Home / Ludzie  / Anna Sokołowska i Wiesław Komasa: Miłość i sztuka są bezwzględne

Anna Sokołowska i Wiesław Komasa: Miłość i sztuka są bezwzględne

Są ludzie, którzy się całkowicie oddają sztuce. Podobnie jak ci, którzy się bez reszty poświęcają drugiemu człowiekowi.

komasa sokołowska

Anna Sokołowska i Wiesław Komasa swoje spotkanie w Grotesce traktują jako kolejne zawodowe wyzwanie... / fot. Małgorzata Zwolińska

Niespodziewanie ponownie połączył ich Kraków. Mimo upływu czasu i bagażu doświadczeń wciąż posiadają w sobie ogromne pokłady energii, zapału, pasji. Anna Sokołowska i Wiesław Komasa spotkanie w Grotesce traktują jako dar. Możliwość przeżycia wspaniałej przygody oraz kolejne zawodowe wyzwanie…

 

Monika Janusz: Jak to jest zobaczyć się na deskach teatru po tylu latach, ponownie jako mąż i żona?

 

Wiesław Komasa: Dla mnie to ogromne wzruszenie i niespodzianka losu. Kraków jest mi bliski, ponieważ tutaj studiowałem. Nigdy jednak nie miałem przyjemności zagrać w krakowskim teatrze. Prawdę mówiąc, była to luka w moim artystycznym dorobku, z którą się już powoli godziłem. Gdy Ania zadzwoniła i powiedziała, że jest propozycja byśmy wystąpili znowu razem na scenie, bardzo się ucieszyłem. Przeszedł mnie dreszcz, bo wiele lat minęło.

 

Anna Sokołowska: To spotkanie jest dla nas wielką przygodą. Zwłaszcza, że przez te wszystkie lata nie widzieliśmy się. Graliśmy w różnych teatrach, mieszkaliśmy w różnych miastach i po prostu nie mieliśmy tego szczęścia, by się zobaczyć. Myślę, że ten projekt jest szczególnie istotny dla naszego rozwoju artystycznego. Przed laty, gdy graliśmy małżeństwo w radosnym i energetycznym spektaklu „Awantura w Chioggi” byliśmy bardzo młodzi. Teraz posiadamy bagaż doświadczeń osobistych i zawodowych. A spektakl „Kot – otchłanie miłości” opowiada zupełnie inną historię.

 

No właśnie, o czym jest spektakl „Kot – otchłanie miłości”?

 

A.S: Przede wszystkim o miłości i niemożności kochania drugiej osoby dogłębnie. Spektakl mówi także o radzeniu sobie z własną przeszłością i szukaniu akceptacji w dojrzałym wieku. Bo chociaż twierdzi się, że każda miłość jest pierwsza, jednak ta, która przytrafia się ludziom starszym, różni się od tej przeżywanej w młodym wieku. Ludzie dojrzali do miłości bardziej lgną, są na nią bardziej zachłanni.

 

Wiesław Komasa i Anna Sokołowska podczas próby do spektaklu „Kot – otchłanie miłości”. / fot. Małgorzata Zwolińska

Wiesław Komasa i Anna Sokołowska podczas próby do spektaklu „Kot – otchłanie miłości”. / fot. Małgorzata Zwolińska

 

Bohaterowie są ludźmi po przejściach. Czym są dla nich wspomnienia?

 

A.S: W przypadku mojej postaci głównie bólem, który nie pozwala, tak do końca oddać się miłości i poczuć serdeczność drugiego człowieka.

 

W.K: Podobnie jak w życiu, gdy w przeszłości spotyka nas rozczarowanie, trudno jest się otrząsnąć i z podobną energią zrobić pierwszy krok ku nieznajomemu. Dlatego to jest ciekawe, jak ci ludzie radzą sobie ze wspomnieniami i cieniami, które ich osaczają.

 

Miłość, a zwłaszcza namiętność w dojrzałym wieku do niedawna stanowiły temat tabu. Teraz mówimy o nich coraz częściej. Co się zmieniło?

 

A.S: Społeczeństwo się starzeje, dlatego zaczynamy otwierać się na dojrzałych ludzi, dostrzegać ich potrzeby. Oni sami mają coraz większą chęć artykułowania swoich pragnień. To widać zwłaszcza wśród kobiet, dla których dawniej intymność była wstydliwa.

 

W.K: To prawda, ale młode pokolenie uwierzyło także, że warto przypatrywać się ludziom starszym. To generacja, która ma swoje problemy, czasami bardzo zaskakujące. Taka zmiana w społeczeństwie była potrzebna, bo dojrzali ludzie mają dużo do powiedzenia. To trochę tak, jak ze starymi drzewami. Stare drzewa są jednak piękne!

 

O starych drzewach mówi się też, że nie należy ich przesadzać. Ludzie w dojrzałym wieku pragną zmiany czy stabilizacji?

 

A.S: Każdy pragnie jeszcze coś wspaniałego przeżyć, czy to będzie miłość do partnera, wnuków, dzieci, czy sztuki. Najważniejsza jest pasja, która nas pochłania.

 

Miłość do sztuki może być porównywana z miłością do człowieka?

 

W.K: Miłość i sztuka są bezwzględne. Jeśli mają mieć sens, muszą być kwestią absolutu.

 

A.S: Są ludzie, którzy się całkowicie oddają sztuce. Podobnie jak ci, którzy się bez reszty poświęcają drugiemu człowiekowi.

 

 

Wiesław Komasa i Anna Sokołowska – na nowo połączył ich Kraków. / fot. Małgorzata Zwolińska

 

A Państwo, kiedy postanowili, by miłości do aktorstwa się poświęcić i uczynić z niej zawód?

 

A.S: Z występami byłam związana od dziecka. Uczestniczyłam w zajęciach muzycznych, grałam na skrzypcach i chodziłam na balet prowadzony przez profesjonalistów. Scena była dla mnie naturalnym środowiskiem, o aktorstwie marzyłam od małego. Decyzja o kształceniu się w tym kierunku przyszła do mnie jakoś przed maturą, ale myśl o tym była ze mną właściwie od zawsze.

 

W.K: Ja, chęć bycia aktorem długo nosiłem w tajemnicy. Chociaż o tym marzyłem, to trochę się tego pragnienia wstydziłem. Dokładnie pamiętam jednak dzień, w którym postanowiłem, że pójdę do szkoły teatralnej.

 

Wiesław Komasa: Oglądałem film „Komedianci”, gdy zobaczyłem emocje, jakie towarzyszą aktorowi, który grał główną postać, pomyślałem: ja chcę tak, jak on!

 

Trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje, żeby radzić sobie w tym zawodzie przez tak długi czas?

 

W.K: Zawsze powtarzam studentom dwie sprawy. Po pierwsze, że aktorstwa nie da się nauczyć. Po drugie, że jeśli chcesz, by aktorstwo stało się twoim zawodem, to doświadczysz jedynie… zawodu. Aktorstwo musi być pasją, która daje siłę, aby ciągle pokonywać przeszkody. To nieustanna walka z kompleksami i nieśmiałością.

 

Dla Państwa aktorstwo ciągle stanowi walkę?

 

A.S: Całe życie człowiek się uczy. Do każdej roli, trzeba się przygotować i pokonać nowe trudności. Gdyby tak nie było, to człowiek nie byłby aktorem tylko kukiełką.

Anna Sokołowska: Aktor jest instrumentem, pod każdym względem. Tak, jak skrzypek musi ćwiczyć ciągle, by być w formie, tak samo aktor musi się doskonalić.

 

W.K: Człowiek przez całe życie uczy się być człowiekiem, a aktor przez całe życie uczy się być człowiekiem na scenie. Rilke powiedział, że „prawdziwe szczęście to szybko utożsamić się z własnym powołaniem”. Chociaż powołanie to słowo dziś niepopularne, jest jednak piękne i znaczące. To siła, która napędza działanie.

 

Jak emocje przeżywane na scenie wpływają na życie prywatne? Da się te dwa światy oddzielić?

 

A.S: To jest sprawa indywidualna. Wiem, że są aktorzy, którzy wchodzą w rolę już od rana i wychodzą z niej dopiero wieczorem. Myślę jednak, że gdyby aktor zanosił wszystkie emocje, które przeżywa do domu, to jego życie prywatne byłoby szalenie skomplikowane. Ja, gdy gram, przybieram rytm danej postaci. Jednak, po zejściu ze sceny, emocje powoli mnie opuszczają. Chociaż nadal myślę o roli, to już z większym dystansem.

 

W.K: W moim przypadku jest różnie. Czasami są role, z których trudno mi się wychodzi, czasami takie, których się boję, a czasami te, za którymi tęsknię. Wszytkie z nich pozostawiają ślad, bo kiedy zaczyna się pracować, za każdym razem dowiaduję się czegoś nowego o świecie i sobie samym. To jest chyba najważniejsze w tym zawodzie: być otwartym na nowe poznawanie.

 

Których ról się Pan bał?

 

W.K: Rola Nieznajomego w „Damaszku” była dla mnie trudna. Nie mogłem się doczekać, żeby ją zagrać, a jednocześnie bałem się jej.

Wiesław Komasa: Z rolami jest jak z ludźmi, których spotykasz na swojej drodze. Niektórych lubisz bardziej, a niektórych mniej, nie wiadomo dlaczego.

 

O czym marzy aktor po tylu latach na scenie?

 

A.S: Żeby nie stracić tej pasji, żeby się cały czas cieszyć tym, co daje los!

 

W.K: O niespodziewanym! Na przykład to nasze spotkanie jest niespodziewane. Dzięki niemu uświadamiam sobie, że przy całym tym doświadczeniu i latach, które się czuje na barkach, mamy jeszcze w sobie z Anią mnóstwo ognia, zapału i niekłamanej pasji. A to jest przecież najważniejsze!

 

Monika Janusz 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach