Home / Moda  / Trendy  / Anna Kaszuba-Dębska i jej Projekt Szpilki

Anna Kaszuba-Dębska i jej Projekt Szpilki

Anna Kaszuba-Dębska krakowska artystka opowiada o podróży na Ukrainę, fascynacji Brunonem Schulzem oraz o swoim Projekcie Szpilki.

„Osobliwość i niezwykłość moich przebiegów wewnętrznych zamykała mnie hermetycznie, czyniła niewrażliwym, niechętnym wobec inwazji świata. Teraz otwieram się jakby powtórnie na świat i byłoby wszystko dobrze, gdyby nie ten lęk i to wzdraganie się wewnętrzne, jak przed ryzykowną i Bóg wie gdzie prowadzącą imprezą” (z listu Brunona Schulza do Romany Halpern).

Krakowska artystka Anna Kaszuba-Dębska

[Not a valid template]

Fot.: Alicja Brodowicz

Anna Kaszuba-Dębska jest malarką, graficzką, ilustratorką, projektantką książek dla dzieci i dorosłych oraz autorką i reżyserką filmów animowanych. Wraz z mężem, pisarzem Łukaszem Dębskim, od 2002 roku prowadzi w Krakowie klubokawiarnię Cafe Szafe.

Z Anną Kaszubą-Dębską rozmawia Żanna Słoniowska

Zaczęło się od tego, że pojechałaś na Ukrainę, by szukać śladów po Brunonie Schulzu.
Zaczęło się jeszcze wcześniej, gdy byłam małą dziewczynką. Moi pradziadkowie mieszkali w dużym obrośniętym winem domu z pięknym ogrodem i ogromnym owocowym sadem. Słońce zaglądało do kuchni przez liście winorośli. Pradziadek, domorosły artysta, hodował wszelkiego gatunku ptactwo, które świergotało i przekrzykiwało się, moja prababcia, już wówczas niewidoma, siedziała na niebieskiej kanapie. Gdy przeczytałam Sklepy cynamonowe i Sanatorium pod Klepsydrą, znalazłam tam świat swojego dzieciństwa. A potem pojechałam na Ukrainę, by go poszerzyć. Wymyśliłam sobie, że w Drohobyczu siądę sobie na ryneczku na ławeczce i będę na głos czytać prozę Schulza, ale…
… nic ze Sklepów cynamonowych tam nie przetrwało.

Miasto było ponure, padał deszcz, w okropnym sowieckim hotelu nie było dla nas noclegu, a jacyś ludzie stali na balkonie i rzucali w przechodniów butelkami. Uciekajmy stąd, powiedziałam do znajomych, zachowajmy nasze wcześniejsze wyobrażenia. Jednak potem przyjechałam jeszcze raz, tym razem z kolegą, urodzonym w Drohobyczu. Zaczęliśmy chodzić po zaułkach z jego dzieciństwa, dużo fotografowałam. Uderzyło mnie, że wszędzie widziałam gołe kobiety – na billboardach, na reklamach, na szyldach. Roznegliżowane, kiczowate, na różowym tle. To przecież są kobiety z zaułków Schulza, pomyślałam. Takie właśnie kobiety półświatka rysował.

„Może Pani myśli, że daję się nabierać, że podsuwam głębokie interpretacje pod grę zwykłej kokieterii. Zapewniam Panią, że kokieteria jest czymś bardzo głębokim i tajemniczym, i dla Pani samej niezrozumiałym” (z listu Brunona Schulza do Anny Płockier).

I wtedy pomyślałaś o innych, tych, które kochał i z którymi się przyjaźnił – o Deborze Vogel, Józefinie Szelińskiej, Annie Płockier?
Tak, ale okazało się, że praktycznie nic po nich nie zostało. Były w większości Żydówkami, zginęły w gettach i pogromach. Tak samo, praktycznie bez śladu, zginął ich twórczy dorobek. A były to kobiety wybitne, inteligentne, spełniające istotną rolę w kręgach literacko-artystycznych dwudziestolecia międzywojennego nie tylko we Lwowie, ale też w Krakowie i Warszawie. Debora Vogel, pierwsza narzeczona pisarza, to doktor filozofii, krytyczka sztuki związana z artystyczną grupą Artes, poetka i pisarka publikująca od Lwowa po Nowy Jork. Nie wiadomo, czy Schulz pisałby, gdyby nie jej gorące zachęty. Druga narzeczona, Józefina Szelińska, jako pierwsza przełożyła na język polski Proces Franza Kafki, pod czym podpisał się sam Schulz. Anna Płockier, młoda malarka związana z Grupą Krakowską, była ostatnią pokrewną duszą, z której zdaniem się liczył i której ofiarował jeden z nielicznych rękopisów zaginionej powieści Mesjasz. Ważną rolę w życiu pisarza odegrały także modelka Witkacego Romana Halpern, pisarka Rachela Auerbach, aktorka Kazimiera Rychterówna i pianistka Maria Chazen.

„Potrzebny jest mi towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go we własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą własnej przekory – jest trudem i męką Atlasa” (z listu Brunona Schulza do Tadeusza i Zofii Brezów).

Co łączy te unicestwione twórczynie ze współczesnymi dziewczynami, które przynoszą Ci swoje buty?
Po muzach i koleżankach Schulza zostały sterty bezimiennych, zapomnianych historii. Po II wojnie zostały sterty bezimiennych, odartych z historii butów z obozów. A ja zbieram buty jeszcze ciepłe od nowych, przeważnie dobrych wydarzeń i nadaję im nowe znaczenie.
Co to znaczy?

Artysta, gdy tworzy, wychodzi z codzienności, ze sfery profanum do sfery sacrum, do sztuki. Cóż bardziej należy do profanum, jak nie buty, przedmiot intymny i fizyczny, bo chodzący po ziemi, dotykający błota, nieczystości, mogący źle pachnieć. Zbieram takie buty, biorę do swojej pracowni i maluję na różne kolory. Już nie wrócą do ziemi. Będą miały charakter wystawowy, staną się obiektami sztuki, tak jak obrazy, które wiszą na ścianie. Nie będą do używania, tylko do oglądania – położę je na czystej trawie przed willą, w której mieszkała jedna z bohaterek Schulza. Będzie to też zagadka, którą zadam osobie oglądającej – będzie miała szansę wykreować w swojej wyobraźni osobę, która buty oddała – co się z nią działo, co czuła. Widz dostanie katalog, a potem musi się zdobyć na wysiłek – pochylić się czy nawet uklęknąć nad butami, by zeskanować kod QR, by tę osobę poznać głębiej. Później na stronie internetowej przeczyta jej imię, myśli, marzenia. Pochyli się nad fizycznością, a poprzez nią dotknie sacrum.

„Zdaje mi się, że świat, życie, jest dla mnie zawsze ważny jedynie jako materiał twórczości. Z chwilą, gdy nie mogę życia utylizować twórczo – staje się ono dla mnie albo straszne i niebezpieczne, albo zabijająco-jałowe. Utrzymać w sobie ciekawość, podnietę twórczą, oprzeć się procesowi wyjałowienia, nudy – oto najważniejsze dla mnie i najpilniejsze zadanie” (z listu Brunona Schulza do Romany Halpern).

Czy Projekt Szpilki zmienił Twój sposób patrzenia na Drohobycz?
Teraz często tam jeżdżę, jest to już moje, oswojone miejsce. Mieszkają tam ważni dla mnie ludzie, np. Alfred Schreyer, ostatni żyjący uczeń Schulza. Jego szkolną wychowawczynią była też Józefina Szelińska. Przez nich nareszcie dotknęłam tego, co w czasach licealnych było tylko literaturą.
A Twoje własne historie związane z butami?

Mam w domu całe sterty butów, z którymi nie mogę się rozstać. Leżą w koszach i mówię sobie, że jeszcze będą użyteczne. Są wśród nich piękne czarne kozaczki na obcasie, które mama kupiła mi z okazji ślubu. Mają już 15 lat i używam ich nadal, mimo że są pęknięte. Wyglądają jak buty z lat 20. poprzedniego wieku. Lubię je, bo należą do innej epoki – tak samo zresztą jak ja.

Rozmawiała Żanna Słoniowska

 

Ksenia Berezowska (rysowniczka i animatorka, pochodzi z Kijowa, od ośmiu lat mieszka w podkrakowskiej Wieliczce):
Oddałam Ani parę swoich znoszonych beżowych bucików wraz z historią o tym, jak zaraz po porodzie próbowałam na nowo poczuć się atrakcyjną kobietą. Kupiłam je w sklepie z odzieżą używaną. Pamiętam, że zamiast wygodnych bezpłciowych adidasów zamarzyły mi się szpilki – wyobraziłam sobie, jak pięknie będę w nich latać z wózkiem. Szpilek nie było, za to znalazłam czółenka na niewielkim obcasie. Pomagały mi wygrzebywać kobiecość, schowaną wśród ociekających mlekiem piersi i fałd poporodowego brzucha.
Przy wyborze butów zwracam uwagę na to, czy mają charakter i czy będę w nich dobrze wyglądała nago. Bo jeśli tak, to później z łatwością dopasuję do nich ubrania. Pewna magiczna historia z mojego dzieciństwa też jest związana z butami. Pamiętam, jak kiedyś mama przychodziła do mnie w nocy i coś przymierzała na nogę, a ja leżałam w półśnie i nie wiedziałam, o co chodzi. Potem okazało się, że po nocach przerabiała dla mnie swoje ślubne buty – dostałam od niej pod choinkę bialutkie i mięciutkie trzewiczki. Przerobiła też dla mnie swoją suknię ślubną, dzięki czemu mogłam wystąpić na balu jako Królowa Śniegu. A ponieważ w tamtych czasach półki sklepowe świeciły pustkami i każdy element garderoby musiał być wytrwały i uniwersalny, te przerobione buciki nadawały się także do noszenia na co dzień. Potem jeszcze długo mi służyły.

Więcej informacji o Projekcie Szpilki w artykule Buty – kwiaty, buty – obrazy

 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach