Tuesday, June 22, 2021
Home / Felietony  / Agata Dutkowska  / Własny biznes a rubieże dyskomfortu

Własny biznes a rubieże dyskomfortu

„Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie przepracujesz ani dnia” – kuszą inspirujące memy. Ale ja bardziej niż memom wierzę doktorowi Bartłomiejowi Dobroczyńskiemu.

Felieton pochodzi z najnowszego numeru "Miasta Kobiet"

„Znajdź pracę, którą pokochasz, a nie przepracujesz ani dnia” – kuszą inspirujące memy. Ale ja bardziej niż memom wierzę doktorowi Bartłomiejowi Dobroczyńskiemu, który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział: „Zakochanie to szalona jazda chemicznym rollercoasterem z głową w dół i dożylnie przyjmowanym szampanem. A miłość to wspólne ciągnięcie sań przez dolinę Jukonu, jak dwa stare eskimoskie psy”.

Caveman pulling a Christmas tree

Ilustracja: Fotolia

Są ludzie, którym się wydaje, że posiadanie własnego biznesu, który się kocha, to właśnie dożylny szampan. I cekiny. Glamour od rana do wieczora, zero szefa nad głową, laptop, kawa latte i paznokcie pomalowane na kolor marsala. Nic bardziej mylnego. Własny biznes, nawet najdroższy sercu, to często ciągnięcie sań, i to nie jak dwa, ale jak jeden stary eskimoski pies. A sanie, na dodatek, z betonu.

Jednym słowem, własny biznes wymaga wewnętrznej zgody na przebywanie poza strefą komfortu. Nie tylko w sensie ciężkiej pracy, mającej mało wspólnego z leżeniem w hamaku, ale też w sensie dyskomfortu psychicznego – wystawiania się na ocenę, krytykę, odmowę, obmowę, hejt i niepowodzenie. Przykłady można by mnożyć. Każdy szczery przedsiębiorca chętnie się nimi dzieli. Michał Szafrański, założyciel poczytnego bloga „Jak oszczędzać pieniądze”, opowiada o tym, jak siedem razy nagrywał swój pierwszy podcast, a i tak nie był zadowolony z efektu. Seth Godin, guru marketingu, mówi o dziewięciuset mailach do wydawnictw, które pozostały bez odpowiedzi. Z kolei Małgosia Bochenek, założycielka marki odzieżowej Boho, o której „Wysokie Obcasy” pisały jako o kobiecie młodej, kreatywnej, przedsiębiorczej i na dodatek mamie, na spotkaniu krakowskiego Latającego Kręgu wyznała, że właściwie… co dwa dni ma kryzys. Wszyscy założyciele własnych, twórczych biznesów jadą na tym samym wózku. Nie, przepraszam, nie jadą, tylko ciągną. Sami, i nie wózek, ale sanie, jeśli trzymać się metafory zaproponowanej na wstępie.

Pracując na etacie, jesteśmy w sytuacji, w której ów dyskomfort rozkłada się nieco inaczej – część bierze na siebie nasza szefowa, część pan Darek z księgowości. Prowadząc jednoosobową firmę, mamy do czynienia z sytuacją, w której wszystko spada na nas. I niewiele pomagają internetowe memy, przekonujące nas, że „poza strefą komfortu” wydarza się „magia”. W ogóle wartość inspirujących memów jest wątpliwa. Człowiek lajkuje, ale nie robi się od tego ani mądrzejszy, ani młodszy.

Ciągłe przebywanie poza strefą komfortu prowadzi nie do oświecenia, lecz do wypalenia. Tutaj dopatrywałabym się przyczyny, dla której bardzo duży procent firm upada po roku lub dwóch. Co w takim razie można robić, aby się nie wypalić? Jak dbać o „bezpieczeństwo i higienę pracy”? Skoro własny biznes równa się wychodzeniu poza komfort tak czy siak, to warto świadomie i konsekwentnie zbudować sobie przeciwwagę. Czyli prywatną strefę komfortu – prywatne, wewnętrzne centrum wellness. Wyobrażam sobie, że można to zrobić na sto różnych sposobów, dlatego trudno o przepisy i recepty. Dla jednej osoby będzie to oznaczało stałą, regularną współpracę z coachem, czyli z kimś, kto pomoże nie zboczyć z kursu, skupić się na tym, co ważne, odsiać ziarno od plew. Dla kogoś innego – szczególną troskę o ciało. Jednym słowem – dbanie o siebie. W wersji XXL. Wysypianie się. Masaże. Jeden dzień w tygodniu jako offline szabat – odcięcie od bodźców płynących ze świata, wyłączenie telefonu, odcięcie od internetu. Prawdopodobieństwo, że właśnie w ten dzień zadzwoni do nas TVN i zaoferuje nam prowadzenie własnego programu, jest nikłe.

Pozornie to, co piszę, jest banalne, oczywiste i sama zaczynam się zastanawiać, czy dobrnąwszy do tego miejsca felietonu, ziewając, nie odłożyłabym „Miasta Kobiet” na półkę. Ale z ręką na sercu, a sercem na dłoni, przyznaj się – nie przede mną, lecz przed sobą – jak w skali od 1 do 10 oceniasz swój poziom dbania o siebie i swój życiowy komfort, swój dobrostan? O ile nie odpowiedziałaś, że na 10, to zadaj sobie kolejne pytanie: „Jak wyglądałoby moje życie, gdybym miała się przesunąć o oczko wyżej, np. z poziomu 4 na 5? Albo o dwa oczka wyżej?”. Konkretnie – co przychodzi ci do głowy? Pierwsza myśl najlepsza. Złap ją w locie. I wciel w życie. Nawet jeśli od czasu do czasu będziesz się czuć jak eskimoski pies, bo to nieuniknione, staraj się regularnie opuszczać strefę dyskomfortu i zwijać się w kłębek w swojej wewnętrznej strefie wellness.

Agata Dutkowska

 

dutkowska-norAgata Dutkowska – artystka, socjolożka, trenerka, przez kobiety nazywana matką założycielką, bo założyła Latającą Szkołę, która pomaga kobietom zarabiać na tym, co kochają. Od niedawna matka – w klasycznym tego słowa znaczeniu.

Felieton pochodzi z nr 5/2015. Zobacz, gdzie możesz dostać magazyn drukowany [DYSTRYBUCJA MK]

Felieton pochodzi z najnowszego numeru "Miasta Kobiet"

Felieton pochodzi z najnowszego numeru „Miasta Kobiet”

Artystka, socjolożka, trenerka, przez kobiety nazywana matką założycielką, bo założyła Latającą Szkołę, która pomaga kobietom zarabiać na tym, co kochają.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach