Monday, August 2, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Cecylia Malik: Do zadań specjalnych

Cecylia Malik: Do zadań specjalnych

Artystka, aktywistka, matka. Sprawdź jaka naprawdę jest Cecylia Malik, naczelna działaczka Krakowa na rzecz ekologii.

cecylia malik, matki polki, matka polka, matki polki na wyrębie, wyrąb

Kraków, okolice M1, akcja Cecylii Malik: "Matka Polka" na wyrębie /fot. Tomasz Wiech

Cecylia Malik – w połowie artystka, w połowie aktywistka. Jak działa, to z rozmachem. Wejdzie na drzewo, zatańczy w modraszkowych skrzydłach na Zakrzówku, przepłynie Wisłę na jesiotrze, nakarmi piersią dziecko na wyrębie. Cokolwiek robi, zmienia to w sztukę. „Kiedy na coś się nie zgadzam, nie mówię „no trudno” albo że się nie da. Jak coś mi się nie podoba, to działam”

cecylia malik, matki polki, matka polka, matki polki na wyrębie, wyrąb

Kraków, okolice M1, akcja Cecylii Malik: „Matka Polka” na wyrębie /fot. Tomasz Wiech

Podwórkowa kreatywność
Cecylia śmieje się, że sprofesjonalizowała to, co robiła jako dziecko. Kiedyś z pięcioma siostrami były mistrzyniami podwórek, teraz robi zabawy na całe miasto: „Ciągle czas wymyślaliśmy coś fajnego. Bawiłam się w czarownicę, a dzieci z podwórka były moimi niewolnikami. Zbieraliśmy trawę nad Rudawą, potem suszyliśmy tę trawę i paliliśmy ogniska. Mieliśmy wielki cmentarz dla zwierząt. Albo nasza kultowa zabawa: podchodziliśmy pod małe czarne drzwiczki na podwórku wyobrażaliśmy sobie, że jest za nimi wieża z upiorami i wampirami, patrzyliśmy przez dziurkę od klucza, co się tam dzieje i pisaliśmy straszne historie, a potem baliśmy się okropnie”.
Kreatywnym zabawom sprzyjały też długie wakacje na wsi, wędrówki po górach (tata Cecylii jest przewodnikiem beskidzkim) i wycieczki po Krakowie: „Jeździliśmy rowerami nad Rudawę, na Zakrzówek, do lasów łęgowych nad Wisłę, we wszystkie miejsca, których potem tak broniłam. To była zabawa non-stop. Moi rodzice są artystami – mama jest rzeźbiarką, tata skrzypkiem – więc w domu rysowaliśmy, malowaliśmy, robiliśmy szopki, graliśmy na instrumentach, tata uczył nas grać, komponować, śpiewać, robiliśmy przedstawienia. Kreatywność wypełniała całe nasze życie. Nie byliśmy bogaci, ale byliśmy artystami, twórcami. Nie mieliśmy telewizora, nie było internetu. Teraz dzieci inaczej się wychowują, chodzą na mnóstwo zajęć pozalekcyjnych, nie ma podwórek, nie ma takiej społeczności wokół domów, gdzie mogłyby się swobodnie bawić i wspólnie wychowywać. Moje dzieciństwo było rzeczywiście wspaniałe”.
Cecylię wychowały też książki i brawurowe wyczyny ich bohaterów: „Mama bardzo dużo nam czytała. Uwielbiałam książki o walecznych, nieustraszonych bohaterach, ich niezwykłych przygodach i heroicznych czynach, podniosłe i romantyczne. Miałam bardzo duży problem z wyborem świętej na bierzmowanie, w końcu sobie znalazłam Joannę d’Arc (śmiech)”.

365 drzew, cecylia malik, matki polki, wyrąb, jesion

Projekt 365 drzew, 2. Drzewo, Jesion, 12.06.2010, Park Decjusza /fot. Cecylia Malik

Skok na drzewo
Do artystycznej duszy dodała artystyczne wykształcenie: szkoła muzyczna, liceum plastyczne („bo nie było matematyki”), Akademia Sztuk Pięknych (kierunek malarstwo, ukończony z wyróżnieniem), podyplomowe studia kuratorskie. Cały czas miała ogromną potrzebę przebywania z ludźmi („Zazdrościłam dziewczynom, które chodziły do pracy, gdzie miały fajne koleżanki i mogły robić coś wspólnego.”), nie chciała tylko siedzieć sama w pracowni i malować, więc szukała zajęć, które pozwolą jej zaspokoić głód towarzystwa. Przez kilka lat prowadziła z Anią Kaszubą-Dębską Cafe Szafe, potem z Anią Bargiel założyła Mały Klub Bunkra Sztuki. Jej pierwszą liczącą się w świecie sztuki wystawą był „Ikonostas Miasto” w 2009 roku. Cecylia utrwaliła na płótnie i wprowadziła do galerii pospolite elementy miejskiej architektury: ogrodzenia, kratki, wyłączniki prądu, okna piwniczne, i nadała im symboliczne znaczenie: „Siedziałam między zaparkowanymi samochodami i malowałam studzienki kanalizacyjne na Kazimierzu albo żółte tablice zaworów gazowych na Salwatorze. Denerwowałam się straszenie i wstydziłam na początku rozkładać z farbami na chodniku. Ludzie mnie zaczepiali, pytali, rozmawiali, komentowali i wtedy bardzo mocno poczułam, jak ważnym elementem tych obrazów jest przygoda i to, że nie powstały w ciszy pracowni, przy kawie i muzyce, tylko jest w nich adrenalina. Konfrontacja z rzeczywistością daje mi kopa, bo z jednej strony się tego boję, a z drugiej dostarcza mi to energii. Z tyłu obrazów zapisywałam numery telefonów i fragmenty rozmów z tymi ludźmi. Spotkały się dwie rzeczywistości – sztuka i miasto prawdziwe”.

Stąd było już niedaleko do projektu „365 drzew”, który przyniósł Cecylii masową rozpoznawalność: „W Małym Klubie Bunkra Sztuki miałam przygotowywać warsztaty o ulubionych bohaterach. Zdecydowałam, że opowiem dzieciom o Baronie Drzewołazie z książki Itala Calvina, moim ukochanym od zawsze bohaterze, który po kłótni z ojcem postanawia wejść na drzewo i już nigdy z niego nie zejść. Nie znalazłam nigdzie ilustracji do tej książki, pomyślałam więc, że sama zrobię zdjęcie. Wtedy weszłam na pierwsze drzewo i tak zaczął się projekt „365 drzew”, a ja z artystki stałam się aktywistką”.
Cecylia przez rok wchodziła na drzewa, codziennie na inne, a zdjęcia wrzucała na facebookowy profil. Starannie dobierała drzewo, pozycję, w jakiej była fotografowana i strój (kolorowe rajstopy były znakiem rozpoznawczym). Na drzewach zbiła ogromny kapitał: odkryła Facebooka, trafiła na okładkę „Wysokich Obcasów”, poznała masę dziennikarzy i weszła do świata aktywistów: „Przez cały rok każdego dnia niezależnie od pogody musiałam znaleźć czas, towarzystwo (fotografa, często to był ośmoletni syn Antek, mąż Piotrek, siostry lub przyjaciele; w projekcie uczestniczyło 50 fotografów) i drzewo, na które wchodziłam. Zdjęcia wrzucałam na Facebooka, a pod nimi toczyły się niesamowite rozmowy. Każdy dzień był przygodą. Fani na Facebooku czekali na kolejne drzewo i jak był wieczór, pisali zniecierpliwieni: „Gdzie jest dzisiejsze drzewo?”. Musiałam dotrzymać słowa. Wielu ludzi zaczęło mnie obserwować na tych drzewach i rozpoznawać w knajpach: „A, to ty chodzisz po tych drzewach”. Pojawiła się spora grupa ekologów i aktywistów krakowskich, których wcześniej nie znałam, takich jak Mariusz Waszkiewicz z Towarzystwa Ochrony Przyrody czy Mikołaj Kornecki, który rozpoznaje każdą ulicę w Krakowie”.
Wkrótce potem Cecylia z siostrą Justyną Koeke zrobiła kolejny projekt, w którym sztuka mieszała się z życiem – „Smoleńsk 22/8”. Bohaterem był rodzinny dom, z którego jej rodzice musieli się wyprowadzić. Projekt był pożegnaniem kamienicy, a zarazem miał zwrócić uwagę na zjawisko gentryfikacji, czyli zmiany charakteru dzielnic miasta, wskutek czego stają się modne, ale jednocześnie przestają być dostępne dla jej dotychczasowych mieszkańców.
Od Cecylii aktywiści mogliby się uczyć. Nie wystarczy protestować, ważne, aby o akcji usłyszał świat. Jeśli o sprawę walczy garstka ekologów, nikt się nią nie zainteresuje, przeciwnie, będzie się utrwalało przekonanie o niskiej skuteczności takiego działania. Aby osiągnąć zamierzony efekt, potrzebny jest rozmach i sztuka, a także wyczucie właściwego momentu.
Kiedy od Mariusza Waszkiewicza dowiedziała się, że na jej ukochanym Zakrzówku ma powstać droga i osiedle, krzyknęła, że to niemożliwe i w jej głowie od razu wyświetlił się obraz motylego happeningu:
„Mariusz powiedział, że jedyne, co może uratować Zakrzówek, to motyle modraszki, bo są na liście europejskich owadów chronionych. Pobiegłam od razu do Marcina Kruszelnickiego ze Stowarzyszenia Zielony Zakrzówek, że trzeba zrobić protest. Wymyśliłyśmy wspólnie z siostrą Justyną Koeke protest błękitnych motyli. Wyobraziłam sobie, że zrobimy filmy, które puścimy w sieć i cała Polska będzie widziała, jaki mamy piękny Zakrzówek i że władze naszego miasta pozwalają na jego zniszczenie. Byłam taka zielona wtedy – artystka w kolorowych rajstopach i srebrnych butach, która zaledwie od roku zna dziennikarzy i Facebooka, i chce ratować świat (śmiech). On mi mówi, że to już sprawa beznadziejna, przesądzona, nie ma szans, a ja do niego: „Ale wyobrażasz sobie!? 500 motyli! To będzie takie piękne, że wszyscy będą o tym wiedzieli”. Ja się bardzo nakręcam i chyba dlatego wychodzi mi to, co sobie wymyślę. Wtedy odezwał się we mnie prawdziwy aktywizm. Chciałam nie tylko poruszyć problem i powiedzieć o nim, ale też zrobić to skutecznie. Zarazem totalnie mnie napędzało marzenie o motylach skaczących po Zakrzówku. Zauważyłam, że jako artystka-aktywistka jestem bardziej skuteczna, bo kiedy jestem tylko aktywistką, gorzej mi to wychodzi”.

Modraszki w obronie Zakrzówka /fot. Bogdan Krużel

Modraszki w obronie Zakrzówka /fot. Bogdan Krużel

cecylia malik, wodna masa, wodna masa krytyczna,

Wodna masa krytyczna /fot. Piotr Dziurdzia

Matka karmi na wyrębie
Po modraszkach, za sprawą ornitologa Kazimierza Walasza, Cecylia zainteresowała się wodą. Przepłynęła wszystkimi sześcioma rzekami w Krakowie (projekt „6 rzek”), plotła warkocze dla Białki, zorganizowała razem z Gochą Nieciecką i Martyną Niedośpiał pierwszą Wodną Masę Krytyczną, czyli coroczny spływ Wisłą pod Wawelem, który jest nie tylko barwnym happeningiem na malowniczych tratwach (w kształcie flamingów, jesiotrów, pływających kanap), ale także protestem przeciwko regulacjom rzek, niszczącym ich naturalne bogactwo przyrodnicze. A potem, po szesnastu latach przerwy urodziła trzecie dziecko, Ignacego, i chciała odpocząć. Tyle że, jak jest jakiś ferment w społeczeństwie, to zawsze ktoś do niej dzwoni i mówi „zróbmy protest”. A jak nie Cecylia go zrobi, to kto? Tak było z „Lex Szyszko”, czyli masową wycinką drzew, do której dopuścił na początku roku minister środowiska. Cecylia najpierw chciała zrobić na prośbę ekologa Mariusza Waszkiewicza figurę Szyszki, która jeździłaby po wyrębach, a zaraz potem koncert na tysiącu pił pod ministerstwem ochrony środowiska („Koncert na 1000 pił to moje wielkie niezrealizowane marzenie”):
„Zaczęłam się w to wkręcać, ale mój przyjaciel artysta Mateusz Okoński sprowadził mnie na ziemię: „Cecylia, przestań, ludzie są zmęczeni protestami, nikt już nie ma siły, nie bądź politykiem, bądź artystką, w tym jesteś najlepsza, wróć na drzewa, ubierz skrzydła, zrób coś poetyckiego” – tak mi nagadał. Nie wiedziałam, co robić, bo z jednej strony półroczne dziecko, a z drugiej nawoływanie: „Cecylia, trzeba zorganizować protest ogólnopolski przeciwko Szyszce”. Czułam się zobligowana, że muszę to zrobić. Po tej rozmowie myśli kołatały mi się w głowie, aż z tego wszystkiego położyłam się spać z Ignacym, a rano się budzę i pytam Piotrka, mojego męża: Gdzie jest jakiś najbliższy duży wyrąb? Jedźmy na wyrąb! Usiadłam na pniu, który jeszcze dzień wcześniej był drzewem, i myślałam o tym, że kiedy przez rok chodziłam po drzewach, byłam młodsza, chudsza, chyba najsilniejsza w moim życiu, wyemancypowana, z całkiem dużymi już dziećmi, nie wymagającymi tak intensywnej opieki. Minęło siedem lat i jestem w zupełnie nowym okresie życia – bardzo dużo się wydarzyło, dojrzałam, nabrałam trochę dystansu, pokory, no i mam malutkiego Ignasia – a w Polsce trwa totalny wyrąb. Poprosiłam Piotrka, żeby mi zrobił zdjęcie, jak karmię Ignacego, siedząc na pniu na wyrębie. I tak powstała pierwsza „Matka Polka na wyrębie”. Wrzuciłam zdjęcie na FB i od razu kilkaset osób je udostępniło. To było to, wyrąb dostał bohatera. Wcześniej wszyscy wrzucali zdjęcia, ale te wyręby były puste, a tu się nagle pojawiła mama z dzidziusiem”.
Projekt „Matka Polka na wyrębie” jest najlepszą ilustracją tego, jak tworzy Cecylia Malik. Jak z życia robi sztukę, jak zwykłym rzeczom nadaje wielowymiarowość: „Robiąc te zdjęcia, grałam wieloma konwencjami. Z jednej strony matka Polka, z drugiej publiczne karmienie, głośne, wkurzające wielu. W historii sztuki karmiąca matka to tylko Matka Boska, a tutaj się pojawia totalnie lewacka akcja ratowania drzew przeciwko Szyszce, używająca dość konserwatywnego obrazu, takiego, którego nie da się zakwestionować. Sztuka od aktywizmu tym się odróżnia, że ma wiele znaczeń. Jest wielowymiarowa, ambiwalentna, pojemna. A aktywizm jest prosty. Podróżowanie z pomnikiem Szyszki byłoby zwykłym aktywizmem, a tak sama stałam się żywym pomnikiem. Codzienne jeżdżenie na wyręby było bardzo trudne i łatwe jednocześnie. Wyjeżdżaliśmy samochodem rano, zatrzymywaliśmy się na pierwszym wyrębie, robiliśmy sesję, Piotrek jechał dalej, do pracy, a ja wracałam do domu z dzieckiem, psem i torbami pełnym zakupów, które robiłam po drodze, żeby ugotować obiad. I byłam totalnie szczęśliwa, bo to był pierwszy projekt w moim życiu, w którym nie miałam w ogóle konfliktu, czy jestem mamą, czy artystką, czy pracuję zawodowo, czy zajmuję się domem. Wykorzystałam swoje bycie matką polką-kurą domową na potrzebę projektu artystycznego”.
W czasie happeningu na rynku w Krakowie pod hasłem „Szyszko oddaj drzewa”, przygotowanego przez Cecylię i kolektyw Niedzielni w kilka dni (bo znowu był telefon, tym razem Kazimierza Walasza: „Cecylia, w każdym mieście są jakieś pikiety przeciwko Szyszce, dlaczego tylko Kraków nic nie zrobił?”, więc jak można było nie zrobić?) podeszły do niej inne koleżanki z dziećmi: Maria Rauch, Agnieszka Miłogrodzka-Czupryńska, Ania Grajewska, i powiedziały, że chcą dołączyć: „Znaleźliśmy wielki wyrąb pod M1. I tak mój indywidualny projekt zmienił się w grupowy perfomance. Przyjechało kilkanaście kobiet, m.in. Daria Gosek i Agata Bargiel z malutkim Kosmą. Dziewczyny przedzierały się z wózkami przez te powalone pnie, gałęzie. To był bardzo mocny moment, kiedy usiadłyśmy razem na tych pniach. Tym razem zdjęcie zrobił nam Tomek Wiech partner Anny Grajewskiej, współorganizatorki już ogólnopolskiej akcji. Żaden mój dotychczasowy projekt, żadne zdjęcie nie miało takiego nagłego, natychmiastowego sukcesu medialnego, jak ta grupowa scena spod M1. To była jakaś eksplozja. Wszyscy je udostępniali, oglądali, pisali o nim.
Kobiety z innych miast skrzykiwały się i karmiły dzieci w miejscach wyrębów. Ani Grajewskiej ciągle było mało, chciała robić protest ogólnopolski w Warszawie, ale nie było na to wystarczającej energii wśród tamtejszych aktywistów. I wtedy, siedząc w kuchni, razem z Anią wymyśliłyśmy, że polecimy do papieża. Dla mnie to był ciąg dalszy działań artystycznych, takie jajo, happening, dla Ani to było logiczne i uzasadnione merytorycznie, bo przecież papież Franciszek napisał bardzo postępową encyklikę Laudato si. W trosce o wspólny dom. Pisał, że dewastowanie środowiska uderza najpierw w biednych ludzi, którzy mają brudne powietrze, nie mogą sobie wyjechać za granicę, nie mają drzew koło domu, po prostu nic nie mają. Pisał o odpowiedzialności za to, by zostawić Ziemię przyszłym pokoleniom w dobrym stanie. W tej encyklice jest też odejście od antropocentryzmu, że nie jesteśmy panami, ale to jest nasz wspólny dom. Bardzo lewicowa i światła jest ta encyklika, napisana przez głowę patriarchalnej i konserwatywnej instytucji, jaką jest Kościół katolicki. Ekolodzy, których znam, mieli łzy w oczach, kiedy ją przeczytali, choć tylko niektórzy są katolikami, inni ateistami lub buddystami. Ale za tę akcję dostało nam się i z prawa, i z lewa, bo „Matki Polki na wyrębie”, ten artystyczny gest, był uniwersalny i zrozumiały dla każdego, natomiast papież wszystkich rozsierdził. Część lewaków się strasznie wkurzyła, że legitymizujemy wtrącanie się Kościoła do państwa jakiegoś papieża, który od wieków promuje patriarchat. A prawica, że idziemy skarżyć na Polskę. A to była naprawdę świetna akcja. Miała wymiar merytoryczny i hipstersko-zaczepny, trochę cygański. My wszystkie, z tymi torbami, pampersami, dziećmi, klamotami, takie baby, no nie [śmiech]. Nie takie działające kobiety się widzi w przestrzeni publicznej. Album, który przygotowałyśmy (ze zdjęciami wycinek, wszystkimi fotografiami „Matek Polek na wyrębie” i raportem polskich organizacji pozarządowych dotyczącym stanu polskiej przyrody) trafił prosto do rąk papieża, bo zatrzymał się przy nas na Placu Świętego Piotra, zapytał, czy to dla niego, i zabrał, co jest wbrew przyjętemu protokołowi, więc miałyśmy ogromne szczęście.

cecylia malik, protest, puszcza białowieska, wyręb

Protest przeciwko wyrębowi Puszczy Białowieskiej /fot. Tomasz Wiech

cecylia malik, protest, puszcza białowieska, wyrąb

Protest przeciwko wyrębowi Puszczy Białowieskiej /fot. Tomasz Gotfryd

cecylia malik, matki polki, rzym, wyrąb, matki polki na wyrębie

Matki Polki na wyrębie w Rzymie /fot. Tomasz Wiech

Sztuka totalna
Na protesty Cecylia chodzi z Ignacym w nosidełku – za kilka lat będzie można się przekonać, czy wyssał aktywizm z mlekiem matki. Kiedy się spotykamy, Cecylia jest zmęczona, w ciągu ostatniego miesiąca była pod sądem, współorganizowała protest w obronie puszczy Białowieskiej, malowała na niego mandale i sklejała dzioby dzięciołów, zaliczyła kolejną Wodną Masę Krytyczną. Ale jej głowa produkuje kolejne obrazy sztuki totalnej. Przekonała się wiele razy, że jak ma mocną wizję, to ona się materializuje:
„Kreatywność, bycie twórczym jest potrzebne każdemu. Mnie daje niesamowite szczęście. I osobom, które zapraszam do naszych akcji też. Przy Wodnej Masie Krytycznej ludzie mogli przyjść do nas i budować sobie tratwy. Przy różnych protestach dostawali farby i malowali własne mandale. To wyzwala w nich dziecięcą radość, prawdziwe szczęście, że robią coś pięknego, i że robią to wspólnie. Kręci mnie, że są działania artystyczne, które zmieniają rzeczywistość. Gdy jestem artystką, staję się skuteczną aktywistką.”

Chciwość – performance w obronie modernistycznego hotelu Cracovia przed wyburzeniem /fot. Stanisław Rozpędzik

Chciwość – performance w obronie modernistycznego hotelu Cracovia przed wyburzeniem /fot. Stanisław Rozpędzik

CECYLIA MALIK BĘDZIE GOŚCIEM SPECJALNYM 17. SPOTKANIA KLUBU MIASTA KOBIET. ZAPRASZAMY 21 WRZEŚNIA DO METAFORMA CAFE!

aneta pondoAneta Pondo

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach