Home / Ludzie  / Andy Grabowski: Muzyka, która łączy

Andy Grabowski: Muzyka, która łączy

Poznajcie muzyka z ulicy Grodzkiej

Andy Grabowski, Monika Liber
Andy Grabowski / fot. Monika Liber
 

Jego historia przypomina scenariusz filmowy. Muzyk z klasycznym wykształceniem postanawia porzucić sale koncertowe i grać na ulicy, by dotrzeć do słuchaczy z własnym repertuarem. A przy okazji pokonać lęki i ograniczenia. Poznajcie go: Andy Grabowski z ulicy Grodzkiej, symbol Krakowa, autora niezwykłego projektu Imagine Cello. Jego gra wyzwala emocje, budzi duchowe potrzeby, a przede wszystkim łączy ludzi

 

Ewa Szponar: Jak najlepiej określić muzykę, którą pan gra?

 

Andy Grabowski: To jest bardzo trudne pytanie. Sam nie do końca potrafię ją nazwać, a i wiele osób, które organizują moje koncerty, różnie ją opisuje. Chyba dlatego, że ta muzyka jest po prostu moja i kiedy ją komponuję, nie zastanawiam się, w jakim jest stylu. Można powiedzieć, że jestem jedyny w swoim rodzaju i trudno mnie zaszufladkować.
Może odpowiem pani cytatem, którym zapowiadano mnie parę dni temu na koncercie w Norwegii:

Andy stworzył wyjątkowy projekt Imagine Cello i zapewniam, że nigdy nie słyszeli państwo takiego dźwięku wiolonczeli. A właściwie kilku wiolonczel, ponieważ Andy używa różnych urządzeń i efektów na scenie. Nic nie jest wcześniej nagrane, wszystko, co państwo słyszą, dzieje się na żywo w czasie rzeczywistym

I to chyba jest clue moich kompozycji.

 

Na niezwykłość pana muzyki składają się jednak nie tylko kwestie techniczne. To przede wszystkim dźwięki pełne emocji, przesycone duchowością.

 

Andy Grabowski: To muzyka bardzo osobista; wszystko, co tkwi we mnie, pokazuję światu przez swoją grę.

 

Czy same koncerty są dla pana również rodzajem przeżycia duchowego?

 

Andy Grabowski: Nie tylko dla mnie, ale i dla moich słuchaczy. Po każdym koncercie w sali lub na ulicy Grodzkiej dostaję wiadomości od ludzi, którzy opisują swoje reakcje na moją muzykę. Większość tych tekstów jest właśnie o duchowości, o czymś, co jest powyżej wymiaru rozrywki. Moja muzyka, jak każda inna, jest wprawdzie rozrywkowa, ale publiczność wyczuwa w niej także coś więcej. Taki odzew dodaje mi skrzydeł. Sprawia, że lubię wracać na Grodzką.


Zdarza się panu wchodzić w interakcje ze słuchaczami na bieżąco, podczas samego występu?

Andy Grabowski: Praktycznie codziennie. Tym granie na ulicy różni się od koncertu w zamkniętej sali. Oczywiście w tym drugim przypadku też słyszę opinie odbiorców, ale już po zakończonym występie, a na Grodzkiej ludzie reagują nieomal po każdym utworze. Dwa dni temu miała miejsce niezwykła sytuacja. Na mój koncert na Grodzkiej przyszła młoda czarnoskóra dziewczyna i usiadła na ławeczce razem z innymi. Słuchała mojego grania i rozpłakała się. Łzy gęsto płynęły jej po twarzy. Bardzo mnie to poruszyło i po dwóch utworach podszedłem do niej zapytać, co się stało. Rzadko mi się zdarza samemu podchodzić do słuchaczy, to raczej oni mnie zagadują, ale zrobiłem wyjątek. Zapytałem, czemu płacze, a ona powiedziała mi, że ta muzyka coś w niej otworzyła. Że pochodzi z Afryki i te dźwięki przypomniały jej o domu rodzinnym. To mnie bardzo wzruszyło i nawet trochę emocjonalnie rozłożyło na parę chwil. Z jednej strony, bo z drugiej, napędziło do dalszego występu. Poczułem, że nigdy nie grałem tak rytmicznie, jak tego wieczoru. Wyobraziłem sobie całą historię przodków tej dziewczyny, przeniosłem się do Afryki. To była niesamowita wymiana energii.

 

Zdaje się, że wspólna energia zasiliła również pana debiutancką płytę, wspomnianą Imagine Cello, wydaną w 2017 roku.

 

Andy Grabowski: Ta płyta nie powstałaby bez udziału moich słuchaczy, bo była finansowana jako projekt crowdfundingowy. Kiedy ogłosiłem zbiórkę na mojej stronie internetowej i Facebooku, praktycznie po tygodniu miałem zebrane pieniądze od fanów z ulicy Grodzkiej. Korzystając z okazji, jeszcze raz chciałbym im wszystkim bardzo podziękować. Bez nich nie byłoby tej płyty, a – jak kiedyś powiedział mi Antoni Krupa z Radia Kraków – muzyk bez płyty to nie muzyk. Coś w tym jest.

 

W jaki sposób zaczęły się pana koncerty na Grodzkiej?

 

Andy Grabowski: Jestem wiolonczelistą z wykształcenia, skończyłem Akademię Muzyczną i początkowo grałem głównie repertuar klasyczny. Jakieś trzy lata temu stworzyłem jednak własny projekt i chciałem zaprezentować go publiczności. Mogłem podjąć współpracę z tradycyjnymi klubami, co pewnie byłoby trudne bez znajomości i kontaktów, których nie miałem, a nawet nie chciałem mieć. Wybrałem jednak ulicę, ponieważ chciałem stworzyć wszystko sam i od podstaw, zmienić swoje życie. Nie mam menadżera, co na razie bardzo dobrze się sprawdza, ponieważ nikt nie wtrąca się do mojego repertuaru. Two Cellos wprawdzie zapełniają stadiony, ale, chociaż oczywiście są świetni, dzieje się tak dlatego, że grają covery znanych przebojów. Gdybym wpadł w ten trybik, musiałbym zrezygnować z własnej muzyki. Decyzja o grze na ulicy była dobrze przemyślana. Byłem pewien, że przede wszystkim zależy mi na tym, by grać własne kompozycje.

 

To była trudna decyzja: wyjść na ulicę i zacząć grać dla przypadkowej publiczności?

 

Andy Grabowski: Po pierwsze, musiałem dojrzeć do tego, by w ogóle otworzyć się na słuchaczy i grać koncerty w większym wymiarze. Po drugie, miałem z tą ulicą początkowo problem, bo oczywiście odezwało się moje ego. Że jak to – ja, profesjonalny muzyk, mam grać na ulicy, a nie w salach koncertowych, jak moi koledzy po fachu!? Na szczęście bezpośrednie i osobiste reakcje ludzi prędko wyleczyły mnie z takiego myślenia. Te spotkania ze słuchaczami sprawiają, że czuję się w pewnym stopniu spełniony. Na przykład teraz, gdy rozpoczął się sezon wakacyjny, codziennie dostaję zapytania od fanów z całego świata o to, czy nadal gram na Grodzkiej i w jakich jestem terminach, ponieważ chcą wrócić do Krakowa między innymi także po to, by znów posłuchać mojej muzyki. Nie traktuję gry na ulicy jedynie jako sposobu na zarabianie pieniędzy, jak podchodzi do tego wielu innych muzyków. Ja przychodzę na Grodzką i po prostu chcę zagrać jak najlepszy koncert.

 

Ulica pozwoliła panu oswoić się z publicznością?

 

Andy Grabowski: Miałem sporą przerwę w publicznych występach. Wcześniej grałem przede wszystkim kompozycje na wiolonczelę klasyczną, a polska rzeczywistość muzyczna jest taka, że możliwości gry są ograniczone, zarezerwowane praktycznie dla najsłynniejszych solistów. Nie bardzo jest jak się sprawdzić. Gdy rozpocząłem prace nad Imagine Cello, musiałem również poradzić sobie z wieloma własnymi lękami, z brakiem wiary w siebie. Mogę śmiało powiedzieć, że ten projekt zmienił moje życie.

 

Z czym związane były pana lęki?

 

Andy Grabowski: To był pewnie rodzaj perfekcjonizmu, do którego dążą wszyscy artyści. Dał o sobie znać szczególnie, gdy kończyłem pracę nad płytą. A muszę zaznaczyć, że pracowałem nad nią zupełnie sam – i na etapie nagrywania muzyki podczas koncertów, i w czasie postprodukcji. To zderzenie z perfekcjonizmem polegało na tym, że cały czas miałem jakiś niedosyt, poczucie, że mógłbym ten materiał jeszcze jakoś poprawić i udoskonalić. Bardzo mi wtedy pomogła pewna osoba, która powiedziała mi ważną rzecz, a mianowicie, że lepsze jest wykonane od idealnego. Wiedziałem, że muszę wyznaczyć sobie jakiś termin i po prostu skończyć pracę. Zrealizowałem to, ale ostatni tydzień, a szczególnie ostatnią noc miałem bardzo intensywną. Pracowałem bez przerwy od godziny dziewiątej rano jednego dnia do dziewiątej dnia następnego. Bzikowałem, poprawiając rzeczy, których nikt oprócz mnie nie byłby w stanie usłyszeć. Tak, jak na koncercie, gdy mam wrażenie, że tylko ja wiem, kiedy gram „zaledwie” bardzo dobrze, a kiedy wybitnie. Ta potrzeba doskonałości jest po prostu głęboko we mnie jako muzyku zakorzeniona. To rodzaj artystycznej nadwrażliwości.

andy grabowski, muzyk z gordzkiej

Na Grodzkiej spotykają się wszyscy: od kloszarda po szanowanego obywatela / fot. Paweł Kubica

Komu poza słuchaczami zawdzięcza pan najwięcej w kontekście swojej twórczości?

 

Andy Grabowski: Na płycie jest dedykacja dla Andrzeja Surmy i dla moich rodziców. Andrzej Surma, już niestety świętej pamięci, był moim przewodnikiem duchowym. Niezwykłym człowiekiem, który pomógł tysiącom ludzi podobnych do mnie, o czym przekonałem się podczas jego pogrzebu. Zupełnie nieznaną osobą, niemedialną, ale zawsze otwartą na ludzi, traktującą pomaganie innym jako swoją życiową misję.

 

Jaki miał wpływ na pana?

 

Andy Grabowski: Pomógł mi stać się tym, kim jestem. Otworzyć się na innych ludzi, na swoją duchowość, na swoje potrzeby. Uratował moje życie.

 

Wracamy do duchowości. Mam wrażenie, że w pana przypadku to szerokie doświadczenie, nieprzypisane do konkretnej religii.

 

Andy Grabowski:  Miałem ostatnio taką sytuację. Przed koncertem w Norwegii, z którego właśnie wróciłem, wyszedłem na ulicę, aby się rozegrać. Ulica była prawie pusta, ale mnie to nie przeszkadzało. W każdym razie, gdy już grałem, podszedł do mnie młody człowiek i zapytał, czy wierzę w Boga. Odpowiedziałem mu:

Wyobraź sobie, że widzisz wysoką górę, patrzysz na jej szczyt. Ty widzisz ten wierzchołek ze swojego miejsca, a po drugiej stronie stoi jakiś inny człowiek, który obserwuje tę samą górę, ale ma zupełnie inną perspektywę. Dla mnie Bóg jest pewną siłą, energią, światłem. On jest jeden, a poszczególne religie dotyczą tego samego, tylko w innej postaci. Przecież za każdym razem chodzi o to samo: o miłość, otwarcie swojego serca, o jakąś siłę duchowości właśnie.

Jestem urodzony w rodzinie katolickiej, jeśli o to pani pyta, ale bardzo blisko jest mi też do religii wschodnich: buddyzmu, hinduizmu…

 

Muzyka, tak jak religia, powinna łączyć, a nie dzielić ludzi?

 

Andy Grabowski: Inaczej niż w dzisiejszym świecie, gdzie wiele konfliktów krąży wokół spraw wiary czy religii. Zupełnie bez sensu. Ulica Grodzka i moje koncerty są w tym kontekście niezwykłym doświadczeniem. Widzę, że muzyka rzeczywiście łączy ludzi. Podchodzą do mnie i chrześcijanie, i żydzi, i muzułmanie. Wszyscy jakoś na te dźwięki reagują i traktują je w kategoriach duchowych.

 

To, że pana muzyka łączy ludzi, widać również w przekroju społecznym pana publiczności.

 

Andy Grabowski: Rzeczywiście, na Grodzkiej spotykają się wszyscy: od kloszarda po szanowanego obywatela. Miała miejsce kiedyś taka sytuacja: pewien bezdomny, nawet trochę wstawiony, usiadł sobie na ławce w pobliżu, a obok niego znalazł się mój znajomy profesor filozofii. Obydwaj byli wzruszeni i mieli łzy w oczach. Zresztą fakt, że ktoś nie ma domu albo znajduje się w trudnej sytuacji życiowej, nie przekreśla jego wrażliwości na sztukę. Wręcz przeciwnie. Od pewnego człowieka, który pracuje z krakowskimi bezdomnymi, dowiedziałem się, że były takie dwa tygodnie pod koniec zeszłego roku, chłodne jesienne dni, gdy bezdomni z jednego ze schronisk przychodzili codziennie na moje koncerty, siadali sobie z boku i słuchali mojej muzyki. To są sytuacje niepowtarzalne i niemożliwe do odnotowania na zwykłej sali koncertowej. Dlatego wciąż przychodzę na Grodzką, mimo że biorę udział w coraz większej liczbie dużych eventów w salach koncertowych, kościołach, na dziedzińcach zamków itp. Przyrzekłem sobie, że nawet, gdy będę grał już tyle regularnych koncertów, ile bym chciał, nadal będę przychodził na Grodzką. Dla bezpośrednich spotkań z moimi słuchaczami.

 

Ewa Szponar

 

Andy Grabowski będzie Gościem Specjalnym 22. spotkania Klubu Miasta Kobiet. Dowiedz się więcej

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach