Sunday, April 11, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Anita Lipnicka – Szukam kluczy do innych drzwi

Anita Lipnicka – Szukam kluczy do innych drzwi

Niedawno ukazała się płyta „Vena Amoris”, pierwsza od 13 lat zaśpiewana przez Anitę Lipnicką po polsku. Nagrywała ją w kilku miejscach, m.in. w Londynie. Czas pokaże, czy będzie kolejnym przełomem w jej artystycznym życiu.

Anita Lipnicka

Jestem autorką tekstów, ale nie wszystkiego co piszę, jest o mnie. Filtruję przez moją wrażliwość różne historie, które wokół słyszę, ale faktem jest, że piszę w sposób emocjonalny, bardziej sercem niż rozumem. / fot. Katia Serek

Niedawno ukazała się płyta „Vena Amoris”, pierwsza od 13 lat zaśpiewana przez Anitę Lipnicką po polsku. Nagrywała ją w kilku miejscach, m.in. w Londynie. Czas pokaże, czy będzie kolejnym przełomem w jej artystycznym życiu.

Jestem przytłoczona życiem w mieście, rutyną związaną z mieszkaniem w centrum Warszawy, odwożeniem dziecka w korkach do szkoły i takimi zwyczajnymi sprawami. Moje marzenia stają się coraz prostsze.

Jestem przytłoczona życiem w mieście, rutyną związaną z mieszkaniem w centrum Warszawy, odwożeniem dziecka w korkach do szkoły i takimi zwyczajnymi sprawami. Moje marzenia stają się coraz prostsze. / fot. Katia Serek

We wkładce do płyty napisałaś, że praca nad „Vena Amoris” była dla Ciebie podróżą pełną wrażeń. Jakich?

Same początki, czyli tworzenie, składanie materiału, nagrywanie dema, potem cała przygoda realizacyjna w studio, zwłaszcza moment nagrań w Londynie. Tam nagrywaliśmy na żywo, a takie nagrania charakteryzują się tym, że są zapisem chwili, czymś zupełnie niepowtarzalnym. Czymś, czego nie można w żaden sposób odtworzyć, zmienić w postprodukcji. Po trzech dniach prób weszliśmy do studia i sieknęliśmy całość „na setkę” w pięć dni, a potem trzy dni dogrywaliśmy drugie głosy i pewne elementy dekoracyjne. Jakie wrażenia? Już samo spotkanie z niezwykłymi ludźmi, takimi jak Greg Freeman, Pete Josef – osobami dla mnie całkiem nowymi, bo ich wcześniej nie znałam – było wyjątkowe. Czy też z Antoniem Feolą, właścicielem studia Fishfactory, w którym nagrywaliśmy. Antonio przygotowywał nam cudowne spaghetti, parzył wspaniałą włoską kawę. Teraz (rozmawialiśmy pod koniec października – przyp. aut.) przedłużam sobie te emocje, ponieważ zaprosiłam kolegów na trasę. Oni dzięki temu poznają Polskę i wyjadą z większą wiedzą o naszym kraju. Byli w Muzeum Powstania Warszawskiego, przegoniłam ich przez Starówkę w Warszawie, chodziliśmy po Krakowie. Bardzo lubię pracować z ludźmi z różnych kultur, bo nawzajem dużo się od siebie uczymy.

Piosenki na swojej poprzedniej płycie „Hard Land of Wonder” zaśpiewałaś po angielsku. Tłumaczyłaś wtedy, że masz pewne plany dotyczące wydania jej także poza granicami naszego kraju. Rozumiem, że z planów nic nie wyszło i dlatego na „Vena Amoris” śpiewasz po polsku.

Gdy promowałam tamtą płytę, musiałam przed Polakami śpiewać po angielsku i to było trudne doświadczenie. Niby fajna trasa, wszystko się udało, ale prezentowanie przed polską publicznością piosenek nie po polsku na dłuższą metę byłoby trudne. Kolejnym konsekwentnym i naturalnym krokiem było więc nagranie płyty po polsku. Szczególnie że, szczerze mówiąc, stęskniłam się za wyrażaniem siebie w języku ojczystym. Już przecież 13 lat nie śpiewałam po polsku. I to były główne powody. „Hard Land of Wonder” jest w elektronicznej dystrybucji na całym świecie. Miałam nawet kilka bardzo ciekawych, pozytywnych recenzji z Anglii, ale żeby album został zauważony szerzej, trzeba by użyć zupełnie innych środków, włożyć więcej pracy. Nie mam nikogo, kto reprezentowałby mnie poza granicami kraju, więc to, co mogłam zrobić we własnym zakresie, zrobiłam i bardzo się cieszę, że mi się udało. Wtedy chciałam nagrać album po angielsku i tak się stało.

Mówiłaś, że to był niemal ostatni dzwonek, aby zawalczyć o realizację niespełnionych do tej pory marzeń. Używałaś nawet stwierdzenia „teraz albo nigdy”. Czy je spełniłaś? Pamiętam, że była nawet mowa o tym, że jesteście gotowi z Johnem przenieść się do Londynu.

Liczyliśmy z Johnem, że uda nam się gdzieś pograć. Bo tu nie chodzi o to, żeby robić ogromną karierę gdzieś na świecie, a bardziej o posiadanie dobrego promotora i granie. Oczywiście nie w takiej skali, w jakiej robimy to w Polsce, ale nawet do tego trzeba mieć zaplecze, trzeba mieć osoby, które się tym zajmą. Artysta przeważnie nie jest dobrym przedsiębiorcą ani biznesmenem, tymczasem życie pokazuje, że trafić na ludzi, którzy by cię gdzieś tam dalej reprezentowali i walczyli o ciebie, jest trudno. Nam, na razie, to się nie udało, nie mieliśmy szczęścia. Sama, jako odbiorca, lubię mnóstwo artystów, którzy mają o wiele mniej odsłon na YouTube niż ja i mniej fanów na FB, a podróżują po świecie, grają swoją muzykę i z tego się utrzymują. Różnica między mną a nimi polega na tym, że są to osoby, które pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, z Anglii czy Skandynawii i zaczynają z innego punktu. Nam z Polski, przynajmniej do tej pory, było trudniej. Mam nadzieję, że to się zmieni i że młodzi ludzie z nowego pokolenia już nie będą mieli tego problemu, znajdą sens nagrywania po angielsku i będą mogli podróżować z koncertami po całej Europie.

Przy „Hard Land of Wonder” mówiłaś, że to album bardzo osobisty, traktujący o związkach, o wewnętrznym rozedrganiu, niepokoju towarzyszącym każdej miłości, i ten angielski posłużył Ci jako kamuflaż. Najnowsza płyta też jest bardzo osobista, a jednak zaśpiewałaś ją po polsku. Co Cię skłoniło do takiej spowiedzi?

Jestem autorką tekstów, ale nie wszystko, co piszę, jest o mnie. Filtruję przez moją wrażliwość różne historie, które wokół słyszę. Wystarczy, że jestem na spotkaniu z koleżanką, ona powie jakieś zdanie, które mnie zainspiruje, i już układam historię na tyle dramatyczną i ciekawą, żeby ją zamknąć w piosence. Ale faktem jest, że piszę w sposób emocjonalny, bardziej sercem niż głową.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach