|
Widząca
To, o czym mówi, wydaje się niewiarygodne. Oczy, które potrafią prześwietlić niczym aparat rentgenowski? Czytanie w myślach? Nadia ma jednak dowody na potwierdzenie swoich zdolności – to historie ludzi, którzy uważają, że uratowała im życie.
Kobieta ze Wschodu
Niewielkie mieszkanie na jednym z krakowskich osiedli. Przychodzą tu ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem i różną zasobnością portfela. Biznesmani i bezrobotni. Zdrowi i chorzy. Załamani, niepewni jutra i ciekawi tego, co przyniesie przyszłość... Przychodzą na spotkanie z Nadią.
Nadia ma 53 lata i mówi o sobie: „kobieta ze Wschodu”. W Polsce mieszka od 14 lat. Skończyła slawistykę i parała się wieloma różnymi zajęciami. Kim jest teraz? Nadia nie wróży z kart. Nie przepowiada też z kryształowej kuli. Przede wszystkim słucha, rozmawia... I patrzy. Twierdzi, że może zobaczyć wszystkie organy wewnętrzne człowieka i różne sytuacje z jego życia.
– Moi klienci nazywają mnie jasnowidzem, ale ja sama nie chcę sobie wystawiać oceny. To jest mimowolne uczucie, na które nie mam wpływu: patrzę na daną osobę i potrafię zobaczyć jej niektóre myśli, ale też to, co znajduje się w środku organizmu – mówi Nadia. – Stosuję metody niekonwencjonalne i zajmuję się parapsychologią. Nie wszyscy jednak są otwarci na dialog. Niektórzy nie tolerują sprzeciwu. Sądzą, że mają rację i są oporni na wszelkie wskazówki. Wówczas trzeba zachować ostrożność i dyplomację w rozmowie.
Uciążliwy dar
A wszystko zaczęło się 27 lat temu, kiedy Nadia przeżyła śmierć kliniczną.
– Po tym niesamowitym wydarzeniu odkryłam w sobie zdolność widzenia chorób w organizmie człowieka i odczytywania myśli. Nie chciałam się nikomu do tego przyznać. Bałam się. Lekarz mi powiedział: „musisz nauczyć się z tym żyć”.
Teraz po poradę przychodzą do niej ludzie w różnym wieku. Niektórzy chcą się dowiedzieć, czy nie grozi im zwolnienie z pracy albo upadek firmy. Inni proszą o wskazówki, jak ratować swoje małżeństwo.
– Wiele osób myśli dość stereotypowo. Gdy mnie widzą po raz pierwszy, są zaskoczeni. Przyznają, że spodziewali się niewysokiej, tęgiej, zaniedbanej kobiety ze Wschodu, w chustce na głowie, pochylonej nad kryształową kulą – opowiada Nadia, której powierzchowność zdecydowanie przeczy utartym mitom. Nie we wszystkich sprawach Nadia może jednak pomóc. – Istnieje tzw. czynnik ludzki, który oznacza to, o czym mówi znane przysłowie: „każdy jest kowalem swojego losu”. Gdy przychodzi do mnie klient, który właśnie stracił pracę, to tłumaczę mu, że są to sprawy, na które on sam ma wpływ. Radzę wtedy, żeby działał i nie poddawał się. To, czy znajdzie nowe zajęcie, zależy już tylko od jego woli i determinacji. Nie są do tego potrzebne żadne przepowiednie. Oprócz czynnika ludzkiego istnieje jeszcze przeznaczenie, na które człowiek nie ma wpływu. To, że zapadamy na jakąś chorobę, nie jest kwestią naszego wyboru. Dlatego staram się jak najwięcej pomagać ludziom, którzy mają problemy zdrowotne. Zaczęłam też współpracować z jednym z krakowskich szpitali.
Nadia twierdzi, że widzi historie z życia zupełnie obcych ludzi. W restauracji podchodzi do kelnerki i prosi, żeby zrobiła sobie badania lekarskie. Przypadkowego kierowcę, spotkanego na parkingu, przestrzega, żeby zapiął pasy.
– To jest ode mnie niezależne. Coś nagle przykuwa mój wzrok – tłumaczy. – Widzę na przykład czarną plamę pod czaszką nieznajomej kobiety, a później okazuje się, że jest to guz. Patrzę na jakiegoś przechodnia i wiem, jak skończy się jego życie. Jest to bardzo dziwne uczucie, z którym ciężko sobie poradzić. Widzę, jak ginie w wypadku. Widzę, jak leży w trumnie.
Historia Agnieszki
– Nadia uratowała mi życie – mówi 33-letnia Agnieszka, projektantka mody i choreograf.
Od kiedy poznała Nadię minął już rok. Było tak: Agnieszka przygotowywała pokaz mody w jednej z krakowskich firm artystycznych. Podczas próby podeszła do niej pewna wysoka blondynka.
– Nie wiedziałam, kim jest. Nie znałyśmy się – wspomina Agnieszka. – Zapytała tylko, ile mam lat. Powiedziała, żebym koniecznie zrobiła tomografię prawej części głowy. I że ona mi pomoże.
Agnieszka wybuchła płaczem. Już dużo wcześniej wiedziała, że jest chora. – Nikomu o tym nie mówiłam. Lekarze zalecali operację, ale nie chciałam się zgodzić. Za duże ryzyko – tłumaczy. – Teraz widzę, że było mi to pisane: być w tym konkretnym dniu, w tej konkretnej firmie i spotkać tę konkretną osobę. Nadia powiedziała: Musisz żyć, żeby tworzyć i być kreatywną. To była pierwsza osoba, która uwierzyła, że mogę wyzdrowieć i że nie umrę. Lekarze wydali na mnie wyrok. Dzięki Nadii postanowiłam o siebie zawalczyć.
Zrobiła badania. Po tygodniu odebrała wyniki i zaczęła jeździć od lekarza do lekarza. Okazało się, żewewnątrz czaszki, dokładnie po tej stronie, o której mówiła Nadia, ma guz pajęczynówki. Wielkość: 6 cm na 6 cm.
– Żaden specjalista nie miał pomysłu na jakieś konkretne leczenie – mówi. – Nikt nie widział innego wyjścia, jak tylko wyciąć guz. Był olbrzymi, więc wiedziałam, że mogę nie przeżyć operacji. Poszłam do Nadii. Zbadała mnie. Tyle, że ona robi rentgen oczami. Zobaczyła u mnie mnóstwo różnych rzeczy, o których wcześniej nie mogła wiedzieć, bo nikt jej o tym nie mówił. Powiedziała, że mi pomoże i że za rok, półtora guz zniknie.
Na czym polegała terapia?
– Dostawałam leki homeopatyczne, ale wydaje mi się, że bardzo duże znaczenie ma jakaś niewytłumaczalna i niepojęta energia, która tkwi w Nadii – opowiada z przekonaniem Agnieszka. – Poza tym jest świetnym psychologiem. Rozmowy z nią są jak rozmowy z lustrem, z własnym odbiciem.
Po pół roku od rozpoczęcia wizyt u Nadii Agnieszka pojechała na badanie. Guz był mniejszy o połowę. Potworne bóle głowy powoli zaczynały ustępować. A trzy miesiące temu neurolog z uśmiechem na twarzy oznajmił jej: „tam niczego nie ma”.
– Mam wyniki badań. Są dowodem na to, że jestem zdrowa. Po guzie nie ma już śladu – mówi z usmiechem. – Nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy. Na ogół jestem osobą twardą. Najpierw muszę coś zobaczyć, żeby się do tego przekonać. Gdyby ktoś mi wcześniej opowiedział taką historię, jaką ja teraz opowiadam, to bym nie uwierzyła. Prawda jest jednak taka, że Nadia mnie uratowała.
Dziś Agnieszka stara się żyć pełnią życia. Nadrabia stracony czas. – Nadia prosiła, abym ze względu na chorobę zrezygnowała z pracy i nie przemęczała się. Doprowadzało mnie to do depresji. Zawsze miałam tysiąc różnych zajęć, grafik wypełniony maksymalnie. Nie umiałam sobie poradzić z tą bezczynnością. Nadia wtedy mówiła: „zobaczysz, jeszcze będzie taki czas, że nie będziesz się mogła wyspać”.
I teraz właśnie tak jest. Dzień wypełnia jej praca i artystyczne pasje. W wolnej chwili biegnie na kawę z Nadią. – Nie zerwałyśmy kontaktu, a nawet zaprzyjaźniłyśmy się. Nadia ma mnóstwo spraw na głowie, ale zawsze znajdzie chwilę, żeby z każdym porozmawiać. Moja rodzina i wielu znajomych również do niej przychodzi. Dzięki temu jestem spokojna – mówi Agnieszka.
Telefony do Nadii ciągle się urywają. Dla samej siebie ma niewiele czasu. Stara się o polskie obywatelstwo, bo chciałaby tutaj zostać na stałe. – Ciągle żyję życiem innych. Czasem jest to męczące, ale bardzo lubię ludzi i kocham im pomagać, więc skoro mam taką możliwość, to dlaczego miałabym tego nie robić? – mówi Nadia.
Karolina Kelman / Miasto Kobiet nr 4/2008
telefon do Nadii 012 653 96 01
|