie silna, była najmocniejszym ogniwem w tej grupie. Kimś w rodzaju lidera, ale nie takiego typowego, ekstrawertycznego, głośnego, od razu zauważalnego, tylko takiego trochę z boku. Spokojna, ze zmysłem obserwacji, dobra słuchaczka. Patrząca z dystansu, ale ingerująca w odpowiednich momentach. Ciekawiła mnie i stała się dla mnie inspiracją, poczułam, że Marta powinna ją przypominać. Nie chciałam grać typowej buntowniczki, szukałam mniej oczywistych rozwiązań.

 

„Boże Ciało” to, nomen omen, film bardzo cielesny. Grasz w nim dość odważną scenę erotyczną.

Dla mnie to wciąż trudny temat. Znam wielu, którzy mówią, że granie scen erotycznych to pestka, ale nie dla mnie. Jestem aktorką, ale poza tym jestem człowiekiem, a nie robotem, więc nie reaguję obojętnością, czasem się najzwyczajniej w świecie czuję nieswojo albo krępuję… Ale że jednocześnie staram się być bardzo zadaniowa, po prostu wchodzę na plan i realizuję swój cel na dany dzień. Poza tym z czasem nauczyłam się, czy raczej moje ciało się nauczyło, pewnej fizycznej znieczulicy, staram się działać czysto technicznie. Nadal jednak sceny erotyczne muszę mieć podprowadzone, muszę wiedzieć, po co się pojawiają, do czego prowadzą i służą. To dla mnie niezbędny element przygotowań. Potrzebuję też pełnego komfortu na planie: ograniczenia ekipy, a przede wszystkim zaufania do partnera.

 

Skąd się ono bierze?

Pewnie są różne szkoły. Ja bazuję na zaufaniu, więc muszę trochę poznać tę drugą osobę. Nie wyobrażam sobie grania sceny seksu z kimś, z kim właśnie po raz pierwszy się przywitałam. Nie byłabym w stanie przewidzieć reakcji tego człowieka, a w takich emocjonalnych, stresowych sytuacjach czasem robisz rzeczy, których się po sobie nie spodziewasz. Dlatego zaufanie jest ważne. Trzeba się czuć swobodnie, wyznaczyć swoje granice, mieć umówione znaki.

 

Taka więź nie przeszkadza? Nie miesza w głowie?

Eliza Rycembel: Absolutnie nie boję się tego, że np. zakocham się w drugim aktorze, patrząc przez pryzmat mojej postaci albo jego bohatera.

Oczywiście aktorstwo jest taką materią, która sprawia, że funkcjonujemy na granicy odgrywanych emocji, więc i sztuczna miłość, którą generujemy, udziela się nam do pewnego stopnia. Kiedy schodzę z planu, przez chwilę patrzę jeszcze na mojego partnera z zachwytem pod wpływem tego nastroju. Bardzo dbam o to jednak, żeby oddzielać życie prywatne od zawodowego. Lubię myśleć o mojej pracy w kategoriach „od ósmej do siedemnastej”, tak korporacyjnie i zdrowo. Nie zawsze mi to wychodzi, bo pewnych rzeczy z głowy nie wyrzucisz, ale wydaje mi się, że jestem już całkiem dobra w oddzielaniu emocji zawodowych od prywatnych. Mam bardzo stabilne życie prywatne, to daje mi taki komfort, że mogę się spokojnie realizować.

 

To klucz do udanego życia artysty?

Myślę, że to niezwykle ważne. W momencie, gdy jesteś pewna, czego chcesz, gdy wiesz, że jesteś w pracy, a nie poszukujesz przygody, masz duży komfort. Składa się na niego także wsparcie najbliższych osób. To wszystko sprawia, że jesteś wolnym człowiekiem i możesz tworzyć, skupić się na działaniu.

Mówiłaś, że często słyszysz o swojej „współczesnej urodzie”. Frustrują cię takie próby zaszufladkowania?

Na pewno, w takim sensie, że czasem nie dostaję możliwości wzięcia udziału w castingu do filmu, który byłby zupełnie inny niż to, co grałam do tej pory. Nie ma nic ciekawszego niż brać jak najwięcej różnorodnych ról, a nie ograniczać się do postaci młodych buntowniczek. Jasne, że na razie nie będę grała dojrzałych kobiet, ale staram się, żeby każdy kolejny projekt był dla mnie wyzwaniem i granicą, którą się przekracza. Mam to szczęście, że chociaż moje role mieszczą się w pewnym kanonie, są cały czas różnorodne, jeszcze mnie tak całkowicie nie zaszufladkowali.

 

Aktorstwo to zawód-paradoks: trzeba być jednocześnie wrażliwym i mieć grubą skórę, bo na każdym kroku jest się poddawanym ocenie. Masz w sobie odporność?

Jakiejś nabrałam, z pewnością. Nadal bywają komentarze – zwłaszcza ludzi, na których opinii mi zależy – które mnie gdzieś tam zabolą. Na ogół staram się jednak nie czytać zbyt wiele na swój temat, a uwagi ludzi z mojego otocznia wysłuchuję i próbuję przefiltrować tak, żeby zostało mi z nich to, czego potrzebuję. Kiedyś bardzo przeżywałam każdy komentarz, ale w końcu złapałam dystans. Nie ma innego wyjścia, jeśli chcesz pracować w tym zawodzie, przecież twoje niewielkie ciało nie pomieści tych wszystkich emocji, chyba by wybuchło (stąd pewnie tylu szaleńców, a nawet samobójców wśród artystów). Trzeba się trochę uzbroić i pamiętać, kim się jest.

 

Rozmawiamy na festiwalu w Wenecji. Przed tobą uroczysta premiera filmu. Lubisz czerwone dywany?

Nauczyłam się na nich odnajdywać. Uwielbiam jeździć na festiwale z filmami, które robię i w które wierzę, i które chcę pokazywać światu.

Eliza Rycembel: Nie interesuje mnie lans na siłę. Nie dla mnie celebryckie wpychanie się drzwiami i oknami, wyskakiwanie z lodówki.

 

Czujesz się gwiazdą? Jesteś rozpoznawana?

Zdarza się, że ludzie mnie rozpoznają, ale absolutnie nie czuję się gwiazdą. Bardzo lubię to, że jestem takim miejskim kameleonem i trudno mnie zobaczyć. Szczerze powiedziawszy, wizja, że mogłabym utracić tę moją prywatność, wydaje mi się przerażająca.

 

To pewnie nie do uniknięcia na dłuższą metę.

Z jednej strony mam świadomość, że praca nad filmami i serialami łączy się z ich późniejszą promocją, ale z drugiej intuicja podpowiada mi, że aby zaistnieć w medialnym świecie, trzeba się trochę porozpychać. Jeśli tego nie potrzebujesz, nikt na siłę cię w ten wir nie wciągnie. Mam nadzieję, że jak najdłużej będę się wydawała ludziom ciekawa zawodowo i nieciekawa prywatnie.

 

 

 

Ewa Szponar

Oceń artykuł
2 komentarze
  • Avatar
    mapquest driving directions Grudzień 5, 2019

    It’s great to be here with everyone, I have a lot of knowledge from what you share, to say thanks, the information and knowledge here helps me a lot.

  • Avatar
    Krystyna Hycka Grudzień 8, 2019

    Mam zamiar wybrać się na to do kina i oczywiście wybiorę jakieś kino studyjne (nieporównywalny klimacik).

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach