Sunday, December 5, 2021
Home / POLECAMY  / Nienawidzą dzieci, żałują bycia matkami, gardzą ideą rozmnażania. Słyszą, że nie są prawdziwymi kobietami

Nienawidzą dzieci, żałują bycia matkami, gardzą ideą rozmnażania. Słyszą, że nie są prawdziwymi kobietami

Antynatalizm to pogląd, że na świecie jest wystarczająco dużo ludzi, a sam świat jest wystarczająco nieciekawy, by kierować się egoizmem i sprowadzać na niego kolejne istnienia.

płacząca dziewczynka oparta o ciążowy brzuch matki

Ania nie radzi sobie z dzieckiem. Mówi o tym wprost. Nie czuje instynktu macierzyńskiego / fot. Canva

„Nie wyobrażam sobie niańczenia, przewijania. Dzieci mnie brzydzą, to byłby koszmar większy niż więzienie o zaostrzonym rygorze”

Chodzi o cierpienie (przypadek Ewy)

– To nawet nie tak, że ja nienawidzę dzieci, bo takie jakieś obce są mi obojętne. Mogę posiedzieć z bratanicą, chociaż nie przepadam za zabawianiem jej, ale nie mam jakiegoś wstrętu, czy coś. Tu chodzi o samą ideę. Posiadanie dzieci to skrajny egoizm i brak odpowiedzialności.

Ewa otwarcie deklaruje się jako antynatalistka. Zaczepiam ją na Facebooku, gdzie wypowiedziała się na grupie w sposób, który wzniecił powszechny podmuch oburzenia. Opowiada mi, że przywykła do takich reakcji, ale i tak się nie zniechęca. Z dzielenia się swoimi poglądami zrobiła „misję”, a każdy, jak mówi, „nawrócony”, to dla niej mały sukces. O co ten raban?

 

Przeczytaj koniecznie: Żałuję, że zostałam matką

Antynatalizm – co to?

Antynatalizm to jedyne sensowne podejście we współczesnych czasach. Zniszczyliśmy planetę do cna. Nie zostało już prawie nic, co można jeszcze wykarczować, wyciąć, zaśmiecić, przetworzyć. Jest nas tak dużo, tak strasznie ZA dużo, że planeta sama się przed nami broni. Kataklizmy, skutki globalnego ocieplenia, pożary, inne dramaty. Masowa hodowla zwierząt, kolejne tereny przeznaczane pod uprawy. Ludzie konsumują, niszczą, miażdżą, zostawiają zgliszcza. Każdy kawałek świata jest przeludniony. I co robi matka Polka w 2021 roku? A, machnę sobie czwarte dziecko! No kurwa, tak nie można.

Antynatalizm to termin autorstwa filozofa Théophile de Girauda i, mówiąc w dużym skrócie, oznacza pogląd, że na świecie jest wystarczająco dużo ludzi, a sam świat jest wystarczająco nieciekawy, by kierować się egoizmem i sprowadzać na niego kolejne istnienia. Według antynatalistów, ludzkość powinna stopniowo wymierać, a rozmnażanie jest pogłębianiem skali cierpienia na całej planecie.

Rozmnożyć się umie każdy, a nikt nie pomyśli, na jaki świat przychodzą dzieci. Brutalny, zdewastowany, zdeprawowany. Ja wiem, że jest wokół dużo dobrego, ale to nie znaczy, że świat jest przyjaznym miejscem. Konsumpcjonizm, rasizm, wojny, terroryzm, hodowla przemysłowa. Rodzenie dzieci krzywdzi same dzieci i naszą planetę. Nikomu nie wychodzi to na dobre.

Dodaje, że przynajmniej 3/4 jej znajomych chodzi – albo powinno chodzić – na terapię bądź leczy się psychiatrycznie. Ma epizody depresyjne, stany lękowe, różnego rodzaju problemy natury psychicznej, nałogi.

 

Przeczytaj: Depresyjni Milenialsi. Pokolenie słabszych czy bardziej świadomych?

 

– Podziękujcie swoim rodzicom za to, że nie zastanowili się trzy razy, czy podołają w opiece nad wami. Za to, że ulegli presji rodziny, bo dziecko mieć przecież trzeba; że postąpili lekkomyślnie i nie zabezpieczyli się jak trzeba. To, co wszyscy przeżywacie, to pokłosie tego, że matka z ojcem byli egoistami i chcieli mieć dzieciaka. Chcieli – oni. A was nikt nie pytał, wy się po prostu urodziliście i teraz radźcie sobie sami.

Ewa mówi mi, że ma założoną spiralę, a mimo wszystko regularnie robi test ciążowy, by „w razie czego zdążyć to ogarnąć”.

Liczba prób samobójczych wśród nastolatków między latami 2013-2018 wzrosła o 134 proc.

Dlaczego kobiety nie chcą mieć dzieci?

Zapytałam psycholożkę i psychoterapeutkę, Beatę Liwowską, czy antynatalizm może być przykrywką dla innych powodów, dla których kobiety nie chcą mieć dzieci:

– We współczesnym świecie kobiety w wieku 20/30 lat coraz częściej otwarcie mówią o tym, że nie chcą mieć dzieci. Zwyczajnie nie są jeszcze gotowe na macierzyństwo. W pierwszej kolejności chcą doświadczać i czerpać z życia, poukładać swoje sprawy, poznać siebie, przekonać się, czy potrzeba posiadania dziecka jest ich własną potrzebą, czy wdrukowaną przez społeczeństwo. Oczywiście jesteśmy istotami rozumnymi i każdą decyzję potrzebujemy logicznie uzasadnić. Dlatego ideologia antynatalizmu może przyjść z pomocą, zwłaszcza w chwilach nacisku społecznego, przed którym trudno się bronić. Bo co powiedzieć babci, cioci, sąsiadce, kiedy pytają o dziecięce plany? Myślę, że to dobrze, kiedy w łagodnej formie można oprzeć się na jakiś poglądach. Bo przecież to jest część prawdy, że na świecie jest wiele zła, a dziecko którego nie ma, nie będzie musiało się z tym zmierzyć. Ale z upływającym czasem często i poglądy i potrzeby kobiece zmieniają się. Dlatego obserwujemy nowy trend tzw. późnego macierzyństwa. Widok ciężarnej kobiety w wieku 40 lat obecnie nie jest już tak zaskakujący.

Beata Liwowska opowiada, że przyczyn, dla których kobiety rezygnują z macierzyństwa jest bardzo dużo:

– Różne czynniki mają tutaj znaczenie, czasem biologia, hormony, partner. Jedna z moich pacjentek wiele lat była w związku z mężczyzną i oboje byli przekonani, że nie będą mieć dzieci, bo nie czuli takiej potrzeby. Po czym kobieta zakochała się w innym mężczyźnie i totalnie zmieniła nastawienie, w ogóle siebie nie poznawała, ale dopiero przy nim zaczęła marzyć o dzieciach i niedługo potem faktycznie stała się matką. Obudził się w niej instynkt macierzyński. 
Bywa też tak, że z wiekiem zmieniają się wartości, którymi kierują się kobiety i wtedy może pojawiać się potrzeba bycia matką. Często pracuję z kobietami, które mają około 40 lat i odczuwają zagubienie i niepewność, czego chcą, bo nagle to, co było wcześniej oczywistością, przestaje takie być. Poszukiwanie nowej drogi jest kosztowne, towarzyszy temu silny lęk przed zmianą, obawa o przyszłość, o to czy już nie jest za późno.

Oczywiście nie zawsze tak jest, że potrzeba bycia matką uaktywni się. W gabinecie spotykam się z kobietami, które nie chcą być matkami i często badamy, co jest pod spodem. Czasem kryje się tam silny lęk przed przyszłością, odpowiedzialnością, utratą pozycji zawodowej, utratą figury, złość na mężczyzn, lęk przed zależnością, lęk przed ograniczeniami, itp. Warto zbadać skąd taka skrajna postawa na „nie”, bo tylko wtedy można świadomie i dojrzale podjąć decyzję o rezygnacji z macierzyństwa.

Do tej pory nie wiem, dlaczego nie usunęłam ciąży (przypadek Ani)

Ania ma 26 lat, rude włosy i depresję. Ma też dwuletnią córkę, o której mówi, że zniszczyła jej życie.

Urodziłam, bo teściowie siedli mi na głowę. Mąż to tam się jeszcze wahał, bo miał takie podejście jak ja, że może to dziecko kiedyś można by było mieć. Ja po wpadce zmieniłam zdanie na takie, że jednak nie, nie podołam, nie chcę rodzić, nie chcę wychowywać. No i się zaczęło.

Ania podczas ciąży mieszkała z mężem w domu jego rodziców. Ze swoją mamą od wielu lat nie utrzymuje kontaktów, a ojciec nie żyje. Teściowie zawsze byli dla niej dobrzy, chociaż lubili ją kontrolować, czasem teściowa sprawdzała, co Ania przyniosła z zakupów, albo wchodziła do ich części domu bez pytania i przeglądała rzeczy w szafkach. To były, jak mówi Ania, drobiazgi. Jazda to się zaczęła, jak się dowiedzieli o ciąży.

Teściowa od początku naciskała na Anię, żeby ta zdawała jej relację z każdego detalu, z każdej wizyty kontrolnej, żeby opowiadała na bieżąco, jak się czuje. Przychodziła do mnie po pięć razy dziennie pytając, czy mi czegoś nie trzeba. Ja wiem, że miło, ale pod tym kryło się coś innego. Ona mnie po prostu pilnowała.

Ania przebąkiwała mężowi coś o aborcji, teściowa najwyraźniej musiała podsłuchać. Od tamtej pory nie dawała za wygraną, kontrolowała mnie, patrzyła, czy nie wyszłam sama z domu. To był obłęd, siadło mi na psychikę, dałam się stłamsić. Mąż pozostał w tym wszystkim bierny, bo jednak chyba zaakceptował ciążę i fakt, że będzie ojcem. Chyba nawet już chciał mieć to dziecko.

Na porodówkę Anię zawiozła teściowa i to ona rozesłała rodzinie zdjęcia zmaltretowanej synowej z płaczącym bobasem na brzuchu.

O porodzie to ja nawet nie będę opowiadać, serio. Czułam się jak świnia rozpłodowa, którą pocięli żywcem, a później oglądają tłumnie. Teściowa siedziała przy mnie prawie non stop, a ja nawet nie miałam siły poprosić kogoś asertywnie o to, żeby ją ode mnie zabrali. Mąż był na kontrakcie, a ja ledwo wyrabiałam.

Córka urodziła się zdrowa. Ania prosi, żebym nie pisała, jakie konkretnie problemy fizjologiczne zaistniały podczas jej porodu. Mówi, że wystarczająco nasłuchała się, że nie jest prawdziwą kobietą, żeby teraz jeszcze podkładać się w necie. Teściowa dołożyła wszelkich starań, by ją w tym utwierdzić.

 

Zobacz też: 
Tatiana Okupnik złamała tabu. O jakich krępujących problemach odważyła się powiedzieć?

 

Przewijanie, karmienie. Sutki zjedzone do żywego mięsa. Ból, ropa, krew, płacz. Koszmarny poród, trudny połóg. Cierpienie, męczarnia, a za plecami – ciumkająca teściowa z telefonem w ręku. Narobiła mi zdjęć, gdy leżałam roznegliżowana, pokrwawiona, z córką na brzuchu i rozesłała je rodzinie, znajomym, swoim koleżankom z roboty. „Zobaczcie, to moja wnusia!”, durna pizda. Do tej pory jej tego nie wybaczyłam.

Szacuje się, że depresja poporodowa dotyka nawet 20 proc. wszystkich matek.

Ania nie radzi sobie z dzieckiem. Mówi o tym wprost. Nie czuje instynktu macierzyńskiego, mąż jest bierny, zrezygnowany, niezdarnie próbuje, ale raczej się wycofał. Teściowa, jak gorzko żartuje Ania, jest „od PR-u”.
– Pomlaskać, pobuziaczkować, pokazać innym starym babom na fejsie jaką ma śliczną wnusię, to to jest okej. A pomóc? Nigdy w życiu. Mam głęboka depresję, jestem drugi rok na lekach, nie pamiętam już, jak to jest się wyspać. A słyszę tylko, że nie jestem prawdziwą kobietą, bo nie radzę sobie z jednym dzieckiem.

Przez całą rozmowę ani razu nie padło, jak ma na imię jej córka.

Jak wyjść z depresji i pokochać dziecko?

Czy można pomóc kobiecie w takiej sytuacji, jak Ania, która została zmuszona do urodzenia i u której granice są stale przekraczane? Czy ma szansę pokochać swoje dziecko? Psycholożka i psychoterapeutka Beata Liwowska mówi:

– Sytuacja Ani jest bardzo trudna; nie utrzymuje ona kontaktu ze swoją matką, można więc wnioskować, że te relacje były dla niej raniące i że Ania nie ma wzorców, na których mogłaby się oprzeć. Z kolei doświadczenia z teściową, które mogłyby być naprawiające, niestety w tym wypadku raczej pogłębiają krzywdę młodej matki i negatywnie wpływają na relacje Ani z dzieckiem – ze względu na zjawisko przeniesienia uczuć.

Trzeba też pamiętać, że okres po porodzie jest bardzo trudnym czasem dla kobiety. Musi uporać się z wieloma zmianami w jej organizmie, burzą hormonalną, bólem i regresją do etapów dziecięcych, by zrozumieć i nawiązać kontakt z maluchem, który komunikuje się w sposób niewerbalny. Jest to szczególnie trudne dla matek, które urodziły po raz pierwszy, są bardzo wrażliwe i nie mają wsparcia w aktualnej rodzinie, ani w prawidłowych wzorcach relacyjnych wyniesionych z domu.

Oczywiście jest szansa, aby to zmienić. Po pierwsze, poglądy i relacje w sposób naturalny zmieniają się wraz z kolejnymi doświadczeniami i rozwojem, a po drugie spędzając czas i poznając swoje dziecko może je pokochać. Bo miłość nie zawsze zaczyna się od fajerwerków, czasem przychodzi po cichu. Sugerowałabym jednak Ani skorzystanie z psychoterapii, bo praca nad sobą może znacznie przyspieszyć proces wychodzenia z traumy.

Dzieci nienawidzę tak samo, jak można nienawidzić pająków albo zupy grzybowej

– Tylko nie napisz, że jestem „karierowiczką z korpo”, bo zaraz dorobią sobie, że to tak stereotypowo, a wcale nie, ja znam różne dziewczyny, które nienawidzą dzieci. Mniej, lepiej wykształcone, no różne, z różnymi pracami.

Ula ma „nieważne” lat i pracuje w „nieważne”. Trafiła jej się, jak mówi, okazja, by wyrzygać w anonimowej formie, co jej leży. Mówi wprost – nienawidzi dzieci. Wzbudzają w niej agresję, denerwują ją.

– Sam ten odgłos, ten śmiech, wrzask, dostaję świra, jak słyszę plac zabaw pod blokiem. Odkąd pracuję zdalnie, modlę się, żeby padał deszcz i żebym nie musiała słyszeć tych ryków.

Mówi, że nie uważa się za egoistkę „tak ogólnie”, ale w tym jednym aspekcie – jak najbardziej. Dzieci nienawidzi tak samo, jak pająków i grzybowej. Nie dorabia do tego żadnej idei, nie szuka górnolotnych powodów. Dzieci ją brzydzą, drażnią, odrzucają.

Jak mam dotknąć czyjegoś bachora, to mnie aż trzepie. No powaga. Nie wiem, nie mogę, mam dreszcze, jak ten dzieciak jeszcze coś wrzaśnie albo zrobi, to mam naprawdę ochotę go uderzyć. Oczywiście tego nie zrobię, ale mam takie właśnie uczucie. Unikam dzieci jak mogę, jak tylko usłyszę, że jakaś koleżanka się rozmnożyła, to od razu wiem, że będzie koniec znajomości.

Według Uli, nie ma konkretnego powodu takiej reakcji. Niezbyt również chce, żebym takiego się doszukiwała. Mówi, że ma do tego prawo i póki nie robi nic złego, to może sobie nienawidzić kogo tylko chce.
– Bachory są po prostu wstrętne. Nie mam instynktu macierzyńskiego, nie chcę być w ciąży, nie urodziłabym za nic w świecie. Po aborcję pojechałabym choćby do Chin. Nie wyobrażam sobie niańczenia, przewijania. Dzieci mnie brzydzą, to byłby koszmar większy niż więzienie o zaostrzonym rygorze. Drażni mnie to, jak są traktowane społecznie. Święte krowy. Bachor może sikać na środku chodnika, ale jak pies podniesie nogę nie tam gdzie trzeba, to już oburzenie. Bachor najważniejszy, wszyscy mają się zachwycać, ustępować, oddawać wszystko „bo dziecko”.

Słyszę, że nie jestem prawdziwą kobietą, mniej więcej od dziesięciu lat. Czy mnie to obchodzi? Nie. Czy to ja mam dzieci i przewalone do końca życia? Też nie. Wolę być szczęśliwą, niż „pełnoprawną kobietą”.

Ula dodaje, że czasem ukrywa swoją ogromną niechęć do dzieci – dla świętego spokoju. Rodzina, jak mówi, już dawno spisała ją na straty, wszystko dlatego, że w tej kwestii kieruje się egoistycznymi pobudkami. Ale życiowo nie jestem egoistką. Pomagam zwierzętom, jestem dobra wobec ludzi, nie kłamię, żyję wzorowo. Bachory to inna bajka. Nie i koniec, po prostu. Nie mam prawa zwyczajnie ich nie trawić?

W styczniu 2021 roku urodziło się o 18 proc. mniej dzieci, niż w styczniu roku ubiegłego.

Skąd się bierze nienawiść

Co może być przyczyną tak drastycznego podejścia Uli do dzieci? Bo przecież można nie chcieć mieć dzieci, ale nie oznacza to od razu, że się ich nienawidzi. Beata Liwowska komentuje:

– W przypadku Uli tak skrajnie negatywne emocje wobec dzieci powodują, że trudno nie pomyśleć o tym, że mogła doświadczyć jakiegoś rodzaju krzywdy czy zranienia. Przyczyny takiego stanu mogą być różne, możemy na ten temat pofantazjować, ale są to tylko fantazje. W gabinecie z takimi postawami spotkałam się w sytuacjach wynikających z przeszłości, np. braku doświadczenia opieki jako dziecko, zazdrości o rodzeństwo, z przekazem rodzica, że dziecko jest przeszkodą do życia, że jest kosztem, wysiłkiem. Czasem taka postawa wynika z braku oswojenia się z odmiennością i lęku przed nią. W takiej postawie wydaje się, że nie ma możliwości dostrzeżeniu w dziecku człowieka.

Psycholożka nie ma wątpliwości, że:

– Społeczeństwo się zmienia, model rodziny się zmienia, rola kobiety się zmienia w wyniku czego obserwujemy odmienne postawy wobec macierzyństwa i dzieci. Jednak bez względu na poglądy warto zaciekawić się odmiennością, bo ona pozwala stać się bardziej tolerancyjnym i łagodnym wobec siebie i innych. A dojrzewanie to ciągły proces zmian.

 

Może zainteresuje cię też: Mam wybór. Nie mam dzieci

Z wykształcenia dziennikarka, z serduszka – wieszczka. Zajmuje się szeroko pojętą reklamą i copywritingiem. Kocha detal, metafory, ogórki kiszone i podlaskie szeptuchy.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Ja 18 października, 2021

    Historia Ani jest STRASZNA. Aniu jeśli to czytasz to współczuję mocno 🙁

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach