Thursday, April 22, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Artysta. Taki dopust boży

Artysta. Taki dopust boży

O tym, czy słucha jego piosenek, o życiu z artystą, o zazdrości i wadach Marka Grechuty opowiada jego żona Danuta

marek grechuta

Danuta i Marek Grechuta - jak dbać o wizerunek męża artysty, fot. Stanisław J. Boczar

Marek Grechuta: artysta, geniusz, kompozytor – jak w przeddzień Grechuta Festival wspomina go żona Danuta

marek grechuta

Danuta i Marek Grechuta - jak dbać o wizerunek męża artysty, fot. Stanisław J. Boczar

 

Miasto Kobiet: Zacznijmy od teraźniejszości. Skąd wziął się pomysł na festiwal?

Danuta Grechuta: Rok po odejściu Marka wróciłam z wakacji i zorientowałam się, że ludzie pamiętają o rocznicy i wielu próbuje coś z tej okazji zorganizować. Obawiałam się, że ten żywioł doprowadzi do czegoś niewłaściwego. Dlatego włączyłam się w przygotowania. Pierwszy koncert, „Korowód dla Marka”, udało mi się zorganizować cztery lata temu z Teatrem Bagatela. Był bardzo udany, wystąpiło wielu wspaniałych artystów. Było też spotkanie na cmentarzu, a po hejnale z wieży mariackiej popłynęło „Ocalić od zapomnienia”. Po tym pierwszym razie przed kolejnymi rocznicami czułam potrzebę takiego „wrośnięcia na stałe”. Efektem stał się corocznie organizowany festiwal pamięci mojego męża. W tym roku w organizacji festiwalu wspiera mnie po raz pierwszy fundacja Bielecki Art.

Miasto Kobiet: W prasie ukazało się swego czasu kilka publikacji mających Pani za złe, że zastrzegła Pani prawnie nazwisko męża.

Danuta Grechuta: Pojawił się problem z rozmaitymi Grechutiadami, festiwalami nazywanymi imieniem Marka. Tworzył się jakiś tandetny kult. Dla przykładu, władze Zamościa, rodzinnego miasta Marka, nawet nie zapytały, co sądzę o ich pomyśle. W obawie o to wszystko ochroniłam Marka jako znak, by ludzie mieli obowiązek pytać o zgodę. Było mi przykro, że pisano o tym negatywnie. Miałam do tego pełne prawo i uzasadnione powody. Dzięki temu nie doszło do wielu kiczowatych wykonań utworów, które ludzie kochają takimi, jakie stworzył je Marek.

Miasto Kobiet: Po śmierci męża nie mogła Pani słuchać jego piosenek.

Danuta Grechuta: To było ponad moją wytrzymałość. Z muzyką jest zwykle tak, że ulubione utwory kojarzą się z czymś – atmosferą, sytuacją. Te wspomnienia przytłaczają, bo coś minęło, już się nie powtórzy. Czas jednak koi ból i dziś znów słucham jego piosenek.

Miasto Kobiet: Powspominajmy trochę. Poznała Pani swojego męża w sylwestra. Jakie było pierwsze wrażenie?

Danuta Grechuta: Niewielkie. Właściwie nie rozmawialiśmy wtedy. On krążył gdzieś po sali, był z inną dziewczyną. Wydawało mi się, że nie wszystko było między nimi w porządku. Wiedziałam, że to Marek Grechuta, bo był już znany, ale nic więcej. Nasze rzeczywiste poznanie nastąpiło chyba wtedy, gdy po raz pierwszy wszedł do akademika i zaczął się prezentować zupełnie prywatnie. Bardzo się starał. Pomyślałam sobie, że „Tango Anava”, w którym czuje się taką zadziorność wobec kobiet, opisuje Marka. Nie myliłam się. Lubił imponować kobietom, błyszczeć dowcipem, adorować, trochę podpuszczać. Był przy tym delikatny, wrażliwy, łatwo dawał się dotknąć słowami, bo miał zwyczaj słuchać bardzo uważnie i analizował wszystko, co zostało powiedziane.

Miasto Kobiet: Czy prawdą jest, że pobraliście się dla większego mieszkania?

Danuta Grechuta: Nie rozmawialiśmy wcześniej o ślubie, ale mieszkaliśmy już razem. Nie mieliśmy czasu na zastanawianie się nad codziennością, bo popularność Marka wybuchła tak intensywnie, że właściwie ciągle był zajęty. Pamiętam, że pokłóciliśmy się o coś, o jakiś drobiazg, jak to bywa między młodymi. Wzięłam klucz i wyszłam, przez co on nie mógł się dostać do mieszkania. Wszystko to działo się w Nowej Hucie, nie mieliśmy samochodu, telefonu, trudniej było się kontaktować. Marek czekał na mnie kilka godzin, nie wiedząc, co się dzieje, a gdy wreszcie się zjawiłam, oświadczył, że musimy szybko przygotować wszystko do ślubu. Tak się to odbyło, choć niewiele w tym romantyzmu.

Miasto Kobiet: Pani mąż powiedział kiedyś: „W młodości jak każdy miałem swój ideał kobiecej urody. Szukając ideału, nie można jednak deprecjonować człowieczeństwa. Prawdziwa miłość pojawia się nie tylko na płaszczyźnie kobieta – mężczyzna, ale też człowiek – człowiek”.

Danuta Grechuta: Zawsze tak uważał. Charakter, usposobienie, codzienne reakcje to w życiu najważniejsze. Marek mógł to docenić, bo zdawał sobie sprawę, że bycie z nim nie było proste. Gdyby nie moja dyplomacja, nie bylibyśmy razem przez tyle lat. Nie chcę przez to powiedzieć, że Marek nie potrafił przepraszać, bo robił to pięknie. Może to jest najbliższe prawdy – mieliśmy dla siebie wiele wyrozumiałości, cierpliwości i dobroci. Wiedzieliśmy, że nawet największa kłótnia nas nie rozdzieli. Najtrudniej było mi chyba nauczyć się, że u Marka tak blisko było od spokoju do reakcji ekstremalnych, że tak łatwo coś się w nim przełączało.

Miasto Kobiet: Czy można okiełznać artystę w domu?

Danuta Grechuta: Tak! W gruncie rzeczy artysta lubi siedzieć pod pantoflem. Ciepło mu, wygodnie, nie musi się przejmować codziennością, tylko myśli o swoich wierszach, ogląda ulubione zawody sportowe.

Miasto Kobiet: Trudno dziś uwierzyć, że przeżyła Pani 36 lat z artystą.

Danuta Grechuta: To takie niemodnie tradycyjne, prawda? A ja byłam szczęśliwa i dlatego nikt nie wmówi mi, że niezobowiązujące życie bez konsekwencji, odpowiedzialności, bez zakotwiczenia to szczęście.

Miasto Kobiet: Jak to było z piosenką o świętej żonie?

Danuta Grechuta: Nie byłam tym zachwycona. To była dla mnie zbyt duża otwartość. Gdybym wiedziała, że chodzi mu po głowie pomysł nagrania takiej piosenki, starałabym się odwieść go od tego. Oczywiście Marek wiedział, że będę oponować, i zrobił to w tajemnicy.

Oceń artykuł

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach