Home / Ludzie  / Kre-aktywne  / Detektywki historii: Czy wiesz, kim jesteś?

Detektywki historii: Czy wiesz, kim jesteś?

Tylko patrząc wstecz, możemy zrozumieć, kim jesteśmy – mówią założycielki firmy Your Roots in Poland i autorki programu „Tropicielki Rodzinnych Historii”

Karolina Szlęzak i Kinga Urbańska

Karolina Szlęzak i Kinga Urbańska – założycielki firmy Your Roots in Poland i autorki programu „Tropicielki Rodzinnych Historii” w Canal+ Discovery / fot. Łukasz Niemiec

Pewna kobieta przez 70 lat szukała grobu ojca. Wiedziała tylko, że zginął na wojnie. W końcu jej zięć poprosił o pomoc specjalistów. Znaleźli go w 15 minut. Kobieta dowiedziała się, jak ojciec zginął i gdzie spoczywa, i w końcu zaznała ukojenia. – To bardzo ważne, by wiedzieć, gdzie są nasze korzenie. Tylko patrząc wstecz, możemy zrozumieć, kim jesteśmy – mówią Karolina Szlęzak i Kinga Urbańska, założycielki firmy Your Roots in Poland i autorki programu „Tropicielki Rodzinnych Historii” w Canal+ Discovery

 

Karolina Dudek: Widziałam was niedawno w telewizji śniadaniowej, na kanapie między wami artystka kabaretowa Katarzyna Pakosińska ogłosiła światu:

O Holender, mam holenderskie korzenie, kto by się spodziewał.

I dodała, że drzewo genealogiczne to najlepszy prezent, jaki mogła sprawić sobie i najbliższym. To ważne wiedzieć, skąd jesteśmy i jakie były losy naszych przodków.
Karolina Szlęzak: Do tej pory w Polsce genealogia nie była traktowana jak osobna nauka. Staramy się to zmieniać. A dzięki nowoczesnym metodom zbierania informacji sprawiamy, że genealogia staje powszechna i potrzebna, bo pomagamy w ten sposób ludziom odpowiedzieć na pytanie, kim są i skąd przychodzą. Stworzyłyście genialny start-up. Jakie są korzenie waszej działalności?

badanie dna

W trakcie badania metryk okazało się, że nagle na ich drzewie genealogicznym pojawia się zgrzyt. Prapradziad miał pięcioro dzieci z gosposią! / fot. Jagoda Lasota

Kinga Urbańska: Jak to wiele razy w historii bywało, okazało się że potrzeba jest matką wynalazku! Gdy studiowałyśmy historię, ludzie często pytali: „A co po tym będziecie robić?”. Historyk może być nauczycielem w szkole, archiwistą, ale także infobrokerem, czyli kimś, kto specjalizuje się w wyszukiwaniu informacji w internecie. Na piątym roku studiów sporo czasu spędziłyśmy w krakowskim archiwum, zbierając materiały do „magisterek”. Zaobserwowałyśmy, że przychodziło tam mnóstwo obcokrajowców, którzy chcieli dowiedzieć się czegoś o swoich przodkach. Wiedzieli tylko, że babcia pochodziła z miasteczka pod Krakowem albo że rodzice przed wojną mieszkali w Polsce, ale nic więcej. Odchodzili z kwitkiem. Bo archiwista, mimo najlepszych chęci, to jednak urzędnik i obowiązują go pewne procedury. Ma też mnóstwo innej pracy, a sam zainteresowany często nie ma pomysłu, o co w ogóle zapytać. Pomyślałyśmy więc, że skoro mamy wiedzę historyczną, obycie z archiwami i zmysł do technologii, możemy to połączyć i zacząć pomagać takim osobom.

I tak zostałyście Tropicielkami.

K.Sz.: No tak – po programie „Tropicielki rodzinnych historii” przykleiło się do nas to określenie. My jednak bardziej niż tropicielkami rodzinnych historii wolimy się nazywać detektywkami historii. Poza telewizją na co dzień to bardzo ciekawa, ale i żmudna praca. Czasem trzeba zrobić dwa kroki w tył, podrążyć dłużej, poszukać bocznej linii rodziny, żeby ruszyć z miejsca. Czasami odpowiedź znajdujemy w kilka chwil, czasem poszukiwania trwają latami. Mamy też sprawy nadal niezamknięte.

Jak daleko przebadałyście swoje drzewa genealogiczne?

K.U.: Obie możemy się pochwalić bardzo ładnymi drzewami genealogicznymi naszych rodzin. Mało tego, ostatnio zrobiłyśmy sobie genetyczne badanie DNA.

I co wam wyszło? Jesteście z Polski?

K.Sz.: Biorąc pod uwagę badania DNA, widać wyraźnie, że nie ma czegoś takiego, jak etniczność polska, nie ma genetycznie stuprocentowego Polaka, Niemca czy Włocha.

Mało tego, Polacy, ze względu na wszystkie migracje, zmiany granic, armie, które przechodziły przez nasze terytorium, są bardzo zróżnicowani etnicznie.

W genetycznym DNA porównujemy swoje podobieństwo do ludzi mieszających na danym terenie. My jesteśmy sklasyfikowani jako etniczność europejska środkowo-wschodnia. I okazało się, że ja jestem nią w 81 proc., a Kindze wyszło to w nieco mniejszym stopniu, ale jej geny sięgają dalej w kierunku azjatyckim. Z drugiej strony obie mamy geny bałtyckie – możemy powiedzieć, że nawet jesteśmy genetycznymi-etnicznymi kuzynkami. Moja babcia była Kaszubką i to rzeczywiście w DNA się pięknie zapisało.

To brzmi jak science fiction.

K.U.: To fakt. Robiąc takie badanie DNA, można się doszukać niesamowitych rzeczy, np. sprawdzić, czy ma się gen neandertalczyka albo geny wspólne ze znanymi bohaterami historycznymi, np.: Napoleonem, Einsteinem czy z mumiami egipskimi, z których udało się to DNA wyselekcjonować. Z drugiej strony takie badania pozwalają odkryć kuzynów w USA. Obie mamy dalekich kuzynów w Stanach Zjednoczonych. Znaczy to, że nasi krewni pod koniec XIX wieku wyemigrowali z Polski – znaleźli się Stanach. I wiemy to dzięki temu, że w USA jest więcej osób, które sobie takie badanie zrobiło.

Każdy może zrobić takie badanie DNA?

Kinga Urbańska

Kinga Urbańska / fot. Łukasz Niemiec

K.U.: Najdokładniejsze badania genealogicznego DNA wykonują firmy amerykańskie. Mam nadzieję, że kiedyś genealogię genetyczną na wysokim poziomie wprowadzimy do Polski. Badania DNA są przyszłością naszej branży.

Tymczasem jednak musicie się kierować dokumentami i wiedzą historyczną. Zdradźcie proszę, jak szuka się korzeni.

K.Sz.: Każda historia jest inna, ale początek zawsze jest podobny. Najpierw gromadzimy wszystkie, nawet najdrobniejsze, z pozoru nieistotne informacje od rodziny.

Może się okazać, że fakt, w jakim języku modliła się babcia będzie dla nas kluczowy – może wskazywać na inne wyznanie niż rzymsko-katolickie.

Dla nas to istotna wskazówka, gdzie szukać. Potem przetrząsamy internet, zbieramy dokumenty, sprawdzamy, gdzie szukać informacji, czy trzeba będzie jechać do archiwum państwowego, czy kościelnego. Następnie robimy plan działania i wyceniamy naszą pracę. Klienta informujemy, że możemy spróbować zbudować drzewo genealogiczne np. do początku XIX wieku, bo wiemy, że akurat do tego okresu zachowały się dokumenty. Nigdy nie możemy na sto procent zapewnić, czy i kiedy uda nam się zakończyć poszukiwania. Historia bywa podstępna. II wojna światowa zerwała kontakty, dużo osób się przemieściło, zmieniło adresy, dokumenty uległy zniszczeniu. Albo ktoś wyjechał i celowo ukrył swoje pochodzenie – zmienił nazwisko, chciał zerwać z przeszłością. Oczywiście takich jest znaleźć najtrudniej.

Czego ludzie szukają w swoich historiach?

K.U.: Zazwyczaj przychodzą osoby, które mają sentymentalną potrzebę poznania swoich przodków. Czasami ktoś chce się rozliczyć z przeszłością, zestryfikować rodzinną legendę, a bywa, że prowadzimy też poszukiwania w sprawach spadkowych. Zdarzają się także osoby adoptowane, pragnące poznać biologicznych rodziców, lub takie, takie które nie znały ojca, a matka nie chce nic powiedzieć na jego temat. Czasem pomagamy, czasem nie jesteśmy w stanie. Często też podpowiadamy, jak samodzielnie poprowadzić takie poszukiwania, wyjaśniamy, że każdy może iść osobiście do archiwum lub do USC i poprosić o wydanie aktu urodzenia. My musiałybyśmy mieć pełnomocnictwo. A osoba, o którą chodzi dostaje takie informacje od ręki.

Wyobrażam sobie, że często ludzie, przychodząc do was już od progu, mówią: „Mam nazwisko zakończone na ‘ski’, prawdopodobnie jestem szlachcicem, proszę mi to potwierdzić”.

K.Sz.: Aaa, to moje ulubione…

I chyba jestem bogaty z domu, bo moja prababka miała taką broszkę, a tam był herb…

K.Sz.: Tak! Albo jest jakiś kielich, albo inna pamiątka rodzinna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, a na niej jest znak herbowy… Warto to sprawdzić. A propos szlacheckich korzeni, to koleżanka Urbańska jest doskonałym przykładem. W jej rodzinie od strony ojca panowało przekonanie, że są rodziną herbową. Będąc na poszukiwaniach w Toruniu, pracując nad zupełnie inną sprawą, przy okazji sprawdziłam archiwa i obaliłam tę teorię. Myślę, że jej tata ma do mnie o to żal.

Karolina Szlęzak

Karolina Szlęzak / fot Łukasz Niemiec

Pozbawiłaś go szlachectwa, w które wierzył.

K.U.: Każdy chciałby mieć szczególną historię rodzinną, lubimy takie rzeczy. W naszej pracy ciągle słyszymy, że czyjś pradziadek ponoć był nieślubnym synem szlachcica. Albo że prababcia pracowała na dworze i miała dziecko, prawdopodobnie z dziedzicem majątku. Zwykle jednak, jeżeli ktoś był nieślubnym synem szlachcica, to on zadbał o to, żeby tego nie zapisać. Bardzo trudno jest w stu procentach to potwierdzić.

Ale czasem się udaje, prawda?

K.Sz.: Opowiem historię pewnej rodziny szlacheckiej. To była drobna szlachta, zubożała. Trzeba wiedzieć, że swego czasu polska szlachta mogła być na tyle biedna, że aby mieć za co żyć, sprzedawała prawa do szlachectwa. Niejeden drobny szlachcic był biedniejszy od bogatego chłopa lub Żyda. Na prośbę naszego klienta badałam genealogię pewnej bardzo ciekawej rodziny. Starszy pan wiedział o swoim szlachectwie i bardzo chciał to potwierdzić, żeby zapisać się do Związku Szlachty Polskiej. Mając szlacheckie korzenie i potwierdzając je, możemy przystąpić do tego szacownego grona. I nie mówię tego z przekąsem – ta organizacja ma bardzo duży wkład w zachowanie naszego polskiego dziedzictwa i zazdrościmy, że nie mamy szlacheckich przodków! Wracając jednak do mojej opowieści…

W trakcie badania metryk okazało się, że choć wszyscy jego przodkowie, prapradziad i dawniejsi, mieli w dokumentach potwierdzone szlachectwo, to nagle na ich drzewie genealogicznym pojawia się zgrzyt.

Prapradziad miał pięcioro dzieci z gosposią! Kiedy odnalazłam akt urodzenia pradziadka, zauważyłam, że został odnotowany pod nazwiskiem panieńskim swojej matki, a nie tym, którym się posługiwał w dorosłym życiu. Okazało się, że rodzice zakochanego w służącej szlachcica zabronili mu tego związku. On jednak spotykał się z nią mimo wszystko, a ona kolejne dzieci rejestrowała pod tym adresem, gdzie był dwór. Dopiero, gdy jego rodzice zmarli, prapradziad i praprababka naszego klienta w dojrzałym już wieku zawarli związek małżeński. Dopiero wtedy szlachcic uznał swoje dzieci i dał im nazwisko.

To piękna historia miłosna.

K.Sz.: Owszem. Oni wbrew wszystkiemu byli ze sobą i mieli aż pięcioro dzieci. Ich losy dużo nam mówią o tym, jak realia życia i różnice społeczne wpływały na losy rodziny. Gdyby nie doszło do tego małżeństwa i nie było tego dopisku na akcie urodzenia pradziadka, to byśmy nie wiedzieli o tym fakcie. Pan, który chciał potwierdzić swoje szlachectwo, tym bardziej się ucieszył, urzekł go charakter i upór prapradziadka.

Zgaduję jednak, że więcej historii jest smutnych.

K.U.: Bardzo dużo jest smutnych i dramatycznych historii. Związane są najczęściej z wojną. Nadal wielu Polaków się szuka. Nadal są osoby zaginione, które nie wiadomo gdzie zginęły. Nie wróciły do domu, nie było żadnych wieści. PCK dalej prowadzi poszukiwania, ludzie piszą z prośbą o informację. Opisywałyśmy u nas na blogu taką historię. Pewna starsza kobieta latami szukała grobu swojego taty. Wiadomo było tylko, że zginął na wojnie, na samym początku, jeszcze w 1939 roku. Córka nigdy nie pogodziła się z jego śmiercią. Chciała móc zapalić mu świeczkę, uczcić jego pamięć nad grobem, zrozumieć, co się wtedy wydarzyło, ale nie miała żadnych danych. Z prośbą o pomoc przyszedł do nas jej zięć. Cmentarz i imienny grób ojca tej pani nasz researcher Przemek znalazł w internecie w 15 minut. Ona szukała go przez 70 lat, chodząc od jednej instytucji do drugiej. Pojechali potem na ten grób całą rodziną i przysłali nam zdjęcie.

Drzewo genealogiczne

Drzewo genealogiczne przygotowane przez rozmówczynie / fot. Krystian Szczęsny

W Polsce mieliśmy bardzo dużą społeczność żydowską. Jak ludzie reagują, dowiadując się, że mają korzenie żydowskie?

K.Sz.: Właśnie niedawno odkrywałyśmy historię pewnego pana z Australii, który po sześćdziesięciu paru latach dowiedział się, że jest z rodziny żydowskiej. Całe życie był wychowywany w bardzo katolickim domu, mocno związanym z Kościołem. Tymczasem przez przypadek, szukając w Polsce aktu urodzenia swojego dziadka, dowiedział się, że nie nie ma go w metrykach katolickich. Pani w urzędzie przyniosła dokumentację żydowską i okazało się, że dziadek był Żydem. Dokumenty, którymi się posługiwał później, zostały stworzone podczas II wojny światowej, aby przeżył. Wszystkie kolejne pokolenia były już rzymsko-katolickie. Nasz klient początkowo nie mógł w to uwierzyć. Później jednak przypomniało mu się, że jego babcia wołała do niego „mój ty synku Dawidowy”, ale nikt nie wspomniał o tym, że byli Żydami. Dopiero teraz to skojarzył.

Babcie są kopalnią wiedzy.

K. U.: Nieocenioną! Zachęcamy ludzi, żeby rozmawiali z seniorami. Prowadzimy też zajęcia na uniwersytecie trzeciego wieku i motywujemy seniorów do tego, żeby spisywali swoje wspomnienia, podpisywali zdjęcia, rozmawiali z wnukami. Wielu klientów przychodzi do nas, ponieważ nie zdążyli zapytać o ich drzewo genealogiczne babci albo dziadka. Albo wtedy, kiedy dziadkowie odeszli, porządkują informacje po nich i nagle znajdują jakieś ciekawe informacje.

Czy zdarza się, że po waszych poszukiwaniach ktoś zmienia swoje życie?

K.U.: Myślę, że sama potrzeba odszukania tych informacji zmienia ludzi. Na pewno takim przełomowym momentem jest odkrycie, że mamy inne niż polskie korzenie. Większość Polaków będzie pewnie miało od 2 do 8 procent genów wspólnych z Żydami europejskimi. Bo oni tu byli długo i nasze DNA się z nimi mieszało.

Detektywi historii przy pracy

Detektywi historii przy pracy / fot. t fot Krystian Szczęsny

K.Sz.: Na pewno każdy, po zrobieniu testów DNA oraz przebadaniu historii rodzinnej, miałby nowe spojrzenie na wszystko. Cofając się wstecz do XIX wieku i wcześniej, zauważymy, że byliśmy krajem wielu narodowości i wielu wyznań. Tutaj mieszkali przecież nie tylko Żydzi, ale też grekokatolicy czy Rusini, którzy zostali po II wojnie wyrzuceni – przeniesieni do ZSRR. Byli też Szkoci, Niemcy, naprawdę mnóstwo rożnych nacji, mnóstwo rożnych wyznań. Bywa, że nie lubimy np. Rosjan, a nie wiemy, że którymś z naszych przodków w prostej linii był Rosjaninem. Krytykujemy czyjegoś dziadka za to, że służył w Wermachcie, a nie rozumiemy, że były czasy, kiedy każdy polski mężczyzna mieszkający w zaborze pruskim, czy później na terenie wcielonym do III Rzeszy Niemieckiej, miał obowiązek służby wojskowej, a dezercja była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Nie rozumiemy historii, a gdybyśmy tylko trochę podrążyli, przekonalibyśmy się, że tak jak dziś, tak i sto lat temu nic nie było wyłącznie czarno-białe.

Karolina Dudek

Miłośniczka słowa pisanego i mówionego, gaduła i tropicielka językowych banałów. Dziennikarka lifestylowa, redaktorka, konferansjerka oraz specjalistka od content marketingu. Z „Miastem Kobiet” związana od początku jego istnienia. Najchętniej pisze o ludziach, seksie i gotowaniu. Prowadzi blog obyczajowo-kulinarny historieslodkoslone.pl. Prywatnie zakochana mama i początkująca ogrodniczka.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Dana Maj 27, 2019

    Sama z chęcią poszukałabym swoich przodków (a mam na to papiery, kończyłam archiwistykę i infobrokerstwo :D). To musi być cudowne, widzieć, skąd jesteśmy (dokąd zmierzamy?). Choćby dla takich historii warto przetrząsnąć archiwalne papiery.

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach