Sunday, January 29, 2023
Home / Ludzie  / Prawdziwe historie  / Był miłością mojego życia. Na studniówkę poszedł z inną

Był miłością mojego życia. Na studniówkę poszedł z inną

Gdy dwie dziewczyny kochają tego samego chłopaka love story zmienia się w dramat

Troje przyjaciół na ławce

Miłosny trójkąt / fot. Adobe Stock

„Gdybyś miała jutro umrzeć, czego byś żałowała?” To pytanie tchnęło w Ewę nowe życie. A kto kogo i na jak długo „zaklepał” przestało mieć znacznie.

Zaklepany podwójnie

Z Izą przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy liceum. Wystarczyło, że spojrzałyśmy na siebie i wiedziałyśmy, w jakim jesteśmy nastroju. Jedna z nas zaczynała coś mówić, a druga kończyła. Iza i Ewa, Ewa i Iza. Na dobre i na złe.

Nawet chłopaków miałyśmy tych samych. Na zmianę. Jak mnie się znudził, Iza go przejmowała, i na odwrót. Pierwszeństwo zależało od pierwszeństwa „zaklepania”.

„Zaklepuję go”, mówiła Iza, gdy widziała fajnego chłopaka w klubie. To oznaczało, że ja z nim nie flirtuję, dopóki ona nie powie, że już mogę. Nudzili nam się na ogół po dwóch, trzech tygodniach. Nie rozumiałyśmy, jak można pokłócić się o chłopaka. Do czasu.

Maciek dołączył do nas na początku klasy maturalnej. Wystarczyło, że stanął w drzwiach i rozejrzał się niepewnie po klasie, przejechał ręką po włosach, żeby odsunąć grzywkę spadającą na czoło, a ja szepnęłam „zaklepuję”. Odruchowo, do siebie, bo Iza z wakacji miała wrócić dopiero tydzień później.
– Hej, przez tydzień możesz siedzieć ze mną, to się oswoisz trochę z nowym miejscem – podeszłam do niego. – Ale potem wraca moja przyjaciółka, więc się przesiądziesz.
Przyjął moją propozycję z ulgą. Po tygodniu wspólnego siedzenia byłam w nim totalnie zabujana, a najbardziej w jego długich dłoniach, które na przerwach szkicowały coś w zeszycie, z którym się nie rozstawał.

Maciek chciał być malarzem, ale pochodził z rodziny lekarzy i wszyscy oczekiwali, że pójdzie na medycynę. Żył w rozdarciu między powinnością wobec rodziców, a powinnością względem siebie. Doskonale go rozumiałam, bo ja w klasie biologiczno-chemicznej też znalazłam się przypadkiem. Po prostu zabrakło dla mnie miejsca w szkole muzycznej.

– Najwyżej zostaniesz chirurgiem plastycznym, na coś przydadzą się twoje ręce. A ja będę ci asystować i śpiewać przy operacjach – pocieszałam go.

Tydzień z Maćkiem minął tak szybko, że zapomniałam o Izie. Przyjaciółka wpadła na mnie w kolejny poniedziałek rano na schodach do szkoły i zawołała histerycznie:
– Zaklepuję, zaklepuję go!
– Kogo? – byłam skołowana, że nawet nie przywitała się po paru tygodniach niewidzenia.
– Tego nowego!
– Nie ma mowy, ja go zaklepałam już tydzień temu!
– Nic z tego, liczy się, która powie pierwsza.
Pokłóciłyśmy się, pierwszy raz w życiu i nasza przyjaźń zawisła na włosku. Rzeczywiście, umowa była taka, że pierwszeństwo ma ta, która pierwsza głośno powie „zaklepuję”. Ale ten przypadek był zupełnie inny. Maciek był inny. To nie był chłopak do zaklepywania. Byłam w nim zakochana. Jednak dla dobra naszej przyjaźnie umówiłyśmy się, że to Maciek wybierze tę, z którą chce być. On był kompletnie nieświadomy naszej rozgrywki, a my robiłyśmy podchody o zawłaszczenie go i jego uwagi.

Na szczęście pierwszy tydzień w jednej ławce z Maćkiem dawał mi dużą przewagę. A zaklepałam go na dobre na górskim weekendowym wypadzie. Pół klasy pojechało, zakładając, że to ostatni taki wyjazd przed maturalną harówą. Iza na szczęście zachorowała. Wieczorami przy ognisku ja grałam na gitarze i śpiewałam, a Maciek malował mój portret. Wróciliśmy z gór jako para.

Widziałam, że Iza jest nieszczęśliwa. „Zaczekam”, powiedziała hardo. I na pozór nic się w naszej przyjaźni nie zmieniło, ale w rzeczywistości był to początek jej upadku.

Zobacz też:
Jak znaleźć osobę do trójkąta?

Na studniówce nadrobimy?

Całą jesień żyłam jak na haju. Im więcej spędzaliśmy czasu razem z Maćkiem, tym mniej go miałam dla Izy, i na naukę też. Nie wiem, o co się pokłóciliśmy. To była jakaś głupota.
– Skoro tak kompletnie tego nie kumasz to może powinniśmy sobie zrobić przerwę – wykrzyczałam.
– Chcesz przerwę, to masz przerwę – wyszedł trzaskając drzwiami.
Byłam wściekła i nieszczęśliwa. Przez tydzień czekałam aż wróci, podejdzie w klasie, zagada. Nie zrobił tego, tylko ponuro wodził za mną wzrokiem. W końcu, po kolejnym tygodniu, ja do niego podeszłam i powiedziałam, że przepraszam, że chyba trochę za bardzo mnie poniosło. Maciek powiedział, że on też przeprasza.

Jednak gdy zapytałam, czy w takim razie między nami jest ok i czy wpadnie do mnie po szkole, powiedział, że tak, że jest ok, tylko że na razie nie ma czasu się spotykać, bo uczy się do matury, bo musi zdać ją na ponad 90 procent, żeby się dostać na medycynę. To nie brzmiało dobrze.

– Dobrze, że przynajmniej na studniówkę pójdziemy razem, to nadrobimy trochę czasu – zaśmiałam się nerwowo.
Spuścił głowę, i zaczerwienił się, a ja kątem oka wyłapałam stojącą na drugim końcu klasy Izę i jej uśmiech, i już wiedziałam, że wcale nie jest ok.
– Maciek, co jest grane? – zapytałam ostro
– Kazałaś mi się wynosić, omijałaś mnie, więc kiedy Iza zapytała wczoraj czy pójdę z nią na studniówkę, zgodziłem się. Głupio wyszło, ale nie mogę się teraz wycofać.
To był koniec przyjaźni i wielkiej miłości.

Studniówka była przeżyciem traumatycznym. Poszłam z przypadkowym kumplem i czułam jak mi serce pęka, gdy patrzyłam na Maćka z Izą. Nie wiem jak zdałam maturę. Tamte kilka miesięcy to czarna dziura, niewiele pamiętam, poza mokrą poduszką.

Zobacz koniecznie:
Poszlam na studniówkę z Łelbekiem. Dobrze że chociaż włosy umył

Gdybyś miała umrzeć, czego byś żałowała?

Maciek skończył medycynę i wyjechał z Izą do Nowego Jorku, ja po studiach wróciłam do liceum, tym razem jako nauczycielka biologii. Mniej więcej do trzydziestego roku życia rozdrapywałam bliznę na sercu i straconą miłość. Przez jedną głupią sprzeczkę. Miłość mojego życia.
„Widocznie nie była prawdziwa, skoro związał się twoją przyjaciółką”, powtarzała mama i postanowiłam jej uwierzyć.

Marka poznałam w szkole, był jedynym nauczycielem mężczyzną. Szybki ślub, urodziłam dziecko i przez następne dziesięć lat wydawało mi się, że byłam szczęśliwa, aż do rozwodu.

Czterdziestka to taki moment, że uświadamiasz sobie, że jak zaraz nie zaczniesz żyć, to za chwilę będzie za późno. I teraz trochę polecę klasyką – najpierw poszłam na jogę, potem na terapię, potem po raz pierwszy wyjechałam na tydzień na warsztaty rozwojowe. Siedziałam w kręgu z innymi kobietami, tak samo rozpaczliwie szukających odpowiedzi, jak odnaleźć sens życia, i usłyszałam pytanie:

„Gdybyś miała jutro umrzeć, czego byś żałowała?”. Pytanie, z serii tych banalnych, dopóki nie znajdzie się w sobie odwagi, żeby szczerze na nie odpowiedzieć.

Żałowałam dwudziestu straconych lat, tych dziesięciu, gdy płakałam po Maćku, i tych kolejnych dziesięciu, gdy leczyłam jego nieobecność Markiem. Dwadzieścia lat, które mogę streścić w kilku zdaniach. Poczułam, że najbardziej jest mi żal siebie samej.
Po powrocie zapisałam się na lekcje śpiewu, chodziłam raz w tygodniu, a po dwóch latach odważyłam się zaśpiewać pierwszy raz przy akompaniamencie pianina w klubie prowadzonym przez znajomego mojej nauczycielki śpiewu. Posyłała tam na trening wszystkich swoich uczniów. Dla mnie była to też szkoła wciskania się w sukienki z cekinami i dużymi dekoltami po kilku godzinach uczenia licealistów rzeczy, które ich nie interesowały. Przeskok, jak od prokariotów do ssaków.

Zobacz koniecznie:
Wyobraź sobie dzień swojego pogrzebu

Anatomia duszy

Tego dnia w klubie był wernisaż obrazów jakiegoś artysty ze Stanów. Miałam zaśpiewać w czasie imprezy kilka piosenek z repertuaru Sade. Kiedy przyszłam, na ścianach wisiały już dość mroczne grafiki – zdekomponowane fragmenty ciała, ręce, nogi, kawałki twarzy, całe sylwetki, a obok dłonie poprzecinane wystającymi żyłami. Towarzystwo krążyło między nimi i stołami z cateringiem. „Anatomia duszy” brzmiał tytuł wystawy.

Kiedy śpiewałam „Love is stronger than pride” nie mogłam się pozbyć uczucia, że parzą mnie plecy od czyjegoś spojrzenia. Odwróciłam się.

Najpierw zobaczyłam dłoń trzymającą kieliszek. Długie piękne palce i delikatny nadgarstek. Dopiero potem twarz.
– Maciek?!
– Ewa?!
Stał w połyskującym garniturze i przyszpilał mnie swoim spojrzeniem. Podeszliśmy do siebie i długo staliśmy bez słów w uścisku.
Był w Polsce od dwóch miesięcy. Zmarł jego tata, mama nie żyła już od paru lat, porządkował sprawy spadkowe. Wystawa była przy okazji. Znudziło mu się liftingowanie twarzy i powiększanie piersi Amerykanek i wrócił kilka lat temu do rysowania i malowania. Klinika chirurgii plastycznej, którą założył, doskonale prosperowała już nawet bez niego. „Chcę się przeprowadzić do Polski”, powiedział.

„Zaczekam”

Po wernisażu poszliśmy do mojego mieszkania. Córka spędzała połowę wakacji ze swoim tatą, więc było wolne.
– Pamiętasz jeszcze, jak się poznaliśmy? – zapytałam.
– Jasne. Najpierw zaciągnęłaś mnie do ławki, a potem w Bieszczadach do swojego śpiwora.
– A ja to pamiętam tak – wyjęłam z szuflady podniszczoną kartkę i pokazałam mu. Był to portret, który narysował tam, w górach.
Zobaczyłam wzruszenie na jego twarzy. Podszedł do mnie, odłożył kartkę na biurko i dotknął dłonią policzka.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział.
Kiedy następnego dnia Maciek obudził się w moim łóżku, i następnego, i tak przez kolejne dwa tygodnie, nie myślałam o Izie, która za oceanem doglądała ich kliniki. Nie zaprzątałam sobie też głowy, czy to co powiedział Maciek, że ich małżeństwo jest od dawna fikcją, tylko nie miał motywacji, by je zakończyć, jest prawdą, czy nie. Byliśmy przez te dwa tygodnie razem, dokładnie tak, jak powinniśmy byli być przez dwadzieścia poprzednich lat.

Kiedy pakował się i zapytał, czy zaczekam aż pozałatwia wszystkie sprawy w Stanach i wróci na stałe do Polski i do mnie, powiedziałam krótko „Zaczekam”.

TAGI

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ