Home / Styl życia  / Podróże  / Bike Jamboree – dookoła świata na dwóch kółkach

Bike Jamboree – dookoła świata na dwóch kółkach

Bike Jamboree to pierwsza w historii rowerowa sztafeta dookoła świata. Przeczytaj relacje dwóch kobiet, które wzięły udział w ekstremalnej wyprawie

Relacja dwóch kobiet, które wzięły udział w największej w historii sztafecie rowerowej dookoła świata

Relacja dwóch kobiet, które wzięły udział w największej w historii sztafecie rowerowej dookoła świata / fot. Adela Uchmańska

Na Bike Jamboree – pierwszą w historii rowerową sztafetę dookoła świata, skrzyknęli się ludzie, którzy na co dzień pracują w biurach, wychowują dzieci, płaczą, cieszą się, szukają samych siebie. Każdy z miesięcznych etapów jest inny – inny kraj, inne warunki pogodowe, inny termin, inna ekipa. Jak różne mogą być wspomnienia z pedałowania w tej sztafecie, pokazują dwie kobiety: kobieta zimowa, czyli Iśka i kobieta letnia – Adela

Bike Jamboree: Sekunda do zamarznięcia

Dziś śniadanie zamarza nam na talerzach dopiero po kilkunastu minutach – to znaczy, że nie jest tak zimno. Nie mniej niż minus 30 stopni

8. etap Bike Jamboree – rowerowej sztafety dookoła świata – z Barnauł (Rosja, 4 grudnia 2017) do Kobdo (Mongolia, 1 stycznia 2018)

Siódma rano. Ciemna, głęboka noc. Usiłuję rozbudzić umysł obliczeniami, ile dziś spaliśmy. Wczoraj patrzyłam na zegarek o 18:50. Pamiętam, bo musiałam pilnować czasu moczenia liofilizowanego makaronu. W lodowatym namiocie dziesięć minut przeciągało się w nieskończoność. W brzuchu burczało, w rękach nie miałam siły po całym dniu jazdy na rowerze, a jeszcze trzeba było rozetrzeć obolałe, zmarznięte stopy. Na maść rozgrzewającą nie miałam co liczyć – zamarzła. Po kilku minutach bezsensownej walki zrezygnowałam – położyłam gorące opakowanie z pęczniejącym makaronem przy stopach i czekałam, aż temperatura zrobi swoje. Zamknęłam się w śpiworze i zapadłam w letarg, ale po dwóch minutach musiałam się znowu ruszyć. A więc posiłek zjedliśmy po godzinie 19. Potem jeszcze przestawiałam sakwy, żeby wszystkie zmieściły się w przedsionku namiotu… To zajęło pewnie z pół godziny. Intensywne przypominanie sobie poprzedniego wieczoru zajmuje głowę na tyle, że nie myślę o tym, jak bardzo nie mam sił rozgrzewać zmarzniętych przez noc stóp. Wróciłam do namiotu, zdecydowałam się na przebranie bielizny…. To mogło zająć kolejne pół godziny. Potem długo szukałam rękawiczek, które gdzieś się zapodziały pośród ubrań, czapek, jedzenia, baterii, latarek wrzuconych na szybko do śpiwora. Kolejne pół godziny. A więc światło w namiocie zgasiłam około godziny 21. Czyli spaliśmy… 10 godzin.

 

Zmęczone porannym rozgrzewaniem stóp ręce zatrzymują się w pół ruchu. Dziesięć godzin snu. A jakbym nie spała w ogóle. Po raz kolejny nawołuję moich towarzyszy do pobudki. Oni też nie mają ochoty wstawać, bo w śpiworze, wypełnionym najlepszym gęsim puchem, jest przyjemnie. Ten śpiwór tworzy wokół ciała ciepłą barierę ochronną, ale sypiący się na twarz szron, który osiadł na suficie namiotu, w końcu zmusi każdego do ruszenia się. Podłoże też jest twarde i zimne, czuję to doskonale, wiercąc się podczas prób ubrania się wewnątrz ciepłego kokonu. Co jakiś czas zsuwam się z karimaty i materaca, wtedy doskonale czuję, jak lodowata jest ziemia pode mną. Zsuwam się, bo obok mnie podobne kokoniaste ruchy wykonuje Megi – czarna ogromna dżdżownica, z której otworu gębowego co jakiś czas wystaje a to nos, a to ręka mojej przyjaciółki.

Zdjęcia z wyprawy bike jamboree

Dziewczynka w Mongolii / fot. Ula Ziober

7:40. Wstępnie ubrana, wykonuję odważny ruch i rozpinam do końca śpiwór, ostatecznie wypuszczając w eter zgromadzone ciepło. Zaczynam codzienną walkę z czasem. Póki jeszcze moje stopy są ciepłe, a dłonie w miarę sprawne po nocnym wygrzewaniu. Zaspana, z opuchniętymi powiekami, z trudem rozpoznaję elementy naszego ekwipunku, który mozolnie grupuję. Talerz, łyżka, termos – wyrzucam je na zewnątrz, żeby Rafał z Matim, którzy już od jakiegoś czasu gotują wodę na herbatę i poranną budyniopapkowsiankę, mogli je w odpowiednim momencie zabrać i napełnić. Sprzęty elektroniczne – do worka. Rękawiczki – jedne na siebie, drugie do kieszeni. Skarpety i botki puchowe – do pokrowca. Bluza? Ech…. Niepotrzebnie ją wyciągałam, trzeba będzie wcisnąć do sakwy. To kolejne minuty w plecy. Staram się podejmować szybkie decyzje i wykonywać tylko niezbędne ruchy, ale i tak niemiłosiernie się guzdrzę. Batoniki, cukierki – do wewnętrznej kieszeni kurtki, żeby nie zamieniły się w bryłki lodu. Krem – jeszcze nie zamarzł, szybko nakładam grubą warstwę na twarz.

 

7:55. Siku. Jeśli wyjdę teraz, całe zmagazynowane przez noc ciepło ucieknie bezpowrotnie, a przede mną jeszcze śniadanie i zbieranie namiotu. Jakaś godzina do wyjazdu i do możliwości rozgrzania się na rowerze. Trudno. Wytrzymam. Spinam mięśnie i biorę się za składanie śpiwora. Ogromny kokon z mozołem wciskam do małego worka. Ruchy ogranicza pięć warstw ubrań. Cholera! Zablokował się pasek ściągający pakunek – muszę zdjąć rękawiczkę, żeby go naciągnąć. W tej chaotycznej szamotaninie ja i Megi obijamy się o siebie. Guzdrzemy się symultanicznie. Od czasu do czasu staram się poruszać w butach palcami stóp, żeby nie zmarzły, bo już za długo siedzę w jednej pozycji. W małym namiocie równocześnie z Megi klękamy na swoich matach samopompujących, które oczywiście nie chcą się skurczyć. Nasłuchujemy drugiego namiotu, w którym trwa podobna walka z czasem i zimnem. Od ponad godziny tracę ciepło. Zaczynam to czuć w dłoniach.

 

„Kuchnia wydaje!” – rozlega się zawołanie Uli. Patrzymy z Megi po sobie. Która dziś wyjdzie z namiotu po talerz z owsianką? Zanim podejmiemy decyzję, klapa naszego azylu się uchyla i pojawia się w niej dłoń Matiego ze śniadaniem. „Jedzcie, tylko szybko”.

 

Jest 8:30. Jemy w milczeniu, siedząc w namiocie na zwiniętych karimatach. Kolejny dzień to samo – owsiankowa papka o nieokreślonym kolorze i smaku. Doceniamy jednak starania Uli, która robi co może, żeby codziennie zaskoczyć nas jakimś nowym składnikiem. Dziś śniadanie zamarza nam na talerzach dopiero po kilkunastu minutach – to znaczy, że nie jest tak zimno. Nie mniej niż minus 30 stopni.

Ula Ziober i Iśka Marchwica na lodzie podczas Bike Jamboree

Ula i Iśka na lodzie / fot. Megi Sobczak

8:55. Jesteśmy prawie spakowane. Jeszcze zwinąć namiot i możemy ruszać. Wyrzucamy talerze na zewnątrz. Resztki owsianki zamarzną i będzie można schować naczynia do sakw bez mycia. I tak przecież nie ma w czym ich umyć. Biorę głęboki oddech. I wtedy czuję, że mój czas się skończył. Lewa stopa zamarzła. Przenikliwy ból, odrętwienie, bryła lodu w bucie. Kulę się nad zgiętą nogą.

„Jeszcze chwila, Iśce zamarzła noga!” – krzyczy Megi, odpalając ogrzewacz i pomagając mi zdjąć but. „OK! Kładę ci kuchenkę obok sakwy!” – odkrzykuje Rafał. Rozgrzewanie zamarzniętej kończyny to mniej więcej kwadrans. Nerwy to strata energii i czasu. Takich sytuacji w ciągu dnia i tak czeka nas jeszcze kilka. Komuś zamarznie ręka, zdrętwieje stopa, odmrozi się nos. Mróz czai się w zakamarkach naszych ciał i ubrań. Będziemy przegrywać tę walkę codziennie i codziennie podejmować ją od nowa, aż do pierwszego stycznia.

Iśka Marchwica

Przejdź do następnej strony

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach

Home / BIKE JAMBOREE
Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach