Monday, May 18, 2026
Home / Ludzie  / Prawdziwe historie  / „Dlaczego nic nie mówiłaś?” Przez 7 lat myślałam, że zasługuję na to, co mi robi

„Dlaczego nic nie mówiłaś?” Przez 7 lat myślałam, że zasługuję na to, co mi robi

Kiedy zaczął mnie zdradzać poczułam ogromną ulgę

kobieta odwrócona tyłem

Jak rozpoznać przemoc? Fot. „Dlaczego nic nie mówiłaś?” Fot. Paweł Kacperek / Adobe Stock

Renata o najgorszych siedmiu latach swojego życia opowiada dziś bez emocji. Jest urzędniczką, samodzielną mamą. Jest bardzo wyczulona na sygnały, że u jakiejś kobiety źle się dzieje. Zadaje wtedy to samo pytanie, które ona usłyszała wiele lat temu od pewnej lekarki, i patrzy na reakcję. Udziela się w grupach dla kobiet, które doświadczają przemocy.

Dlaczego nic nie mówiłaś?

– Mimo edukacji ludzie ciągle nie rozumieją mechanizmów przemocy, a to niezrozumienie przybiera formę pytania: „ale dlaczego nic nie mówiłaś?”. Odpowiedź, dlaczego kobieta nie mówi, gdy doświadcza przemocy, jest naprawdę bardzo prosta. Wiem, bo ja też nie mówiłam 

– zaczyna Renata swoją opowieść.

 

Zobacz koniecznie:
Gonił za nią z siekierą. Mówił, że szatan mu kazał

„Bo nie wiedziałam, że to nie jest normalne”

– Na początku nikomu nie mówiłam, bo nie wiedziałam, że z moim związkiem jest coś nie tak. Skąd miałam wiedzieć? Wydawało mi się, że jest odwrotnie. Antywzorem mężczyzny był dla mnie mój tata, którego się bałam, gdy był pijany, czyli bałam się ciągle. Marek nigdy się nie upijał.

Dopiero potem okazało się, że nie potrzebował alkoholu, by wybuchnąć. Zapalnikiem mógł być ser położony w lodówce nie na tej półce co trzeba albo powrót Renaty z pracy pół godziny później, niż wyliczył, że powinna wrócić.

– Obwiniał mnie o wszystkie swoje niepowodzenia, nawet o to, że zaspał do pracy. Ale to później, bo na początku potrafił być czuły. Całować w policzek rano, przynosić kwiaty. Tyle że ta czułość skończyła się wraz z pierścionkiem zaręczynowym, tak jakbym została już zaklepana i nie musiał się więcej starać.

Renata opowiada, że kiedy wychodzi się z dysfunkcyjnego domu i nie doświadczyło się zdrowej relacji, nie ma się punktu odniesienia, który pomógłby ocenić, co jest normą, a co przemocą.

– Nawet dzisiaj, gdybym miała przeanalizować każdy dzień z tamtego życia, też w wielu sytuacjach miałabym problem z rozpoznaniem, co było jeszcze w normie, a co już ją dawno przekroczyło. Byłam przekonana, że to ja ponoszę winę za jego wybuchy, że go prowokuję, bo sama też nie byłam święta. Przykładowo, na początku często kłóciliśmy się jak włoskie małżeństwo, ale raz dostałam w twarz i przestałam podnosić głos. Niby źle, że uderzył, ale wtedy myślałam, że on ma rację, a ja powinnam popracować nad swoim charakterem. Więc od tamtego czasu bardzo się kontrolowałam i „pracowałam” nad swoją wybuchowością.

 

Polecamy:
Trup w szafie i białe małżeństwo. Sabina przez 30 lat wypierała prawdę

CZYTAJ TAKŻE:  Horoskop październik: Usłysz, co twoje wewnętrzne zwierzę chce ci przekazać

„Bo się wstydziłam, że to moja wina”

– Potem nie mówiłam, bo było mi wstyd. Dość szybko po ślubie zaczęłam słyszeć teksty typu: „Za co oni ci płacą w tej twojej pracy, przecież ty masz umysł jak Kubuś Puchatek, albo jeszcze mniejszy, hehehe” albo „Znowu źle zapakowałaś zmywarkę, co jak co, ale to chyba nie wymaga wiedzy z zakresu studiów wyższych, a te ponoć skończyłaś, hehehehe”… To jego „hehehe” śni mi się do dzisiaj.

W tamtym czasie koleżanki Renaty też pozakładały rodziny, a ona zdążyła im opowiedzieć wcześniej tyle historii o tym, jak wspaniałe jest jej małżeństwo, że głupio było jej się teraz wycofać. Jej strategią przetrwania było kierowaniu uwagi na rzeczy pozytywne. Opowiadała więc koleżankom, że jej mąż pamięta o walentynkach, urodzinach i rocznicy ślubu.

– Nie dodawałam jednak, że z prezentami, najczęściej czekoladkami i bukietem róż, dostawałam życzenia, żebym była „mniej sztywna w łóżku”. Prawdę mówił. Byłam sztywna. Nie od początku, ale potem ciało spinało mi się przy każdym dotyku. A przecież byłam żoną, więc myślałam, że obowiązek małżeński jest naprawdę obowiązkowy.

 

Przeczytaj koniecznie:
Po 20 latach zostałam z niczym. Nie wiedziałam kim jestem

„Bo chciałam stworzyć dziecku szczęśliwy dom”

– Potem nie mówiłam, bo zaszłam w ciążę. Byłam przerażona. Widziałam, że teraz już z tego więzienia się nie wymknę. Więc tym mocniej zaczęłam się w nim urządzać i stwarzać pozory – przed sobą, i przed światem – że nasze małżeństwo jest normalne.

Od czasu do czasu nawet w tę normalność wierzyła. Końcówkę ciąży i pierwsze miesiące po porodzie Renata wspomina dobrze. Mąż był zadowolony z tego, że urodziła syna. „Mój król Maciuś” – mówił o nim.

– Kiedy jednak skończył się zasiłek macierzyński, sytuacja się zmieniła, bo od teraz byłam skazana na jego łaskę. Mąż, który sam mnie wcześniej namawiał, żebym rzuciła tę swoją „durną pracę”, że przecież utrzyma nas oboje, teraz nagle uznał, że dziecko to mój problem, i wdzielał 500 zł tygodniowo na wszystkie wydatki, łącznie z zakupami spożywczymi.

A jednak Renata ciągle nie traciła nadziei. Za wzór miała mamę, która wiernie trwała przy swoim mężu alkoholiku i powtarzała, że każdemu trzeba dawać szansę i kochać za dobre cechy, i tych dobrych cech w ludziach szukać. Więc Renata szukała – z myślą nie tyle o sobie, co o dziecku, bo chciała, żeby syn wychował się w „szczęśliwej rodzinie”, a jeśli „szczęście” to za dużo, to przynajmniej w „normalnej”. Wytresowała się w ogarnianiu domu, schodzeniu z linii ognia, żeby mąż się nie zezłościł, i niereagowaniu łzami na jego „jesteś na moim garnuszku i masz robić, co ci każę”. Odliczała lata do dorosłości syna. Taki przyjęła sobie horyzont czasowy.

– Otrzeźwiło mnie pierwsze lanie, jakie dał synkowi, gdy ten miał trzy lata. To było straszne. Maciuś podrzucał klocki i śmiał się, jak to dziecko, gdy spadały na podłogę. Mąż oglądał mecz w telewizji i nagle bez ostrzeżenia podszedł do niego, szarpnął za rękę, walnął kilka razy w pupę i ryknął: „Przestań się tak drzeć, bachorze, bo nic nie słychać”.

Jeszcze przez kilka lat Renata tłumaczyła Maciusiowi, że tatuś jest wspaniały, że dużo pracuje i łatwo się denerwuje, że trzeba być grzecznym, żeby go nie zezłościć. Ale jednocześnie snuła plan ucieczki.

CZYTAJ TAKŻE:  Kamerzysta ślubny ‒ dlaczego warto skorzystać z jego usług?

 

Polecamy:
Mam ochotę go udusić we śnie, ale kto mi wtedy kupi tampony?

„A jak pani się czuje?”

– Wiedziałam, że najpierw muszę się uniezależnić finansowo, znaleźć przedszkole dla synka i wrócić do pracy. I do tego zaczęłam dążyć. Na rodziców nie mogłam liczyć. Ale najbardziej chyba pomogła mi na tamtym etapie lekarka Maciusia.

Przy okazji zwykłej wizyty związanej ze szczepieniami zapytała: „A jak pani się czuje?”. To było tak zaskakujące, że Renata nie zdążyła założyć swojej zbroi. Rozpłakała się.

– Nie pamiętam, czy ktoś wcześniej kiedykolwiek zapytał o mnie, o moje samopoczucie. Nie mogłam się uspokoić. Nieskładnie skleciłam w kilku zdaniach, że już nie daję rady, a nie mam jak odejść od męża. Podała mi chusteczkę i powiedziała: „Nie jest pani sama. Istnieją ludzie i instytucje, które pani pomogą”. Podała mi telefon do ośrodka interwencji kryzysowej.

Nie od razu, ale w końcu Renata trafiła pod podany adres. Spotkała się z psycholożką, prawniczką, innymi kobietami w podobnej sytuacji. Chodziła na te spotkania jak na tajne komplety, tłumacząc mężowi, że firma, do której w końcu wróciła, wysyła ją na specjalne doszkolenie dla pracowników. Te spotkania nie rozwiązały problemów Renaty, ale uzbroiły ją w odwagę.

– Kiedy znowu podniósł rękę na Maciusia, powiedziałam, że jeśli jeszcze raz spróbuje uderzyć mnie lub syna, zadzwonię na policję i założę mu niebieską kartę. Widział, że coś się we mnie zmienia i że nie jest już taki bezkarny. Nie wiem jednak, ile czekałabym na swoje wyzwolenie i czy sama bym odeszła, ale Marek zaczął mnie zdradzać. Ależ to była ulga! Poczułam się zwolniona z obowiązku bycia z nim.

Rozwód był szybki. Renata zgodziła się na nieorzekanie o winie w zamian za sprawne ustalenie wysokości alimentów.

– Przez długi czas nie mówiłam o tym, co działo się w moim domu. Wolałam być kobietą, która się rozwiodła, bo mąż ją zdradził, niż kobietą, która była tak głupia, żeby dać sobą pomiatać przez siedem lat. To pierwsze wydawało mi się mniej stygmatyzujące. Ale od paru lat aktywnie wspieram kobiety, które są w przemocowych związkach, a moje doświadczenie osobiste bardzo się przydaje.

TAGI

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ