Home / Felietony  / Anna Petelenz: Czarny kamyk

Anna Petelenz: Czarny kamyk

Kiedy więc wchodzisz do galerii, a tam znajdujesz czarny kamyk na środku pomieszczenia, czujesz, że cię oszukano. Bo jak miałabyś to wyjaśnić?

Kiedy więc wchodzisz do galerii, a tam znajdujesz czarny kamyk na środku pomieszczenia, czujesz, że cię oszukano. Bo jak miałabyś to wyjaśnić? /fot. Jeppe Hove Jensen / Unsplash

5:30. Dzwoni budzik. Jestem nieprzytomna, ale wstaję. Uwierzyłam Julii Cameron. Zaczynam swój dzień od morning pages. Bo każdy ma swój rytuał lub, mówiąc bardziej światowo: poranną routine

 

Jedni biegają, inni medytują, jeszcze inni planują dzień z wypasionymi notesami. Ja szukam wzruszenia nut kreatywnych. I tu z pomocą przychodzi Julia Cameron i jej morning pages. To one mają moje struny poruszyć. Wznieść na wyżyny. Otworzyć nowy rozdział, w którym będę lśnić twórczym życiem, a wszystko, czego się tknę, będzie artystycznie satysfakcjonujące. Mają sprawić, że pusta kartka już nigdy nie będzie groźbą, a jedynie wyzwaniem i inspiracją…

Przepis na sukces

Brzmi jak recepta na sukces, więc może jednak trochę upraszczam. Metoda Julii Cameron jest w końcu stosowana przez nią od lat w terapiach artystów i ludzi show-biznesu. Jej książka Droga artysty: jak wyzwolić w sobie twórcę nieustająco (pierwsze wydanie: 1992 rok) jest bestsellerem i obowiązkową lekturą dla wszystkich, którzy piszą, ale mają blok twórczy; dla wszystkich, którzy marzą o pisaniu i dla wszystkich przekonanych, że są o krok od stworzenia wielkiego dzieła. Brakuje im tylko jednego impulsu. Tym impulsem i odblokowaniem ma być 12 tygodniowy kurs, a raczej proces pracy nad sobą, stworzony przez Cameron. Każdego ranka, przed rozpoczęciem dnia, należy usiąść i… wypisać z siebie trzy strony. Czegokolwiek. Najlepiej jednak czegoś prosto z duszy. Ten streaming z serca ma prowadzić do uwolnienia ręki, umysłu oraz duszy i wpuszczenia w nie prawdziwej „mocy twórczej”. Do tego cotygodniowe zadania.
Nie chodzi tu jednak o moje poranne obyczaje ani o Julię Cameron. Może bardziej o prymat rozumu nad wrażeniami, impulsami i popędami. Prymat wiary w tabelkowe zapisanie wszystkich talentów, wrażeń i potrzeb. Bo dziś wszystko musimy zrozumieć i zracjonalizować. Uczucia, relacje, twórczość – wszystko staje się elementem gry, w której sprzedać, kupić i pozyskać można wszystko. Nawet coś, co kiedyś wymagało „iskry bożej” i ciężkiej pracy, dziś staje się elementem lifestylu i poradnictwa. I rynku.

Twórczość jako biznes

Ale nie tylko odbiorca podlega racjonalizacji. Bo dziś artysta to już nie tylko twórca. Nie tylko człowiek pracowity obdarzony talentem. To także manager, agent i PRowiec. To kierownik zarządzający sobą i swoją twórczością w sposób tak skomplikowany, jak niejedna marka handlowa. Co stworzyć, aby się sprzedało? Gdzie wysłać, aby ktoś to zauważył? Z kim rozmawiać, by w ogóle dostać szansę? Marszandzi i właściciele galerii kupują wciąż to samo, czyli to, co wiedzą, że przyniesie im zysk. Targi sztuki dawno przestały być fiestą pasjonatów, przeobrażając się w festiwal bogactwa (prywatne helikoptery kolekcjonerów podczas Art Basel to widok powszechny).
Ten system od lat komentuje amerykańska artystka Angela Fraser. W swoich pracach pokazuje sztukę jako sieć układów równie skomplikowanych, zracjonalizowanych i czasem zepsutych, jak świat biznesu. Fraser nabija się z napuszonego języka sztuki, którego nie rozumie. W filmie „Museum highlights” (1989) udaje kuratorkę i parodiuje proces oprowadzania gości po muzeum. Czy to fontanna? Nie, toż to monumentalna praca reprezentująca dyskurs ekonomiczny, pozostając w kontraście z dotychczasowymi ujęciami podobnych form. Kawiarnia? Ależ skąd, to pokój nawiązujący do filadelfijskiej sztuki kolonialnej u progu rewolucji; charakterystyczny przykład amerykańskiej sztuki użytkowej*.

Bez racjonalizacji wrażeń

Przeciętny Polak wydaje na sztukę parę złotych rocznie. Mniej niż na jednego drinka. Jeżeli już coś jest lubiane, to tylko to, co powszechnie znane i zaaprobowane. Lubimy więc Matejkę, Kossaków, Gierymskiego, Boznańską. Dziwne? Nie, przecież nikt z nas nie miał fajnych lekcji plastyki. Wiemy więc tyle, ile znaleźliśmy na ilustracjach podręczników z historii i polskiego. Czyli niewiele. I choć Angeli Fraser czy Rubenowi Ostlundowi w nagrodzonym Złotą Palmą „The Square” wiele można zarzucić, to trudno nie dostrzec w tych głosach źdźbła prawdy. Bo mimo rosnącej ilości art-dostępności (wszak dziś każdy na Instagramie jest artystą, a internetowe galerie rodzą się każdego dnia), świat sztuki pozostaje hermetyczny i niezrozumiały. Podlegając takim samym procesom racjonalizacji, jak codzienność zwykłego zjadacza chleba, tworzy dyskursy skomplikowane, oparte na braku zaufania do odbiorcy, w którym nikt nie jest zainteresowany wrażeniem ani odczuwaniem.
A świat niczego nie chce tłumaczyć. Nie wyjaśni, dlaczego malarstwo abstrakcyjne jest fajne i dlaczego muzyka współczesna tak bardzo nie brzmi jak Chopin. Sztuka wymyka się więc racjonalizacji, której sama podlega. Kiedy więc wchodzisz do galerii, a tam znajdujesz czarny kamyk na środku pomieszczenia, czujesz, że cię oszukano. Bo jak miałabyś to wyjaśnić? Do jakiej wpisać tabelki? Tu już nie pomogą książki do polskiego, coaching ani morning pages. Jesteś ty i czarny kamyk.

Bez szkiełka i oka

Rozkładamy rzeczywistość na czynniki pierwsze, by puzzle z życia złożyć potem na nowo. Z sukcesem i gwarancją satysfakcji. Mamy internetowych guru, którzy każdego dnia wyjaśniają, co z twoim i moim życiem jest nie tak. Przy odrobinie wysiłku możemy się obie zupgradować do wersji fit, vege i smart. Dostaniemy tipy jak żyć w związku, wychować dzieci, jak schudnąć i jak być najlepszą kochanką.
Bezsensowny czarny kamyk wciąż pozostaje jednak bez wyjaśnienia. A gdyby tak… tylko się na ten kamyk pogapić? Tylko spędzić z nim czas? Bo gdzieś na końcu tego niekończącego się łańcucha oczekiwań, samodoskonalenia i urynkowienia wszystkiego, jestem ja i ty. I sztuka. Lepsza albo gorsza. Taka, z którą możesz na chwilę pobyć. Zupełnie bez sensu, bez celu, bez powodu. Bez pytania, co artysta miał na myśli, czy to żart i o co chodzi. Ale czy możesz w ogóle jeszcze spędzić czas bez rozkładania go na czynniki pierwsze? Czy możesz oddać się doświadczeniu, z którego – być może – nic nie wyniknie? Bez oczekiwania, że związek, praca, drugi człowiek czy obraz – zawsze spełnią twoje oczekiwania. Bez złudzenia, że wszystko zrozumiesz. I że wszystko się wymodeluje w zgodzie z twoim planem.
Bo się nie wymodeluje. I nie pomogą ani morning pages, ani plannery ani coachingi**. Na końcu zostajesz ty, ja i bezsensowny czarny kamyk. Na który możemy się po prostu razem pogapić. Nie musimy wszystkiego rozumieć.

*tłum.własne autorki
** nawet art. coaching oferowany np. przez Paula Kleina, marszanda, autora The Art Rules: Wisdom and Guidance from Artworld Experts.

Autorka bloga www.wzwiazkuzekranem.pl. Jedną nogą w Krakowie, drugą w Wiedniu. Najchętniej pisze o sztuce, korpo i kobietach. Najchętniej w towarzystwie czarnej kawy

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach