Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Agnieszka Chrzanowska – artystka niezależna

Agnieszka Chrzanowska – artystka niezależna

Podążaj własną drogą - to zawsze lepszy wybór.

"Wolę słuchać siebie niż oddać kontrolę innym" / fot. MacGregor Photography

Nie ufa autorytetom i stara się zawsze podążać własną drogą. Chce śpiewać o kobietach i dla kobiet, dodając im nadziei i pewności siebie. Agnieszka Chrzanowska, artystka Piwnicy pod Baranami, wokalistka, kompozytorka i autorka tekstów, obchodzi dwudziesty jubileusz pracy artystycznej. Uświetni go 12 listopada w Teatrze Variété koncert „Piosenki napisane w Krakowie” 

„Tworzyć można w zgodzie ze swoją naturą, albo na przekór jej” / fot. MacGregor Photography

Ewa Szponar: Obchodzi pani dwudziestolecie działalności scenicznej, ale muzyka towarzyszy pani dłużej. Kiedy zaczęła pani pisać piosenki?
Agnieszka Chrzanowska: Pisałam piosenki, odkąd pamiętam. Mając pięć lat, dostałam od babć pierwsze pianino. Tworzyłam swoje melodyjki i teksty, aż w którymś momencie – a byłam wtedy w szkole podstawowej – zauważył to mój stryj, Kuba Chrzanowski, tancerz, baletmistrz, współtwórca zespołów Śląsk i Mazowsze. Na jednym z przyjęć imieninowych moich rodziców przyszedł do mnie na górę i poprosił, żebym mu coś zagrała. Chodziłam już wtedy do szkoły muzycznej i zdarzało mi się występować solo, więc chętnie się zgodziłam. Posłuchał i powiedział: „Dziecko, wzruszyłaś mnie, ja ci załatwię lekcje śpiewu”. I tak się stało.

Skąd było w pani jako dziecku tyle melancholii?
Powiedzmy, że nie miałam standardowego dzieciństwa. Dużo czasu spędzałam w samotności, przy pianinie. Przez pierwsze lata wychowywałam się u cioci-babci, a potem nawet do przedszkola chodziłam z kluczem na szyi. Wydaje mi się, że byłam dorosła od samego początku. Mała i już dojrzała. To dlatego, że sama musiałam analizować sobie świat. W jakimś sensie ta moja samotność, ciągłe oczekiwanie na rodziców, godziny spędzone przy pianinie, pierwsze próby komponowania ukształtowały mnie artystycznie. Co nie znaczy, że tę przeszłość traktuję jak obciążenie. Wręcz przeciwnie, staram się być optymistką, nie pielęgnować resentymentów.

Sztuka jako zwierciadło duszy?
Tworzyć można albo w zgodzie ze swoją naturą, albo na przekór, ale nigdy obok. Napisałam jakiś czas temu kilkanaście utworów dla śpiewającego aktora Artura Gotza, i zatytułowałam ten projekt „Mężczyzna prawie idealny”. Opisałam w nim różne męskie typy, starałam się przyjąć męski punkt widzenia, wziąć mężczyzn w obronę, pobawić się stereotypami. Większość słuchaczy była bardzo zdziwiona, że to moje piosenki. Wydawało się im, że jestem osobą melancholijną, nostalgiczną, wiecznie roztrząsającą kwestie ostateczne. Nikt nie podejrzewał mnie o poczucie humoru, nie mówiąc o zdziwieniu, że coś takiego w ogóle napisała kobieta!

„Powinniśmy rozwijać się we własnym tempie i słuchać intuicji” / fot. MacGregor Photography

A kiedy pani sama szuka cudzych tekstów dla siebie, co decyduje o ich wyborze?
Od razu czuję, czy tekst jest dla mnie, czy nie. Albo się zakochuję, siadam i w bardzo szybkim tempie piszę do niego melodię, albo nie i wtedy wiem, że nic z tego nie będzie. To jak spotkanie z drugim człowiekiem, kiedy wiadomo, że energia jest dobra, że jest elektryzująco. To są często nieoczywiste wybory. Mam w repertuarze teksty, które nigdy nie miały być piosenkami, jak ten o filozofce aleksandryjskiej Hypatii autorstwa Michała Zabłockiego, który znalazł się na płycie „Tylko dla kobiet”. To wiersz wyjątkowo niepiosenkowy, bo kto chciałby zaśpiewać: „Ręka twoja wyrwana z tułowia. Stopa twoja oderwana w kostce. Głowa twoja z kawałkiem szyi, szyi już całkiem ci obcej”?

Czy to Hypatia stała się patronką projektu płyty o kobietach – pionierkach i buntowniczkach?
Rzeczywiście mam taki ambitny plan, by stworzyć coś, co roboczo nazwałam „Balladami kobiet niepokornych”. Lista kandydatek, które chciałam opisać w piosenkach, jest już w zasadzie gotowa, teraz trzeba o nich jeszcze sporo poczytać. Czuję, że to będzie dłuższy proces, ta myśl potrzebuje czasu i przestrzeni. Muszę w końcu zrobić te piosenki, ponieważ zawsze chciałam pisać dla kobiet i o kobietach, silnych, niezależnych, utalentowanych. Zawsze chciałam poprawiać kobietom nastrój, dodawać im pewności siebie i wiary, że jesteśmy równi, choć różni.

Udało się pani spotkać w życiu wiele inspirujących kobiet?
Taką najważniejszą osobą byłaby chyba moja ciocia-babcia, u której się wychowywałam. To ona jako pierwsza zauważyła, że mam zdolności muzyczne. Jak mało kto potrafiła mnie zrozumieć. Kiedy wiele lat później byłam na greckiej emigracji, a moi rodzice chwalili się rodzinie piosenkami, które nagrywałam, wysłuchawszy tych nagrań, jako jedyna powiedziała: „Boże, jaka ona musi tam być samotna!” Później właściwie nie było wiele takich osób. Przyznam się teraz do czegoś: nie mam zaufania do autorytetów.

„Wolę słuchać siebie niż oddać kontrolę innym” / fot. MacGregor Photography

Woli pani słuchać samej siebie?
To na pewno lepsze, niż oddać kontrolę innym. Były oczywiście osoby, które na mnie wpłynęły. Był stryj, był Piotr Skrzynecki i Piwnica pod Baranami, w której nauczyłam się zresztą więcej, niż w jakiejkolwiek szkole. Powiem więcej, dziś uważam, że szkoły są tak naprawdę do niczego niepotrzebne. To jest dopiero bezczelne stwierdzenie (śmiech)! Ale to prawda, powinniśmy rozwijać się we własnym tempie i słuchać intuicji. Są ludzie, którzy nie znają nut, a tworzą wielkie przeboje, nie potrafią czytać partytur, a grają znakomicie na instrumentach. Potrafią znaleźć sposób, żeby wyrazić siebie.

Skończyła pani PWST. Ciągnie panią do aktorstwa?
Nigdy nie chciałam zostać aktorką. Czuję niechęć do instytucji, do teatru, do porannego wstawania, do bycia uzależnioną od wizji reżysera. W wielu obszarach mojego życia nie jestem wolna. Jak każdy mam różne ograniczenia, staram się uciec od nich przynajmniej na estradzie. W moich piosenkach i dla moich piosenek.

Śpiewanie daje pani wolność?
Tak, jestem wolna tylko, kiedy śpiewam. Oddaję kontrolę, tracę poczucie rzeczywistości, czasem nie wiem nawet, co się dokładnie dzieje na scenie. Mówię wtedy, że puszczam się całkowicie.

A co z oczekiwaniami publiczności i wymogami trudnego rynku muzycznego? Jak w tym znaleźć wolność?
Po prostu w tym znaleźć wolność i absolutnie się nie przejmować. To, że piosenka w ogóle powstaje, jest już wartością samą w sobie. Cudownie, jeśli jeszcze znajdzie się ktoś, do kogo ona trafi. Ale podobanie się publiczności to zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza, że słuchacze bywają kapryśni, trudno przewidzieć, co trafi w ich gust w danym momencie. Moich piosenek nie można zaszufladkować. Mają wspólny mianownik, ale nie ulegają muzycznym trendom czy modom. Nigdy nie napisałam niczego na zamówienie, pod żadną presją. Nie potrafiłabym zresztą stworzyć niczego, gdyby przyświecała mi myśl, że muszę komponować tak, żeby mnie puszczali w stacjach radiowych. Prawdopodobnie dlatego mnie nie puszczali. Wyjątkiem była piosenka „Cały świat płonie”, ale to raczej rodzaj cudu. Chociaż kilkakrotnie podpisywałam kontrakty z dużymi wytwórniami. Ale zawsze na własnych warunkach. Taka Zosia-Samosia.

Nikt nie próbował ukrócić pani niezależności?
Oczywiście, że tak, i zawsze kończyło się to ogromnymi awanturami. Zwłaszcza na początku, kiedy byłam młodsza i mniej asertywna. Podczas pracy nad płytą „Tylko dla kobiet” miałam tzw. project managera. W ogóle nie mogliśmy dojść do porozumienia, a nasze kłótnie kończyły się w gabinecie prezesa. W końcu musiałam spakować walizki i wyjechać ze studia. Z jednej strony wygrałam ten spór: płyta ukazała się w pierwotnym kształcie i na moich warunkach. Z drugiej jednak poniosłam porażkę, ponieważ obrażony project manager robił mi na złość przez cały czas promocji płyty i przepadła szansa na komercyjny sukces. Sporo zapłaciłam za swoją niezależność.

Żałuje pani?
Myślę, że zrobiłam najlepiej, jak umiałam i dzisiaj nie postąpiłabym inaczej. Bo najważniejsze są moje piosenki. Nie można się wszystkim podobać. Nie należy zdradzać siebie, to jest najgorsza zdrada.

Zgoda, ale to wymaga odwagi.
Od pewnego czasu pozwalam sobie na myślenie, że jednak w moim życiu to ja jestem najważniejsza. Sama wiem, co czuję i czego chcę, i nikt nie może znać mnie lepiej ode mnie. Do takiej świadomości czasem długo się dorasta. Na wcześniejszych etapach rozwoju zdarza się nam się udawać, próbować grać kogoś innego, żeby zadowolić rodzinę, nauczycieli, kochanków, partnerów. Kiedy sobie wreszcie uświadomimy, że to nie jedyna droga, odczuwamy wielką ulgę i radość. Oczywiście to nie jest łatwe. Za taką wolność się płaci.

Ale to ona jest gwarantem szczęścia?
Arystoteles mówił, że najszczęśliwsi są ci, którzy postępują zgodnie ze swoją naturą. Ryba jest szczęśliwa, bo pływa. Ptak jest szczęśliwy, bo lata. A człowieka, według Arystotelesa, uszczęśliwia myślenie i kształtowanie struktur państwowych, czyli twórczość po prostu. Nie wiem, czy dobrze odczytałam swoją naturę, ale od zawsze czułam potrzebę pisania melodyjek.

Jaką rolę odegrały w pani życiu greckie korzenie?
Do siódmego roku życia nie wiedziałam, że mój prawdziwy dziadek był Grekiem. Poznałam go chwilę później, gdy rodzice po raz pierwszy zabrali mnie na wakacje do Grecji. Potem – dzięki zaproszeniom naszej greckiej rodziny – każde lato spędzaliśmy na wyspie Thassos. Znalazłam swój drugi ukochany kraj, swoje miejsce na Ziemi. Uwielbiam grecką przyrodę, architekturę, a przede wszystkim ciepłe wieczory. Jestem typem nocnego człowieka, nie lubię marznąć, a w Polsce często mi się to zdarza.

A jednak nie zdecydowała się pani zostać tam na stałe.
Próbowałam, ale moja absolutna fascynacja Grecją okazała się niewystarczająca. Szybko się przekonałam, że nie znajduję tam tego, co jest mi niezbędne do życia. A najistotniejsze jest komunikowanie się z ludźmi. Chodzi o język, ale nie w powierzchownym sensie – ponieważ bardzo szybko nauczyłam się greckiego – tylko jako artystyczne narzędzie. Mogę żartować i śpiewać po grecku, ale polskie podejście do świata jest mi bliższe. Co ciekawe, długo nie trawiłam greckiej muzyki. Późno nauczyłam się ją doceniać. Grecy nie traktują własnej muzyki niczym skansenu, tylko ciągle ją rozwijają. Poza tym, kiedy się włączy lokalne radio, od razu wiadomo, gdzie się człowiek znalazł.

Co pani ma na myśli?
Polskie wytwórnie zostały wykupione przez międzynarodowe koncerny. Dlatego u nas tylko kilkanaście procent piosenek w rozgłośniach radiowych to rodzime utwory. W Grecji proporcja jest odwrotna i to importowane utwory są w mniejszości.

Szkoda, bo też mamy się czym pochwalić.
Powiem więcej. Mamy świetnych polskich artystów, fantastycznych polskich poetów, utalentowanych polskich kompozytorów i dużo, dużo bardzo pięknej muzyki. Mamy też tradycję piosenki poetyckiej czy literackiej: Marka Grechutę, Ewę Demarczyk, innych artystów z Piwnicy pod Baranami i to jest unikatowe, nie ma swojego odpowiednika na świecie. To pewien rodzaj oryginalnie polskiego liryzmu, nostalgii, umiejętności podejmowania w piosenkach ważnych tematów, subtelnego zawierania emocji. Tylko, że drastycznie kurczy się przestrzeń spotkań z tą muzyką. Mam o to szczególny żal do polskiej telewizji. Nie transmituje się też od dawana całego Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, tylko koncert finałowy, to wielka szkoda. Nie pobudza się młodych ludzi do pisania i komponowania, nie nadaje się temu zjawisku odpowiedniej rangi.

Myśli pani, że jest na to zapotrzebowanie?
Gdzie się kształtowała wrażliwość poprzednich pokoleń, które ceniły np. poczucie humoru Kabaretu Starszych Panów? W telewizji właśnie! Moim zdaniem to media publiczne powinny ukazywać różnorodność polskiej sceny muzycznej. Prezentować dobre rzeczy i nie myśleć o tym, czy ktoś je kupi. Jak mawiał Piotr Skrzynecki, nie można skupiać się na tym, jak oceni nas publiczność, tylko robić swoje. Wtedy się okaże, czy pociągniemy ludzi za sobą, czy nie wzbudzimy zainteresowania. Takie jest ryzyko, ale warto je podjąć. Szkoda, że nie jestem prezesem telewizji (śmiech)!

Podoba mi się taka wizja. Jeśli pani nim zostanie, obiecuję regularnie płacić abonament!

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach