Friday, April 16, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Anna Radwan: Mój świat jest w równowadze

Anna Radwan: Mój świat jest w równowadze

Z aktorką Anną Radwan rozmawiamy o pracy przy spektaklu „Płatonow”. O niemożności wyzerowania emocji, poczuciu odpowiedzialności za wykonywany zawód, oraz o tym, dlaczego nie lubi siebie oglądać na ekranie.

Musieliśmy wycofać ambicje stworzenia kreacji, wyrazistych typów, do których jesteśmy przyzwyczajeni i których oczekują od nas widzowie. Zdaję sobie sprawę, że nasz „Płatonow” nie jest dla każdego./Fot...

Debiutowała w Starym Teatrze w „Zbrodni i karze” jako dziewięciolatka. Dziś, ciągle w tym samym teatrze, w spektaklu „Płatonow” gra mężczyznę, w którym chodzi po scenie w zwiewnej sukience. O emocjach w teatrze, stawianiu granic i o tym, dlaczego nie lubi oglądać siebie na ekranie, rozmawiamy z Anną Radwan, aktorką Starego Teatru.

Z Anną Radwan o emocjach w teatrze, stawianiu granic i o tym, dlaczego nie lubi oglądać siebie na ekranie. / Fot. Jacek Poremba

Z Anną Radwan o emocjach w teatrze, stawianiu granic i o tym, dlaczego nie lubi oglądać siebie na ekranie. / Fot. Jacek Poremba

Ewa Szponar: W „Płatonowie” Czechowa w reżyserii Konstantego Bogomołowa, wystawianym w Starym Teatrze, gra pani główną rolę męską. Ale czy na pewno gra pani mężczyznę?

Anna Radwan: A jak się pani wydaje?

Dla mnie pani Płatonow jest bardzo kobiecy.

Anna Radwan: Powiem więcej – wszystkie moje koleżanki, które grają mężczyzn, są równie kobiece, a koledzy grający kobiety nie rezygnują z męskości. Idea jest prosta: pozbawić tekst kontekstu płci, kontekstu społecznego, obnażyć mechanizmy manipulacyjne, które ludzie wobec siebie uprawiają. Chociaż Czechow napisał tę sztukę jako bardzo młody człowiek, doskonale zdawał sobie sprawę z wszystkich tych egoizmów, prób podporządkowania sobie drugiego człowieka czy to przez robienie z siebie ofiary, czy poprzez emocjonalną pazerność.

Nie chodzi więc o kwestię płynności ról płciowych?

Anna Radwan: Wbrew pozorom nie chodzi nawet o to, by kobiety grały mężczyzn, a mężczyźni – kobiety. Aczkolwiek kiedy zawisła w teatrze obsada spektaklu, jeszcze bez przydzielonych konkretnie ról, żartowałyśmy sobie z koleżankami, że Bogomołow pewnie je odwróci. To była nasza pierwsza myśl. Cieszę się, że tak się nie stało i że spektakl nie podejmuje jakiejkolwiek polemiki w słynnym temacie gender.

Nieobce są pani takie gry z wizerunkiem. W „Pakcie”, nowym serialu HBO, gra pani szefową CBŚ, żeńską wersję „detektywa po przejściach”, czyli de facto wchodzi w męskie buty…

Anna Radwan: Nawet dosłownie, ponieważ dostałam kostiumy wyciszające moją kobiecą naturę. Wraz z nimi pojawił się jednak pewien paradoks: męski strój nie ukrył kobiecości, ale ją podbudował, jednocześnie dodając pewnej siły, tak że moja postać stała się niebezpiecznym partnerem dla mężczyzn, również w sensie intelektualnym. To bardzo prosty, jak powiedziałby Bogomołow, gruby zabieg: buty na płaskim obcasie, trochę za luźne spodnie, dobrze skrojona marynarka, męski zegarek, proste włosy, makijaż typu no make up (swoją drogą najtrudniejszy do wykonania). To elementy, które stwarzają efekt chłodu, ale jednocześnie w pewnym sensie nobilitują kobietę. Lubię takie stylizacje.

W „Pakcie” gra jest na serio, z „Płatonowa” zrobili zaś państwo komedię.

Anna Radwan: Bo to jest komedia, sam Czechow tak nazwał tę sztukę. Pytanie tylko, z czego tak naprawdę się śmiejemy. Odpowiedzieć można po gogolowsku: z siebie samych się śmiejemy… To jest taki rodzaj rozbawienia, który grzęźnie widzom w gardłach. Kiedy uświadamiają sobie kontekst komediowego zawirowania w „Płatonowie”, ich śmiech okazuje się melancholijny, a wręcz smutny.

Mimo to staje się pewnego rodzaju sojusznikiem w zrozumieniu niełatwej inscenizacji. Przecież celowo grają państwo źle albo nie grają w ogóle.

Anna Radwan: Każdy z nas, aktorów, zetknął się wcześniej z klasyczną interpretacją Czechowa i wcale nie przyszło nam łatwo się przestawić. Musieliśmy wycofać ambicje stworzenia kreacji, wyrazistych typów, do których jesteśmy przyzwyczajeni i których oczekują od nas widzowie. Zdaję sobie sprawę, że nasz „Płatonow” nie jest dla każdego. Na szczęście dostajemy też głosy, że spektakl działa, że po kilkunastu pierwszych minutach, którym towarzyszy ból głowy i rozpaczliwa próba zrozumienia, o co w ogóle chodzi, następuje jakieś przełączenie i ludzie zaczynają po prostu słuchać tekstu. Pomysł Bogomołowa jest niezwykły, ponieważ tekst staje się bohaterem ważniejszym niż aktor ze swoją sprawnością zawodową, egoizmem, pazernością na trzaśnięcie wiekopomnej roli

Brzmi to fascynująco, ale pewnie było nie lada wyzwaniem?

Anna Radwan: Muszę przyznać, było to bardzo dziwne doświadczenie, i cieszę się, że po tylu latach w zawodzie coś takiego mi się przytrafiło. Pewnie nic by z tego nie wyszło, gdyby nie moje olbrzymie zaufanie do reżysera. Bogomołow prowadzi aktora bardzo konsekwentnie, a jednocześnie czule, ale nie w sensie czułostkowości, tylko wyczulenia. Wyjątkowego nasłuchu na aktora, również jako człowieka, z jego kompleksami, próbami bycia lepszym, bardziej utalentowanym, bardziej kolorowym niż reszta.

Do zaufania dołączyła też ciekawość, co z tego eksperymentu może wyniknąć, oraz pewnego rodzaju odwaga, gotowość do podjęcia ryzyka. Nie mówiąc o zgodzie na to, by nasze ego aktorskie zostało wyciszone, odstawione na boczny tor. W zamian doświadczaliśmy momentów niespodziewanej przyjemności.

Satysfakcji z przekraczania własnych ograniczeń?

Anna Radwan: Nie tylko. Proszę pamiętać, że pracy aktora towarzyszy na co dzień niebywały stres i poczucie odpowiedzialności.

Za siebie i zespół?

Anna Radwan: Za wszystko: za rolę własną i za całość spektaklu, za jego jakość estetyczną, wydźwięk i odbiór. Bogomołow zdjął nam z pleców wielki ciężar, sugerując, że pieczę nad tym wszystkim sprawuje inscenizator, a naszym zadaniem pozostaje podać tekst tak, aby został on zrozumiany przez widza.

W jaki sposób rezygnuje się z aktorstwa i dociera do tekstu?

Anna Radwan: Reżyser rozłożył pracę nad spektaklem na kilka etapów, podczas których w różny sposób podchodziliśmy do poszczególnych scen. Był etap grania bardzo emocjonalnego, grania na wyrost, grania pauzami, grania filmowego, czyli z mniejszym natężeniem środków, i etap myślenia po bergmanowsku, czyli komplikowania postaci. Na końcu otrzymywaliśmy pewną sumę tych wszystkich doświadczeń. Przez sumę rozumiem przekonanie, że ta trauma, przepracowana psychodrama, ma nam przez cały czas towarzyszyć, ale nie musimy jej wygrywać.

Ponieważ jest obecna bez dosłowności?

Anna Radwan: O dziwo wybrzmiewa o wiele bardziej wyraziście i przejmująco poprzez wyzerowanie aktorskich środków. W ten sposób odsłania też pustkę i wypalenie wewnętrzne bohaterów. Co ciekawe, koniec pracy jest tylko pozorny, wcale nie oznacza gotowego efektu. Gdy już mieliśmy wrażenie, że wreszcie wypracowaliśmy pożądaną metodę, Bogomołow wkraczał i nam tę pewność siebie zabierał. Chciał nas uwolnić od rutyny, postawić na proces, który dzieje się tu i teraz. Powiedział, że nasze bycie na scenie jest jak wspominanie. Kiedy przypominamy sobie coś, co wydarzyło się wcześniej, choć mamy do tego oczywiście stosunek emocjonalny, nie przeżywamy tego tak silnie, jak w momencie trwania danej sytuacji. Są momenty wzruszeń, są też luki. I tak powinniśmy grać, jakbyśmy wspominali, marzyli, śnili…

Nie rodziła się w pani potrzeba buntu wobec tej niestandardowej metody?

Anna Radwan: Może nie odważyłabym się użyć tak dużego słowa jak bunt, ale oczywiście były pewne zgrzyty. Były i łzy, mówię tu o sobie (śmiech). Ze złości, bezsilności, jakiejś takiej niemożności wyzerowania emocji czy zejścia do samego spodu, odarcia wszystkiego z własnej interpretacji i skupienia się na samym tekście. Zresztą nie byłam jedyną osobą, która tak się stawiała. Na szczęście od razu pojawiło się też zaufanie, o którym już mówiłam, i poczucie wolności, odporności na poklask i aprobatę widza. Właśnie tym fajniej, że nas nie lubi, bo to znaczy, że przekaz trafia. Nawet jeśli widz sam nie wie jeszcze gdzie. Jesteśmy jak lustra, które stawiamy przed twarzami publiczności, w których się ona przegląda. Ależ to poetycko powiedziałam!

Idea jest prosta: pozbawić tekst kontekstu płci, kontekstu społecznego, obnażyć mechanizmy manipulacyjne, które ludzie wobec siebie uprawiają./ Fot....

Idea jest prosta: pozbawić tekst kontekstu płci, kontekstu społecznego, obnażyć mechanizmy manipulacyjne, które ludzie wobec siebie uprawiają./ Fot. Magda Huckel

Czy na tym polega według pani idealna praca z reżyserem: na zaufaniu?

Anna Radwan: Zdecydowanie lepiej odnajduję się w przyjacielskiej atmosferze, nie potrafiłabym funkcjonować pod dyktaturą. Uwielbiam jednak mieć silnego oponenta. Czuję przerażenie, gdy spotykam się z kompletnym brakiem prowadzenia i aprobatą bez względu na wszystko. To jest dla mnie najbardziej stresujące. Potrzebuję kogoś, kto mnie pionizuje i z kim wchodzę w dialog, nawet jeśli miałby być ostry.

Czy stawia sobie pani w zawodzie jakieś granice? Wie, że czegoś albo w jakiś sposób nie zagra na pewno?

Anna Radwan: Granice, które sobie stawiam, mogą się wydawać banalne. Są związane po prostu z moim sposobem patrzenia na drugiego człowieka, na relacje międzyludzkie, na stosunki damsko-męskie, kwestie światopoglądowe itp. Jest kilka stref, których nie ruszam, które są tylko dla mnie. Nie mam potrzeby ich upubliczniać ani poniewierać.

Zawsze tak było?

Anna Radwan: To chyba przychodzi z wiekiem. Kiedy zaczynałam pracę jako aktorka, był we mnie taki głód, taka pazerność, żeby pakować się w mroczne rejony, sprawdzać siebie. W miarę upływu czasu… najzwyczajniej mi się odechciało. W życiu jest tyle bólu, tyle cierpienia i okrucieństwa, że w pracy zawodowej – która i tak wymaga ode mnie pewnego obnażenia się – dążę do harmonii, równowagi. I do tego, żeby jednak świeciło słońce.  

Dowiedz się dlaczego Anna Radwan nie może oglądać siebie na ekranie i czemu służy wykrzykiwanie emocji

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach