Saturday, April 20, 2024
Home / Styl życia  / Podróże  / Nomada z pustyni i dziewczyna z wielkiego miasta

Nomada z pustyni i dziewczyna z wielkiego miasta

Agata swojego marokańskiego męża poznała na pustyni

Nomada na pustyni pali ognisko

Moha, czyli Mohamed Khidouma / fot. archiwum prywatne

Dziedziniec campu na obrzeżach Sahary otaczają niskie, gliniane chatki, pod które podchodzą wydmy. Domki pojawiały się stopniowo. Osiem lat temu stał tutaj tylko ten najmniejszy, w którym mieszkał Moha, i dwa berberyjskie namioty dla gości. To wtedy Agata trafiła do Mahamid El Ghizlane w Maroku po raz pierwszy.

Głowa rodziny

Moha, czyli Mohamed Khidouma – chłopak z rodziny nomadów – od zawsze wiedział, że będzie pracował w turystyce. Było to pragnienie podparte determinacją i uporem. Kiedy mama wzięła go na rozmowę o przyszłości i powiedziała, że powinien pójść w ślady taty, oświadczył jej z pełną powagą i pewnością, jaką tylko może mieć nastoletni chłopak wychowany przez pustynię, że na pewno tego nie zrobi i że jest to ich pierwsza i ostatnia rozmowa na ten temat.

– Mój tata był wojskowym

– mówi Moha, a Agata Orowiecka-Khidouma, jego żona, objaśnia:

– Tutaj służba w wojsku oznaczała 3 miesiące poza domem, 2 tygodnie z rodziną i znowu 3 miesiące poza domem. Moha wychowywał się więc bez ojca, a że był najstarszym dzieckiem, bardzo szybko, już jako młody chłopak, musiał przejąć obowiązki głowy rodziny.

Moha opowiada, że to on co poniedziałek jeździł na targ robić zakupy; on na osiołku wypuszczał się na pustynię, żeby zebrać drewno na ogień; on, gdy nocą wokół domostwa pojawiały się podejrzane szmery był wysyłany przez babcię, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Zobacz też:
Polka w Afryce. Przejechała Kenię i Tanzanię na rowerze

Urodzony piątego dnia po nowiu księżyca

Na pustyni Moha mieszkał do siódmego roku życia, potem rodzina osiedliła się w Mahamid, a on poszedł do szkoły. Nomadzi znikają z Sahary, nie tylko dlatego, że pragną zapewnić dzieciom edukację. Koczownicze życie jakie prowadzili w ekstremalnych warunkach, stało się jeszcze bardziej wymagające ze względu na zmiany klimatyczne (latem temperatura 50+, zimą spada do 0, utrudniony dostęp do wody, niektóre studnie, do których i tak było daleko, wysychają), ale także politykę, która krzywo patrzy na ludzi wolnych i niezależnych.

Moha o pierwszych latach życia na pustyni opowiada, że pamięta jak ukąsił go skorpion i że latem czasami brakowało wody.

– To bardzo ważny wątek. W Warzazat została wybudowana tama, która odcięła całe południe Maroka od wody. Ludziom została odebrana rzeka Dara. A Moha pamięta jeszcze czasy, kiedy rzeka płynęła i można było uprawiać rośliny

– mówi Agata. 

O tamie El Mansour Eddahbi koło Warzazatu słyszę nie po raz pierwszy, ale dopiero teraz zaczynam rozumieć przygnębiający widok wyschniętych koryt rzek, które mijaliśmy jadąc coraz bardziej na południe kraju, i podsychających palm. Żyzna dolina, ciągnąca się 260 kilometrów od Warzazat aż do Sahary, wzdłuż najdłuższej w Maroku rzeki Dara, odchodzi w przeszłość.  Zapora i zbiornik wody, zbudowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, miał w zamyśle gromadzić wodę do dalszej redystrybucji po oazach. W praktyce nie sprawdził się, pozbawił ludzi wody, przyczynił się do jeszcze większego zubożenia tej części kraju, a także do migracji ludzi.

Kiedy dziwię się, że nie przewidziano skutków takiej inwestycji, Agata odsłania inną perspektywę:

– Myślę, że bardzo dobrze przewidziano skutki. Moja teoria jest taka, że nomadzi nie są zbyt lubiani przez rząd. Są wolni, niezależni. Nie dało się ich kontrolować, ani nawet policzyć, bo nie funkcjonował rejestr narodzin. Teściowa powiedziała mi, że Moha urodził się piątego dnia po nowiu księżyca w gorącym miesiącu. Nie dawało się ich też namierzyć, bo się przemieszczali. Żeby więc ich ujarzmić, odcięto ich od wody i zmuszono, aby osiedli się w jednym miejscu. Część z nich osiadła w Mahamid.

Mohamed Khidouma i Agata Oriwecka-Khidouma na pustyni

Moha Khidouma i Agata Orowiecka-Khidouma na pustyni / fot. arch. prywatne

Tutaj kończy się droga

Mahamid leży na południowo-wschodnim krańcu Maroka, na obrzeżach Sahary. Tutaj kończy się droga. Dalej już tylko pustynia. Desert Stories. Tours & Camp Chraika Agaty i Mohy jest jeszcze dalej. Trzeba przejechać wioskę i dopiero wtedy, na płaskim pustkowiu włączyć nawigację. Inaczej GPS poprowadzi inną drogą („droga” to umowne określenie – jest na pustynnej przestrzenie trochę bardziej rozjeżdżonych szlaków, które można za takową uznać), która grozi utknięciem w piasku. Co nas niemal spotkało. Wycofaliśmy się w ostatniej chwili i krążyliśmy niepewni co dalej, aż nagle z daleka zaczęła się wyłaniać sylwetka, z turbanem na głowie w kolorze nieba. Mężczyzna na motorze zapytał.

– Aneta?  Jedźcie za mną.

To był Mohamed, który już wiedział, że droga zwiodła nas na manowce.

– Moha ma specjalne talenty. Potrafi znaleźć wielbłąda na pustyni, więc nie było dla niego problemem znalezienie was

– śmieje się Agata. Oprowadza nas po campie i opowiada, jak Moha postawił tu pierwszy namiot.

– Ludzie z wioski śmiali się z niego i wytykali go palcami. A on się uparł i codziennie chodził na przystanek, gdzie przyjeżdżał autobus, jeden na dobę, z turystami, którzy chcieli doświadczyć prawdziwej pustyni. Moha wyczekiwał tych, którzy nie mieli żadnej rezerwacji i pytał, czy szukają miejsca na nocleg albo wyprawy na pustynię, bo on chętnie taką dla nich zorganizuje. Tak wyglądał jego dzień. Miał w tym czasie przyjaciół, którzy mocno go wspierali, bo widzieli jak był zdeterminowany.

Po jakimś czasie, obok pierwszego namiotu stanął drugi, a potem domek, łazienka. Moha miał to, czego nie mieli inni – determinację, „miejscówkę” dla outsiderów poszukujących prawdziwego kontaktu z naturą i głęboką miłość do pustyni, którą dzielił się innymi.

Desert Camp Chraika w Maroku na Saharze

Desert Camp Chraika / fot. archiwum prywatne

Osiem lat temu

Agata do Mahamid przyjechała ze znajomym. Pustynia była jednym z punktów na mapie ich podróży po Maroku.
Wysiedli z autobusu bardzo zmarznięci i zmęczeni, więc chcieli na początku tylko odpocząć i wygrzać się na słońcu. Ale źle trafili, bo człowiek, który zaproponował im herbatę u siebie w domu, w pakiecie, zamiast odpoczynku, chciał od razu sprzedać im nocleg i wycieczkę na pustynię.

– Uciekliśmy od niego pod pretekstem wyjścia na spacer i spotkaliśmy współpracownika Mohy. Zagadał nas i powiedział „jak wam się tutaj nie podoba to niedaleko stąd mieszka chłopak, który ma namioty nomadzkie za 5 euro. Tam jest cisza, spokój i słońce, mogę was tam zaprowadzić”. I to miejsce okazało się dla nas idealne. Pojechaliśmy też w głąb pustyni, na Erg Chigagę, Moha był naszym przewodnikiem. A potem wydarzyło się kilka zbiegów okoliczności, które nie pozwoliły nam wyjechać z Mahamid i zostaliśmy tutaj na dłużej. W ten sposób spędziliśmy większą część urlopu na pustyni, chociaż nie taki był plan.

Przeczytaj też:
Etyczne podróżowanie

Nomada and city girl

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej dla Mohy. Agata potrzebowała więcej czasu.

– Przede wszystkim świetnie się bawiliśmy i mnie nic nie zaświtało w głowie do momentu pożegnania, kiedy Moha dał mi na karce swój adres mailowy, pięknie wykaligrafowany, ze szlaczkiem dookoła, i powiedział, że chciałby, żebyśmy pozostali w kontakcie. Poczułam wtedy, że mam do niego w sercu ogromną czułość, taką że chciałabym dla niego wszystkiego, co najlepsze.

Przez kilka miesięcy pozostawali w kontakcie mailowym, a kiedy Agata kolejny raz przyleciała do Maroka, ruszyli razem na pustynię.

– Zobaczyłam tam i pokochałam jego prawdziwą naturę, bo Moha jest człowiekiem pustyni. Patrzyłam jak znajduje odpowiednie miejsce i buduje obozowisko, rozstawiając namioty nomadzkie – jeden na kuchnię, drugi do spania, jak pakuje wielbłądzie saki, aby zwierzę miało idealną równowagę, wyrabia ciasto i wypieka chleb w gorącym piasku, jak gotuje na ogniu, jak zbiera drewno na opał, bo inaczej wieczorem będzie zimno, idzie szukać wielbłąda. To wszystko było oszałamiające.

Ślub wzięli rok później. Eksperymentowali z życiem w Maroku, życiem w Polsce, życiem na odległość. Dziś Agata dzieli czas między dwa kraje. Pół roku, od kwietnia do września spędza w Polsce, w domku nad Bugiem. Na najgorętsze 3 marokańskie miesiące, od czerwca do sierpnia, dołącza do niej Moha. Maroko jest na pracę, Polska jest na regenerację.

– Doświadczyłam dwa razy lata na pustyni, było covid i nie mogłam stąd wyjechać. Ponad 50 stopni w dzień, a w nocy niewiele mniej. Mogłam tylko leżeć, a Moha przynosił mi mokry turban na ochłodę.

– opowiada Agata. Moha z kolei doświadczył zimy w Polsce, w której mieszkali razem przez dwa lata. Woli marokańskie, pustynne upały.

– Ludzie akceptują tutaj warunki życia, wszelakie, czy jest zimno czy gorąco, każde ekstremum są w stanie przyjąć

– mówi Agata. Dwa letnie sezony były dla niej treningiem cierpliwości, wytrwałości i akceptacji rzeczywistości.

– Wychowałam się w Warszawie, więc jestem city girl, a Moha jest nomadą, mamy więc różne zwyczaje. Jak Moha narobi bałaganu albo zapomni, gdzie coś położył, bo przecież ma czas, żeby tego poszukać, mówi „Sorry baby, I’m a nomad”. Ja z kolei, jak mam zachowania typu, o rany, jak gorąco, albo jakieś wielkomiejskie kaprysy, mówię „Sorry, I’m a city girl”. Okazuje się jednak, że da się to pogodzić i stanowimy zgrany team.

Agata i Mohamed na pustyni

Agata i Moha na pustyni / fot. archiwum prywatne

Z dala od wydeptanych ścieżek

U Agaty i Mohy zjawiam się z rodziną poza sezonem, na początku lutego. Oprócz nas jest kobieta z Berlina, która właśnie wyszła przed swoją chatkę i usiadła na małym stołeczku, żeby wygrzać ciało w słońcu.

– Przyjechała na parę miesięcy

– mówi Agata. Z kolei para, którą widzimy przy śniadaniu, trafiła tu z polecenia znajomej.

– Camille rok temu spędziła 10 dni, wędrując z Mohą jako przewodnikiem przez pustynię, bo tak sobie wymyśliła. Coraz więcej osób potrzebuje ciszy i spokoju. Przyjeżdżają do nas, żeby zostawić świat za sobą.

Desert Stories. Tours & Camp Chraika może być miejscem na dłuższy pobyt (jest tu nawet sala warsztatowa z myślą o zajęciach jogi, tańca czy medytacji) lub po prostu bazą wypadową do wycieczek na pustynię, albo samochodem terenowym albo z karawaną, albo według indywidualnego pomysłu.

– Nasi goście to podróżnicy i poszukiwacze miejsc, niezadeptanych przez turystów. Rdzenna kultura nomadzka jest tu bardzo żywa. Jak idziesz z karawaną na pustynię, to nasi przewodnicy nie odgrywają turystycznego show, tylko żyją swoim życiem i dzielą się nim. Niewiele jest już takich miejsc na świecie. Przyjeżdżają też do nas poszukiwacze rozwoju duchowego. W tym miejscu nie ma bodźców z zewnątrz, można tu pobyć naprawdę ze sobą.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez DreamTeam Caravan (@dreamteam_caravan)

 

Erg Chigaga

My decydujemy się na dwudniową wycieczkę do Ergu Chigaga. Mamy do przejechania 60 kilometrów, aby dotrzeć do miejsca, skąd rozciąga się czterdziestokilometrowy pas wydm, z których najwyższe mają po 300 metrów. Jedziemy przez pustynię, która zmienia z każdym kilometrem swoje oblicze. Najpierw niewielki wydmy. Widać, jak wszędzie, nawet w piasek, próbuje się wcisnąć życie. Dalej rosną mięsiste sukulenty, podgryzane przez wielbłądy. Wbrew pozorom nie są to dzikie wielbłądy, każdy ma właściciela, ale wypuszczane są na pustynię, żeby się najadły. Sukulenty – dobre dla nich, dla człowieka są toksyczne. Nasz przewodnik, Noureddine ostrzega, że nie można ich dotykać i zbliżać rąk do oczu. Później wjeżdżamy na hamadę, skalisty płaskowyż. Po drodze mijamy oazę i dwie nomadzkie rodziny. U jednej się zatrzymujemy.
To Hera i Ali. Snujemy przypuszczenia, że może pozostali na pustyni, bo nie mają dzieci.

Ich nomadyzm doprawiony jest szczyptą nowoczesności – pod drzewem stoi panel słoneczny. Oprócz maleńkiego namiotu, w którym śpią (miejsca tylko tyle, żeby położyły się dwie osoby blisko siebie), mają większy, pod drzewem, gdzie wspólnie piejemy herbatę, oraz spore gospodarstwo. Kurnik z ponakładanych na siebie gałęzi, zagródka z kozami i owcami. Właśnie urodziły się małe.

Z boku odpoczywa wielbłąd, a kawałek dalej stoi osioł. Jest nawet mini ogródek. Kobieta piecze w popiele chleb – ogromny podpłomyk. Ciasto rozpłaszcza na drewnianej desce, a potem wkłada je do popiołu. Po paru minutach odkopuje je, przewraca na drugą stronę i znowu przysypuje. Kiedy jest gotowy, otrzepuje go dokładnie z popiołu, kroi na kawałki i podaje z oliwą.

Nomadka na Saharze

Nomadka Hera piecze chleb w popiele / fot. A. Pondo

Gospodarstwo nomadzkie na pustyni

Nomadzki „kurnik” / fot. A. Pondo

Do campu pustynnego docieramy na tyle wcześnie, że jest czas na spacer, sunboarding, przejażdżkę na wielbłądach w kierunku najwyższych wydm, aby obejrzeć zachód słońca. Bezkres piasku jest oszałamiający. Oprócz naszej rodziny jest tylko jedna kameralna grupa kobiet, jak się okazuje… z Polski. Wieczorem przy ognisku nasi gospodarze i przewodnicy śpiewają berberyjskie pieśni, a my w zamian dzielimy się z nimi polskimi hitami ogniskowymi. Śpimy w dużych namiotach i pomimo obawy, że będzie zimno (w lutym amplituda temperatur jest na pustyni spora), dzięki kilku grubym kocom jest nam ciepło.

Erg Chigaga, najwyższe wydmy w Maroku

Erg Chigaga, najwyższe wydmy w Maroku / fot. arch. prywatne

Nie mieszczę się w tym gorsecie

Kiedy następnego dnia wracamy do Mahamid dopytuję Agatę o to jak udała jej się asymilacja z rodziną Mohy i lokalną społecznością.

– Rodzice Mohy przyjęli mnie z otwartymi rękami. Na początku jego rodzina często nas odwiedzała, nawet dwa razy w tygodniu i zostawała na cały dzień. To naturalne, że jak rodzina nomadów przychodzi na lunch, zjawia się o 10 rano i wychodzi po zachodzie słońca. Cały dzień gotowaliśmy, jedliśmy, piliśmy herbatkę, odpoczywaliśmy, rozmawialiśmy. Mieliśmy więc dużo fajnego czasu spędzonego razem i bardzo blisko się wtedy z nimi czułam. A potem, gdy firma nam się rozwinęła i zaczęliśmy mieć więcej gości, rodzina przestała chcieć przychodzić do nas, bo czuła się onieśmielona obcymi osobami.

Agacie brakuje tych spotkań, sama jednak nie lubi chodzić do wioski. To mała społeczność i czuje się tam zbyt wyeksponowana. Sprawy nie ułatwia lokalna kultura i wartości.

– Gdybym chciała spędzać czas z tatą, bratem czy wujkiem Mohy, wszyscy czuliby się nieswojo. Za to w towarzystwie kobiet – jego sióstr, cioć, mamy – panuje pełna swoboda. Na samym początku bardzo mi zależało, żeby się zaadoptować, wpasować, żeby być jak tutejsze kobiety. Naprawdę chciałam się nauczyć tego, jak one żyją. Mam ogromny szacunek do tego, jak zachowują spokój umysłu. Zawsze są w dobrych humorach, pełne radości życia. Jak one to robią? Z naszej, europejskiej perspektywy, w muzułmańskich krajach żyją uciemiężone kobiety, a tymczasem ja widzę wolne, radosne istoty. Po kilku latach zdałam sobie sprawę, że aby zbudować prawdziwe, szczere relacje z rodziną, muszę pozostać sobą. Życie w tradycyjnych społecznościach stawia grupę ponad jednostką, a ja jednak zostałam wychowana w duchu wolności i czułam, że nie mieszczę się w tym gorsecie zasad obcego dla mnie społeczeństwa.

Agata opowiada, że wiele razy popełniała faux pas, gdy na ulicy zbyt radośnie reagowała na spotkanie z kimś znajomym.

– Po reakcjach ludzi widziałam, że mówię o trzy tony za głośnio. Kobiety spuszczają tu głowę, wzrok, spontaniczne i hałaśliwe mogą być w domu i między sobą. Ale to samo obowiązuje mężczyzn. To co się tutaj odbywa w miejscach publicznych jest jak teatr. Kiedyś brat Mohy, Mustapha, powiedział, że prawdę o człowieku można znaleźć tylko w jego domu. Być może akceptacja sztywnych zasad życia społecznego wynika z braku wyboru. Kiedy nie ma porównania z innymi sposobami na życie, pojawia się pewność, że świat jest zorganizowany według niepodważalnych reguł. To pewien luksus nie poddawać w wątpliwość mądrości starszych pokoleń, w pełni ufać w zastany porządek świata.

Może Cię zainteresuje:
Cyfrowy nomadyzm – trend, który zmieni świat?

TAGI
top

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ